Sport.pl

O'Piłki Marciniaka. Miesiąc miodowy

Bycie trenerem to świetna robota. Od poniedziałku do piątku, bo później przychodzą mecze i często już tak kolorowo nie jest.

W taki sposób swój fach opisał kiedyś Mariusz Rumak. Mimo że żartował to i tak przemycił sporo prawdy o losie szkoleniowców. Często słyszymy stwierdzenie, że w naszych realiach ten zawód to stąpanie po polu minowym. Niecierpliwy przełożony, rozkapryszeni piłkarze, niezadowoleni kibice, brak transferów i odpowiedniej infrastruktury. W wielu przypadkach tak wygląda codzienność, ale niemal zawsze praca zaczyna się w zupełnie innej rzeczywistości. Najłatwiej być trenerem przez pierwsze kilka tygodni w nowym klubie. To dopiero świetna robota!

Zmiana szkoleniowca w zdecydowanej większości przypadków oznacza, że drużyna wpadła w kryzys. Wyniki słabe, atmosfera depresyjna. Prezes dochodzi do wniosku, że trzeba coś, a w zasadzie kogoś zmienić i w klubie pojawia się nowy trener. Początki pracy są jak miesiąc miodowy. Wystarczy przystawić ucha tu i ówdzie, zrobić wywiad środowiskowy, by zdiagnozować na czym polegał problem poprzednika. Przykład z Ekstraklasy. Trener, któremu wybitnie nie szło był typem wojskowego kaprala. Bardzo dużo zakazów, mało luzu, styl zarządzania mocno korporacyjny. Piłkarze irytowali się bzdurnymi w ich mniemaniu zakazami. Kawa w dniu meczu? Wykluczone. Integracyjny grill po meczu sparingowym? Zamiast swojskiej karkówki i musztardy, ryba i sałatka. Propozycja kapitana, by dołożyć do tego szklaneczkę piwa jest torpedowana przez surowego trenera.

Nie twierdzę, że to źle. Profesjonalizm wymaga respektowania zakazów, detale mają fundamentalne znaczenie. Jednak to wszystko złożone w całość sprawiało, że zawodnicy czuli się nieco stłamszeni. Do tego doszły złe wyniki w lidze i nadzieja na lepsze jutro gasła. Nowy szkoleniowiec szybko zdiagnozował problem. Praca na boisku była podstawą, ale poza nim wprowadził zdecydowanie więcej luzu. Odprawa taktyczna w hotelu przeprowadzona była o godzinie 22. Zawodnicy zaskoczeni, bo na stole czekało na nich kilka butelek wina i piwa. Tak, by każdy chętny mógł przed snem się odrobinę zrelaksować. Co więcej trener nakazał, by zawodnicy siedzieli w miejscu, gdzie będą widziani przez innych. Chciał pokazać, że nie mogą się wstydzić takich sytuacji, bo przecież nie robią niczego złego. Prosty zabieg, który szybko sprawił, że drużyna „kupiła” trenera. Przez cały okres jego pracy trudno usłyszeć, by któryś z zawodników na niego narzekał. To rzadkość.

Żeby była jasność: robienie atmosfery w zespole nie polega na wspólnym biesiadowaniu. Pewne granice są nieprzekraczalne, a jeśli trener da palec, to szybko zespół będzie chciał wziąć całą rękę.

- Trenerze, nie idzie nam.

- Co proponujecie?

- Piwko i grill, trzeba poprawić nastroje.

I wersja alternatywna:

- Trenerze, wygraliśmy ostatnio.

- I co w związku z tym?

- Piwko i grill, trzeba podtrzymać dobry nastrój.

W ten sposób inny trener obrazował pomysły piłkarzy na zarządzanie atmosferą w drużynie.

Miesiąc miodowy nowego trenera to nie tylko lepsze relacje z zawodnikami. To też magiczny czas, gdy prezes jest w stanie uchylić mu nieba. Poprzednik nie mógł doczekać się wzmocnień? Teraz udało się wysupłać parę groszy na solidnego zawodnika. W klubie nie było analityka na etacie, a piłkarzom nie dostarczano odżywek? Nie ma sprawy, da się zrobić. Wiele spraw nierozwiązywalnych za poprzednika nagle da się zrealizować. Pierwsze tygodnie w nowym klubie to też szansa na głębsze zmiany w hierarchii zespołu. Być może tak należy interpretować to, co dzieje się teraz w Legii Warszawa.

Po wielu miesiącach eksperymentów w klubie pojawił się trener, który po pierwsze był już kiedyś szkoleniowcem zawodowych piłkarzy, po drugie ma boiskowe doświadczenie. Dostaje od właściciela duży kredyt zaufania wyrażony trzyletnim kontraktem. Ma przyzwolenie na wprowadzenie zmian i bez skrupułów zaczyna odsuwać na boczny tor dotychczasowych liderów. Radović praktycznie nie dostaje szans gry, Pazdan przestaje być podstawowym stoperem, a Malarz traci miejsce w bramce, mimo że wcześniej nie zawodził. Na dokładkę Mączyński zostaje odesłany do rezerw, a Hamalainen jest odstawiony na boczny tor. Pięciu ważnych do tej pory zawodników musi od nowa pracować na swoją szansę, a ich następcy coraz śmielej rozpychają się łokciami w podstawowym składzie. Na dziś nie wiemy jakim trenerem jest Sa Pinto. Trudno wyrokować czy jego „przewrót pałacowy” to zbieg okoliczności czy celowe działanie. Wiemy jednak, że dość szybko udało mu się zmienić oblicze zespołu. Gra Legii nadal nie porywa, ale na boisku widać zespół, a nie grupę indywidualistów.

Nowe zasady, szansa dla zawodników pomijanych przez poprzednika, kilka zmian organizacyjnych, większa otwartość w relacjach z piłkarzami. Tak w skrócie można zdefiniować to, co często określa się mianem „efektu nowej miotły”. Statystyki burzą mit natychmiastowej poprawy wyników pod wodzą nowego trenera. W książce „Futbol i statystyki” Chris Anderson i David Sally pokazują dwa możliwe scenariusze w przypadku, gdy drużyna wpada w dołek i zdobywa mniej punktów niż zazwyczaj. Na dystansie czterech kolejnych meczów zespół wraca do punktowej równowagi niezależnie od tego, czy zmieniono szkoleniowca. Próba badawcza jest wiarygodna, analizowano wyniki w lidze holenderskiej od 1986 do 2004 roku.

Futbol i statystykiFutbol i statystyki Futbol i statystyki

Warto sobie odświeżać te statystyki licząc, że wraz ze zmianą trenera wszystkie problemy klubu znikną. Na początku może być łatwo i przyjemnie, ale miesiąc miodowy szybko się kończy. Trenerów i piłkarzy dogania rzeczywistość, a przy poważniejszym kryzysie prezes rzadko pamięta o początkowym zauroczeniu. Pojawia się nowy kandydat, jego wizja staje się bardziej atrakcyjna i cała zabawa zaczyna się od nowa.

Puchar Polski. ŁKS Łódź - Lech Poznań. Za plecami ściana, na gardle nóż. Dla "Kolejorza" to mecz o wszystko

Championship. Paweł Olkowski wybawieniem Boltonu. "Wady? Jeszcze ich nie widzieliśmy"

Premier League. Łukasz Fabiański skomentował swój występ w meczu z Chelsea

Więcej o: