Grzegorz Kapica przypadek inny niż wszystkie. "Nie wolno dać się zeżreć"

- Szatnia piłkarska, to rzeczywiście specyficzne miejsce. Prym wiodą ci, którzy mówią najwięcej. Nie ważne, że często od rzeczy. Jeden opowiada głupie kawały, a reszta ma obowiązek się z tego śmiać. Dla mnie zbyt często było to niestrawialne - mówi Grzegorz Kapica, były ligowiec, a dziś trener koordynator w Ruchu Chorzów.

Grzegorz Kapica do poważnej piłki trafił już po maturze, a i tak nie przeszkodziło mu to zdobyć dwóch tytułów mistrza Polski (z Lechem Poznań i Ruchem Chorzów), Pucharu Polski (z Lechem) oraz miana króla strzelców ekstraklasy (w barwach Szombierek Bytom). Czy taka historia może się jeszcze powtórzyć?

Wojciech Todur: - Czy dopuszcza Pan do siebie myśl, że na treningu Ruchu pojawia się młody chłopak - powiedzmy 18-letni - który wcześniej nigdy nie trenował i nie grał w piłkę w klubie, ale ma w sobie dość siły i talentu, żeby dołączyć do zespołu?

Grzegorz Kapica: - Ciągle słyszę, że to nie możliwe. Nie zgadzam się jednak z tym. Młody człowiek wybrał inny sposób na swoje sportowe życie, ale to nie przekreśla jego szans nawet na zawodową karierę. Na pewno będzie mu jednak trudniej. Także przez to, że wokół niego są ludzie, którzy w niego nie wierzą.

Dlatego tak ważnym jest, żebyśmy wychodzili poza schematy, które sami sobie narzucamy. Życie wygląda inaczej. Czasami trzeba wyjść poza te sztywne ramy. Spojrzeć obok i dostrzec coś interesującego. Wiadomo, że w akademii piłkarskiej wszystko powinno być zapięte na ostatni guzik. Porządna organizacja, to i porządek na boisku. Warto jednak czasami zejść z drogi. Przecież nic nie ryzykujemy, a możemy tylko zyskać.

A Pan właściwie dlaczego tak długo zwlekał z decyzją, żeby zapukać do drzwi klubu?

- To były czasy, gdy od rana do wieczora grało się w piłkę. Wystarczył kawałek wolnego placu i dwa tornistry, które robiły za słupki bramek. Wokół mnie rzecz jasna byli koledzy, którzy trenowali w klubach, ale ja szedłem inną drogą. Już w liceum trafiłem do SKS-u. Trenowałem siatkówkę, koszykówkę, piłkę ręczną. Ręczną traktowałem najpoważniej. Przyplątała się jednak żółtaczka, potem przygotowywałem się do matury i to zarzuciłem.

Tyle, że ja mieszkałem 50 metrów do stadionu Wawelu Wirek. To było moje miejsce, do którego często zaglądałem. No i raz poszedłem na trening juniorów. Zespół prowadził Grzegorz Dubiel, który w latach 50-tych razem z moim ojcem robił awans do I ligi. Przedstawiłem się, a on na to. "Syn Romka? No to zostań z nami".

W juniorach za wiele nie pograłem i od razu trafiłem do drużyny seniorów. Szybko wpatrzył mnie trener Teodor Wawoczny i zaproponowałem przeprowadzkę do Grunwaldu Ruda Śląska. Pograłem tam półtora roku i już byłem zawodnikiem Szombierek Bytom.

Hubert Kostka, ówczesny trener Szombierek Bytom powiedział w jednym z wywiadów, że brakowało Panu piłkarskiej kindersztuby. O co mogło mu chodzić?

- W wieku 19 lat, po maturze, miałem już ukształtowany swój świat. Nie akceptowałem, odrzucałem to co kryło się w piłkarskiej szatni. Nie poznawałem przez lata tych zależności, klimatów, rytuałów, które ocierają się o wojskową falę. Tych podziałów na starszych i młodych. To spadło na mnie nagle i było mi zupełnie obce.

Odrzucałem to i nie byłem w stanie tego zmienić. Pewnie i dlatego byłem traktowany jak odludek. Gdy człowiek dorasta w takiej atmosferze, to czuję się w tym środowisku naturalnie. Tymczasem ja byłem już wtedy dorosłym facetem. W głowie miałem polonistykę, literaturę... Świat był dla mnie. Nie akceptowałem tego co było na "nie". Nie mówię, że to rodziło konflikty, ale jednak mnie odrzucało.

Zaskoczyło mnie, że w czasie gry w Szombierkach niemal nie rozmawiał Pan z Romanem Ogazą, z którym tak świetnie rozumieliście się na boisku

- Roman - niestety już świętej pamięci - to był kapitalny człowiek. Żeby opisać naszą relację posłużę się dwoma przykładami. Po jednym z meczów stoimy obok siebie w łaźni. Myjemy ręce pod bieżącą wodą i nagle Roman obraca się do mnie i wypowiada tylko jedno zdanie - "Dobrze, żeś tam jest". I tyle... Druga sytuacja. Gramy wyjazdowe spotkanie z Gwardią Warszawa, a po tym meczu czeka nas jeszcze wyjazd na pucharowe spotkanie z z Feyenoordem Rotterdam. Trener Kostka widać chciał ustrzec Romka od różnych pokus i dał go do pokoju ze mną.

