Ekstraklasa. Łukasz Smolarow: od studiów z Dorotą Masłowską, przez pracę w ambasadzie w Sarajewie, po ławkę trenerską w Lechii Gdańsk

- Znajomi ze studiów piszą książki, kręcą filmy, Taco Hemingway poszedł w muzykę. A ja pracuję w Ekstraklasie. Myślę, że profesorowie się nie gniewają - mówi Sport.pl Łukasz Smolarow, asystent Piotra Stokowca w Lechii Gdańsk, liderze ekstraklasy.

Paweł Wilkowicz: O czym kulturoznawca rozmawia ze Sławomirem Peszko?

Łukasz Smolarow: Wyczuwam ton wyższości. Że to kulturoznawca ma się zniżać do piłkarza.

Nie, ciekawi mnie sama nić porozumienia.

Kulturoznawca rozmawia ze wszystkimi. Tak rozumiem kulturoznawstwo. To bardzo szeroka dziedzina. Wykształcony trener to przecież nic nadzwyczajnego. Pewnie bez trudu znaleźlibyśmy innych, którzy też mają wykształcenie uniwersyteckie i pracują w piłce.

Powiedzmy, że kulturoznawców zebrałoby się niewielu.

Może i tak, ale czytam życiorysy trenerów ze świata i znajduję ludzi o zaskakujących pasjach. Ja na studiach poznałem wielu ciekawych ludzi. Działają dziś na różnych polach.

Pan jest jednym z kilku absolwentów, którymi Instytut Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego chwali się na swojej stronie. Więc, jak rozumiem, profesorowie się nie pogniewali, że pan poszedł w piłkę?

Kulturoznawca może wiele, ja jestem w piłce, niektórzy jak Stanisław Łubieński piszą książki, inni jak Kasper Bajon czy Krzysztof Umiński robią filmy, jeszcze inni są wykładowcami. To były bardzo małe roczniki. Dorota Masłowska zaczynała ze mną studia. Małgorzata Rejmer wydała właśnie nową książkę o Albanii. Jan Mencwel robi świetne rzeczy w ramach stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Myślę też, że profesorowie nie pogniewali się na Taco Hemingwaya, że poszedł w muzykę. Jest jeszcze jeden student kulturoznawstwa z moich czasów, który działa w polskiej piłce, jest dość wpływowy. Ale dam szansę innym, żeby odkryli o kogo chodzi. Kulturoznawstwo jest świetnym punktem wyjścia do innych dziedzin. Ono po to właśnie jest, żeby się ludzie lepiej porozumiewali. Byłem ostatnio na warsztatach w Nyonie, w ramach kursu UEFA. I tam można było usłyszeć, że najważniejsze umiejętności trenera UEFA Pro to podejmowanie decyzji i bycie liderem. Wydaje mi się, że otwarcie się na różne światy i znajomość tych światów może się tylko przydać. Każdy zawodnik jest inny. Już samo to, że jeden w szatni ma 21 lat, a inny 30, sprawia że są z różnych rzeczywistości.

Oni trochę czytają?

Tak. Zresztą, nie ma przymusu czytania. Niech każdy robi w wolnym czasie to, na co ma ochotę. Widzę wartość w czytaniu, oglądaniu filmów, ale nie jestem od tego, żeby im polecać lektury. Czasem wrzucam fragmenty czytanych książek na swojego Instagrama. Zaskakująco często piłka nożna pojawia się w dobrej literaturze.  Ja jednak zawsze byłem bardziej filmowy niż literacki. Zdarza mi się napisać recenzję filmu o tematyce sportowej do internetowego pisma „Dwutygodnik”.

Piłkarzowi wykształcenie pomaga?

Myślę, że tak. Futbol wymaga od zawodników coraz więcej. Podporządkowuje sobie coraz większą część ich życia. Wiele osób patrzy na nich z góry, ale rozumienie piłki wymaga inteligencji. Natomiast   mierzenie inteligencji piłkarza tym, jak on kleci zdania w wywiadzie w przerwie meczu czy tuż po meczu nie jest dobrym pomysłem. Gdy się go prosi, by na gorąco, z wysokim tętnem, przeanalizował, co się właśnie stało. Niektórzy będą siedzieć trzy, cztery dni i dobrych wniosków nie wyciągną. A piłkarz nie musi mieć tuż po gwizdku oglądu całości. On jest od wykonania konkretnego zadania.

Ligowa szatnia się zmieniła od czasu, kiedy pan w niej siedział jako piłkarz, a nie trener?

Czasy się zmieniły, więc i szatnia musiała. Nie przepadam za tym narzekaniem, że nie ma już grania na podwórkach, nie ma już twardzieli i co tu robić. No nie ma, świat się zmienił i piłka z nim. Dziś wobec piłkarza są zupełnie inne wymagania. Dużo więcej czasu poświęca na swoją pracę. Ma być ciągle widoczny, co chwila udziela jakichś wywiadów, ma mieć zdanie na różne tematy. Powinien umieć odnaleźć się w rzeczywistości, zarządzać zarabianymi pieniędzmi. Wie, że dziś futbol daje mu szansę zabezpieczenia sobie życia, ale też może czuć związaną z tym presję: jeśli mu się to nie uda, będzie uchodził za nieudacznika. Sam futbol jest dziś bardziej skomplikowany niż w czasach, gdy zaczynałem jako trener w Polonii Warszawa. Jest więcej wiedzy do przyswojenia. I piłkarze ją przyswajają, świadomość taktyczna jest większa niż kilka lat temu. Z Radkiem Sobolewskim na kursie UEFA Pro wspominaliśmy mecz z 2012 z podobnymi odczuciami: że w tamtych czasach eksperymenty z taktyką siały spustoszenie, piłkarze nie radzili sobie np. z przeciwdziałaniem wyprowadzaniu piłki przez trójkę obrońców. A dziś jest większy kapitał wiedzy taktycznej, lepsza znajomość systemów. Pytanie tylko, jak przez tych kilka lat rósł kapitał wiedzy w klubach zachodnich. My się rozwinęliśmy. Ale czy zmniejszyliśmy dystans do nich, czy może oni rozwijali się jeszcze szybciej?

 Co pan obstawia?

Najpierw trzeba byłoby ustalić, czym jest to mityczne „na Zachodzie”. Bo jeden Zachód drugiemu nierówny. Będąc w Zagłębiu Lubin jeździłem na staże do kilku klubów. Jedne były lepiej zorganizowane inne gorzej niż Zagłębie. Raczej nigdzie się nie wstydziłem.

To z którego Zachodu oni byli?

Z najdalszego. Sporo czasu spędziłem w Portugalii.  Estoril występowało w Lidze Europy, raczej z marnymi warunkami treningowymi. Taka  portugalska Polonia, z jednym boiskiem. Nie każdy klub ma akademię.

Ale portugalska szkoła trenerska uchodzi za jedną z najlepszych na świecie. Choć jeszcze kilkanaście lat temu Bobby Robson trenerskie talenty z tego kraju podsyłał na naukę do angielskiej szkoły w Lilleshall.

Mody się zmieniają. W latach 90. wszyscy patrzyli na Ajax i szkolenie Holendrów, później na Barcelonę, teraz patrzymy też na Portugalię.

W międzyczasie: na Francję, Hiszpanię, Niemcy, i znów na Francję.

My w Polsce powinniśmy wypracować swój model. Wypracować. Nie przejąć. Nam trzeba pracy, a nie mody. Rzemiosła, a nie wielkiego wizjonerstwa. Trzeba pilnować każdego treningu, jego jakości, intensywności. Nie ma w piłce innej drogi niż codzienna praca.

Widziałem pański tekst w „Asystencie trenera” o tym, że technikę można poprawiać nie tylko u Jasia, ale też później u Jana.

W każdym wieku można się rozwinąć jako piłkarz. Zawodnik dwudziestokilkuletni nadal mocno wszystko chłonie. Oczywiście, gdy prowadzisz klub w Ekstraklasie, to duży procent uwagi poświęcasz czemuś innemu, ponieważ z definicji wymagasz określonego poziomu indywidualnych umiejętności. Ale nadal zostaje trochę czasu na indywidualną pracę z piłkarzami, rozwijanie ich. I ta praca przynosi bardzo konkretne rezultaty. Dziesięć minut techniki po każdym treningu potrafi zdziałać cuda, jeśli robisz to systematycznie i jesteś skupiony na konkretnych rzeczach. Sam widziałem.

U których piłkarzy?

Bez nazwisk. Wiem jak skomplikowanym procesem jest rozwój piłkarza i żaden trener nie może powiedzieć: to ja tego zawodnika ukształtowałem. Trener może mu pomóc w jakimś procencie, ale i tak wszystko zależy od samego piłkarza. Ja mogę powiedzieć tyle, że pracowaliśmy z Piotrem Stokowcem z reprezentantami kraju, którzy mieli swoje braki, a poprzez codzienną pracę potrafili je niwelować.

Tych późniejszych reprezentantów z klubów prowadzonych przez Piotra Stokowca z panem jako asystentem trochę się już zebrało. W Polonii choćby Łukasz Teodorczyk i Paweł Wszołek, w Zagłębiu Krzysztof Piątek, Jarosław Jach, Adam Buksa.

Cieszymy się.

Z Krzysztofem Piątkiem dobrze się pracowało?

Bardzo dobrze. Żałowałem, że odchodzi do Cracovii. On jest bardzo zdecydowany, wie czego chce. Pamiętam ten moment, gdy się dowiedział, że pierwszy raz będzie w meczowej osiemnastce na mecz ligowy. Jego głośne „Jeeest!”. Dwa lata później był czołowym napastnikiem ekstraklasy. Lubin to jest miejsce sprzyjające skupieniu się na piłce. Świetne warunki, mało pokus. A Krzysiek był bardzo skupiony. Pracował nad sobą przed treningami, po treningach. To o czym rozmawialiśmy: rzemieślnicza praca czyni cuda. Skupienie, wytrwałość, cierpliwość we wzlotach i upadkach, umiejętność zadawania sobie pytań: czego mi brakuje, jak to zmienić. Czy mam z tym pójść do trenera, czy do psychologa.

W każdym klubie, który prowadziliście, był w sztabie psycholog Paweł Habrat.

Myślimy o piłce nożnej całościowo i widzimy jak skomplikowany to jest projekt. Jeśli piłkarz skręci kostkę, to nie biegamy po mieście szukając fachowca, tylko mamy fizjoterapeutę w klubie. Dlaczego mielibyśmy biegać za psychologiem, gdy jest jakiś problem; raczej staramy się zapobiegać i myśleć co się może wydarzyć. W piłce panuje kult jednostki, ale tak naprawdę ważna jest współpraca. Dziennikarze tak często patrzą: oto piłkarz, oto trener, i ich moc sprawcza. Nie, nie będzie tej mocy sprawczej bez zaufanych ludzi. W piłce nie ma czasu. Gdy przejmujesz nowy klub masz chwilę żeby się dobrze zorganizować, a potem już się ścigasz z czasem. Potrzebujesz ludzi których znasz, którym ufasz. Z tygodnia na tydzień dzieje się tyle, ile w niektórych pracach przez dwa miesiące. Dlatego gdy już trener ma swój sztab, to chce z nim iść z klubu do klubu.

Dlaczego wtedy w 2012, gdy Piotr Stokowiec przejmował Polonię, sięgnął właśnie po pana?

