Historia cierpienia. Detal, który odróżnia Real od reszty piłkarskiej Europy

Jeśli ktoś bacznie śledzi poczynania Królewskich w Lidze Mistrzów w ostatnich latach, mógł spodziewać się, że środowy rewanż przeciwko Juventusowi przyniesie emocji nie mniej niż poprzedniego dnia sensacyjna pogoń Romy za Barceloną. Przebieg obu meczów był bardzo podobny, choć z innym finałem, co również w kontekście madrytczyków było do przewidzenia.

Real kocha Ligę Mistrzów. Z wzajemnością - w ostatnich czterech sezonach trzykrotnie zdobywał tytuł najlepszej drużyny na Starym Kontynencie. Miłość ta okupiona jednak bywa cierpieniem. Cierpieniem, do którego w stolicy Hiszpanii przywyknęli i które staje się normalnym etapem na drodze do sukcesu w tych rozgrywkach.

Nie inaczej było w środowy wieczór na Estadio Santiago Bernabeu. Królewscy mieli wszystkie argumenty po swojej stronie. Trzybramkowa zaliczka z wyjazdowego spotkania, własny stadion i kibiców, jednym słowem komfort. Mimo to w 90. minucie przegrywali z Juventusem 0:3 i od dogrywki dzieliło ich zaledwie kilkadziesiąt sekund. Real cierpiał, a turyńczycy rośli w siłę z każdym golem. W doliczonym czasie gry wydarzyło się jednak coś, co pokazuje, na czym polega różnica pomiędzy Królewskimi a resztą piłkarskiej Europy. Madryt potrafi przetrzymać najgorszy moment, nawet jeśli trwa on przez pełne 90 minut. Zniesie każdą przeszkodzę rzuconą pod nogi przez rywala, a kiedy pojawi się szansa, by mu odpłacić, z reguły jej nie marnuje. Wojciech Szczęsny stając naprzeciwko Cristiano Ronaldo, nie mógł zrobić więcej. Portugalczyk uderzył z jedenastu metrów tak, że szans na skuteczną interwencję nie miałby żaden bramkarz na świecie. Liga Mistrzów ponownie kazała cierpieć, a Real grał z przekonaniem, że jeśli to zniesie, zostanie wynagrodzony.

Nauka odporności na ból

Ta historia powtarza się tak naprawdę niemal co sezon. W 2014 roku Królewscy pokonali w pierwszym ćwierćfinałowym spotkaniu Borussię Dortmund 3:0 i przed rewanżem wydawało się, że awans mają praktycznie w kieszeni. Do przerwy przegrywali jednak 0:2, a rzut karny zmarnował Angel Di Maria. Do końcowego gwizdka Królewscy rozpaczliwie bronili wyniku, momentami sprawiając wrażenie drużyny, na jakiej ciąży wyrok, którego wypełnienie to tylko kwestia czasu. Ale dortmundzki napór przetrzymali i zameldowali się w najlepszej czwórce, a potem w wielkim finale z Atletico. Tam znowu wygraną opłacili boiskowym cierpieniem, które dopiero w 93. minucie przerwał strzałem głową Sergio Ramos.

Dwa lata później, ponownie w ćwierćfinale, Real męczył się z Wolfsburgiem. Po sensacyjnej porażce 0:2 w Niemczech odrobił straty z nawiązką w Madrycie, wygrywając 3:0, ale i w tym meczu drżał o awans, mając świadomość, że jeden gol Wolfsburga wyrzuca madrytczyków z rozgrywek. Skończyło się ostatecznie kolejnym triumfem w LM. Rok temu przyszedł raz jeszcze test przeciwko Atletico. Po wygranej 3:0 na Bernabeu Real już po kwadransie spotkania rewanżowego przegrywał 0:2, a widmo katastrofy raz jeszcze spojrzało mu w oczy. I tym razem Królewscy potrafili przejść przez trudne chwile, by ostatecznie awansować do finału, w którym pokonali Juventus.

Gotowi na wszystko

W środę fani Los Blancos przeżyli deja vu. Real doświadczył w ostatnich latach w Lidze Mistrzów wszystkiego, co tylko możliwe - wygrywał finały po rzutach karnych, po dogrywce, w regulaminowym czasie gry, odrabiał straty, trwonił duże przewagi. Koniec końców wychodził na swoje. Można powiedzieć, że jest przygotowany na każdą okoliczność i potrafi się dostosować. To, że jeszcze w tej edycji będzie na boisku przez rywali cierpieć, jest więcej niż pewne. Ale pewne jest także to, że lepiej niż którykolwiek z pozostałych półfinalistów jest na to cierpienie gotowy i zna jego cenę.

Więcej o: