Duś uważa, że Ruch to dobrze przygotowany do sezonu zespół. - Na pewno nie wyglądamy gorzej na tle innych ligowych drużyn. Nie zdarzają się takie sytuacje, by zawodnicy dostawali skurczy mięśni. Wyjątkiem jest tutaj tylko Łukasz Moneta w pucharowym starciu ze Stomilem Olsztyn, ale to była już dogrywka meczu. Poza tym nikt nie zgłasza żadnych tego typu problemów. To oznacza, że zawodnicy są dobrze nawodnieni, przyjmują odpowiednie suplementy diety - uważa Duś, który pomaga sportowcom już od ponad 30 lat.
Jak bardzo zmieniła się w tym czasie medycyna sportowa? - To niebo a ziemia! Przeskok jest niesamowity. Gdy zaczynałem, miałem do dyspozycji altacet i diadynamik. A teraz jest wszystko. Co ważne, zmieniło się samo podejście do rehabilitacji. Kiedyś zawodnikowi, który miał skręcony staw skokowy, zakładało się gips na 3-4 tygodnie. Dzisiaj nikt nie może sobie na to pozwolić. Piłkarz jest rehabilitowany od pierwszego dnia. Uraz, jakiego doznał Marcin Kowalczyk [stoper Ruchu skręcił staw skokowy - przyp.red.], kiedyś leczony byłby blisko dwa razy dłużej. Dzisiaj w stanach zapalnych stosuje się osocze wysokopłytkowe, czyli podaje się własną krew w miejsca, gdzie występuje stan zapalny. Podaje się też komórki macierzyste, które bardzo szybko regenerują tkanki. To bardzo duża zdobycz w medycynie sportowej - podkreśla.
Duś doświadczył wielu poważnych kontuzji u sportowców, którymi się opiekował. - Kiedyś, gdy pracowałem w koszykarskim zespole Bobry Bytom, jeden z zawodników podczas meczu doznał otwartego złamania kości łokciowej, która wystawała z przedramienia. Bardzo charakterystyczne są zerwania ścięgien Achillesa. Nagle coś strzela, jakby batem. Biegniesz do zawodnika i już wiesz, że doszło do zerwania. Poza tym wszelkiego rodzaju złamania, widziałem np. złamanie kości piszczelowej. Są to groźne kontuzje, wyglądają drastycznie, ale leczy się je dużo szybciej niż np. zerwanie więzadeł krzyżowych - mówi.
Metody leczenia też się zmieniały na przestrzeni lat. - Na przykład kiedyś zakładano okłady parafinowe na kolana, by je grzać. Wszyscy byli święcie przekonani, że ogrzewanie kolan jest bardzo dobrą metodą. Po latach okazało się, że jest zupełnie odwrotnie - kolana trzeba schładzać. Wiele rzeczy zmieniło się o 180 stopni - podkreśla Duś.
- Polska medycyna sportowa bardzo poszła do przodu. Kluby się wzmacniają finansowo, nie tylko te piłkarskie, ale jest też większa świadomość w tym aspekcie. Jeszcze nam trochę brakuje do najlepszych, chociażby pod względem infrastruktury medycznej. Wszystko jednak rozbija się o fundusze. Z pewnością na zachodzie mają większe doświadczenie w nowoczesnym leczeniu kontuzji, po prostu dłużej to robią. Stąd na przykład zawodnicy z klubów rosyjskich, w których przecież pieniędzy nie brakuje, leczą się na zachodzie. Uczymy od zachodniej Europy, a przede wszystkim od Stanów Zjednoczonych. Tam się odbywa największy rozwój medycyny sportowej. Na przykład zwykły taping - nikt tego nie znał, to się wzięło ze Stanów, z ligi koszykarskiej. Dzisiaj oklejanie nóg, kolan, czy innych części ciała jest powszechne na całym świecie - mówi.