Trzeba pytać Piotra Stokowca. Pracowałem wtedy w Ursusie, wcześniej w innych klubach z Mazowsza. Znaliśmy się z Polonii, te moje dwie minuty spędzone na boiskach Ekstraklasy przypadły akurat na ten czas, gdy Piotrek też był w Polonii. Zostało mi z tamtego sezonu kilku znajomych w futbolu, potem poszliśmy swoimi drogami, ja pracowałem w niższych ligach. Pozostałem w piłce, nawet jeśli momentami tylko jedną nogą, bo drugą byłem na uczelni.

Na uczelni, w podróżach, z których pan pisał artykuły do „Gazety Wyborczej”, w Gutek Film, a nawet w ambasadzie polskiej w Sarajewie.

Studia to czas szukania. Pracę magisterską pisałem m.in. o Sarajewie i byłem na stażu w naszej ambasadzie. Praca była o architekturze, jej uwikłaniu w politykę. „Wyborcza” też wtedy bardzo chętnie brała wszystkie teksty o Bośni. To był krótki staż, ale z wątkami futbolowymi. To ja sprowadzałem do Polski Jasmina Buricia, bo wyrabiałem mu Polską wizę. Nie traciłem nigdy kontaktu z futbolem. Nawet pracując w niższej lidze, jeździłem na staże do Portugalii czy Holandii. Wydawało mi się to naturalne.

To Polska nie rozwija wystarczająco dobrze trenerów, czy to trenerzy czasem niewystarczająco mocno chcą się rozwijać?

Nie chcę oceniać. Jestem na kursie UEFA Pro. To bardzo dobry kurs. O Radku Sobolewskim już wspominałem, uczestniczy też w tym kursie np. Ivan Djurdjević, Aleksandar Vuković.

I pierwsza kobieta na kursie UEFA Pro, Nina Patalon.

Tak, futbol nam się otwiera i bardzo dobrze. Poziom tego kursu jest bardzo wysoki, ale daje on przede wszystkim narzędzia. Trzeba je jeszcze dobrze wykorzystać, a to już zależy od każdego z osobna. Jakie wyciągnie wnioski. Edukacja trenerów się w Polsce zmienia. Za kursy odpowiadają ludzie, którzy się w to angażują na pełny etat, a nie z doskoku, fragmentarycznie.

Ale robią to na pełny etat dobrze, czy mogliby lepiej?

A czy polski system oświaty działa dobrze, czy mógłby lepiej? Wypuszcza w świat ludzi, którzy sobie radzą, czy może mogliby sobie radzić lepiej? Całościowa ocena zawsze jest trudna. Czy na przykład polska szkoła uczy dzieci wystąpień publicznych, jasnego wyrażania swojego zdania, przebojowości? Czy szkoła uczy nas wspólnotowego działania i cierpliwości w czekaniu na efekty? Bo wydaje mi się, że to się potem mocno odbija również na tym, jakimi trenerami są Polacy. Ja na przykład miałem problem z wystąpieniami publicznymi, musiałem się tego nauczyć. Tego można  się nauczyć. Trzeba. Kolejna sprawa: języki obce. Co innego szkolna edukacja, co innego konieczność zarządzania w obcym języku grupą, wydawania komend, budowania autorytetu.

To chyba największa porażka polskiego warsztatu trenerskiego: brak jakiejkolwiek produkcji na eksport.

To jest coś co mnie fascynuje w portugalskiej rzeczywistości. Jak zagraniczne sukcesy jednych trenerów popchnęły do przodu kariery innych. Dziś w Portugalii prowadzisz Pacos Ferreira, odnosisz sukcesy, idziesz do Porto, a stamtąd w świat i zwalniasz miejsce w kraju dla następnego zdolnego. Jak bardzo nam by się przydał trener, który zaistnieje na arenie międzynarodowej. Spójrzmy na Serbów. Wyrobili sobie świetną markę, dostają niezłą pracę poza swoim krajem. Dbajmy o swoją markę, budujmy ją. Na to wszystko trzeba czasu. I cierpliwości. Tego solidnego rzemiosła, o którym mówimy. A nie fruwania od idei do idei. Holenderska myśl piłkarska jest dostosowana do holenderskich realiów, historii, holenderskiego temperamentu. Portugalska do temperamentu portugalskiego. Polska to kraj dużo większy, z inną historią. Czy u nas kopiowane modele się przyjmą? Dobrze, że mamy już Narodowy Model Gry. Ale każdy trener musi też pracować nad swoim własnym modelem. Trener powinien mieć oczy cały czas otwarte na tu i teraz. Powinien się zmieniać razem ze światem. Roberto Martinez, gość na niedawnym szkoleniu w Nyonie, przychodząc do reprezentacji Belgii wziął pod uwagę to, że pracuje w podzielonym pod pewnymi względami kraju. Dostosował się do okoliczności.

Gdy Piotr Stokowiec ostatniej wiosny przejmował Lechię w biegu, prosił by na Lechię według jego pomysłu poczekać do następnego sezonu. Spodziewaliście, że to będzie Lechia – lider ekstraklasy?

Wyniki to jedna rzecz, ale myślę, że styl Piotra Stokowca widać niezależnie od tego, czy piłka w meczu wpadnie do siatki czy nie. Może nie każdemu się ten styl podoba, nie będziemy rozmawiać o estetyce, ale widać go: walkę, charakter, przygotowanie fizyczne. Taktycznie też poprawiliśmy to, co uznaliśmy za najbardziej istotne.

Drużyna, która musiała ratować się przed spadkiem, zmieniła się w lidera ekstraklasy. A po drodze cały czas było gorąco: pożegnanie z Marco Paixao, Sławomir Peszko poza pierwszą drużyną itd.

Trener musi podejmować decyzje i być liderem. We wszystkich klubach w których pracujemy, staramy się stworzyć dobrze współpracującą grupę. Mówię nie tylko o drużynie, ale o całym klubie, a nawet o tym, jak drużynę postrzegają kibice. Bo we współpracy grupy jest wielka siła.

Panu jest dobrze jako asystentowi? Temu drugiemu?

Tak jak mówiliśmy: całej piłce potrzebna jest rzemieślnicza praca i umiejętność współpracy. To jest wartościowe  doświadczenie, uczestniczyć w dobrym projekcie. A ja jestem jeszcze młody. Na wszystko jest czas.

Ma pan jakiś wielki trenerski wzór?

Nie mam. Nawet nie mam czasu, by śledzić innych na tyle dokładnie, by wziąć kogoś za wzór tak całościowo. Zawsze czułem sympatię do Andre Villasa Boasa. Trudno go teraz naśladować, bo zajął się rajdami, ale spotkałem go gdy pracował w Porto, pomógł mi kolega z Polonii Paweł Kieszek. Paweł grał w Portugalii i zrobił dla mnie bardzo dużo, bo wielokrotnie bezceremonialnie wpadał ze mną do gabinetu swoich trenerów i mówił: to jest mój kolega z Polski, proszę mu poświęcić trochę czasu. Tak poznałem m.in Villasa Boasa i przyglądałem się później jego pracy z ciekawością, również dlatego, że był z młodego, bliskiego mi pokolenia. I lubię też sobie na przykładzie Villasa Boasa pomyśleć o roli przypadku w życiu i pracy. Rok temu pojechałem na chwilę do Szanghaju, żeby odpocząć, odciąć się od piłki. Wyszedłem na ulicę 25-milionowego miasta. I wpadłem na Villasa Boasa. Pomyślałem sobie: mnie to chyba jednak ten futbol sam szuka, jak piłka napastnika w polu karnym.

Łukasz Smolarow, rocznik 1984. Absolwent kulturoznawstwa. Wychowanek Polonii Warszawa, zagrał w jej barwach w Ekstraklasie, ale tylko dwie minuty w sezonie 2003/2004. W 2012 Piotr Stokowiec wybrał go na swojego asystenta, gdy zaczynał pracę w Polonii. Potem pracowali razem w Jagiellonii Białystok, Zagłębiu Lubin i – od 2018 roku – w Lechii Gdańsk.