W tym samym czasie w Warszawie odbywał się zapaśniczy memoriał Pytlasińskiego, a w naszym hotelu spali również zawodnicy z Bułgarii. Roman stwierdził, że zapuka do nich po bułgarski koniak i rzeczywiści po kilku minutach wrócił z butelką. Odkręca i mówi - "No to się napijemy...". - Ale Roman. Ja nie piję - odpowiedziałem. Spojrzał na mnie zaskoczony i zakręca butelkę. "Skoro ty nie pijesz, to ja też nie".

Rano przy śniadaniu było z tego powodu trochę śmiechu, że "Młody" odmówił Ogazie, ale tak naprawdę pokazywało to, że Roman nie chciał mnie zmieniać. To był fantastyczny człowiek, a nasza wspólna gra to był ideał współpracy. Na boisku mieliśmy jeden cel, a poza nim każdy szedł w swoją stronę.

Tyle, że te cechy o których Pan mówi Roman Ogaza wyniósł raczej z domu, niż z piłkarskiej szatni

- Szatnia to rzeczywiście specyficzne miejsce. Nie jest łatwo dać sobie radę w takiej grupie. Prym wiodą ci, którzy mówią najwięcej. Nie ważne, że często od rzeczy. Jeden opowiada głupie kawały, a reszta ma obowiązek się z tego śmiać. Dla mnie zbyt często było to niestrawialne. Czasami bolało, ale przecież nie wolno dać się zeżreć.

Kolejny aspekt tego, że trafił Pan do klubu aż tak późno, to przygotowanie fizyczne. Na taki wysiłek nie był Pan jednak gotowy

- To prawda i z czasem okazało się, że tego nadrobić nie sposób. Trenerzy Wawoczny i Kostka nie uznawali kompromisów. To była praca na najwyższych obrotach.

Do utraty tchu, do wymiotów, do maksimum. Nie byłem na to gotowy. Trzy razy leżałem na operacyjnym stole. Nie wytrzymywały nawet te najmocniejsze mięśnie.

Strzelił miesień uda. Strzeliło ścięgno achillesa. Mój późny start musiał się na tym odbić, bezdyskusyjnie. Nie powiem jednak, że nie było warto. Kontuzje są przypisane do tego zawodu. Nie ma pewności, że gdyby wysiłek narastał stopniowo, to nie skończyłoby się tak samo.

Nie zazdrości Pan trochę dzisiejszym, młodym piłkarzom Ruchu Chorzów, że są prowadzeni jak za rączkę do celu?

- Podstawowa sprawa - nigdy nikomu niczego nie zazdrościć. Każdy ma swoje życie i sam na nie pracuje. Teraz jest tak, że w klubie tysiące ludzi podąża tą samą drogą, tak jak to jest spisane w książkach. Jasnym jest jednak, że nie wszyscy dotrą do celu, bo wtedy mielibyśmy tysiące znakomitych piłkarzy.

Na koniec dotrą więc nieliczni. Wcale nie najlepsi. Tylko ci co mają w sobie to coś. Umiejętności, charakter... Chociaż mówienie o charakterze to jest banał. Każdy go przecież ma.

Żeby dotrzeć do celu musisz spotkać na swojej drodze odpowiednich ludzi. Takich, którzy mają doświadczenie i potrafią patrzeć szerzej. Bo czasami warto zwrócić uwagę na chłopaka, który biegnie na samym końcu

Funkcję trenera koordynatora ds. młodzieży łączy Pan z pracą piłkarskiego skauta. Często się Pan myli? Źle ocenia umiejętności potencjalnych piłkarzy Ruchu?

- Tak daleko bym nie sięgał, bo teraz musielibyśmy skupić się na konkretnych nazwiskach, a tego robić nie chcę. Nie chcę nikogo piętnować. Wolę się przyglądać, zastanawiać.

Faktem jest, że czasami wpada nam ktoś w oko i pomyślimy "Oooo, to będzie zawodnik dużej klasy". Tyle, że wydając taką opinię widzimy tylko to co działo się na boisku.

Tak naprawdę nie znamy tego człowieka. Nie wiemy z jakiego środowiska pochodzi. Jak wygląda jego codzienne życie. Dużo niewiadomych.

Widzimy tylko efekt końcowy, a to za mało. Pomyliłem się nie raz. Piłkarze, w których uwierzyłem grają teraz w drugiej lidze. Ale czy to źle? Czy każdy musi grać w ekstraklasie? Nie można patrzeć na wszystko przez pryzmat pieniędzy i wielkich nazwisk. Sport ma przede wszystkim wychowywać uczciwych ludzi, którzy potem będą przekazywali te wartości swoim dzieciom.

Jak tak Pana słucham, to coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że Pan do piłki nie pasuje?

- Ale ja to doskonale wiem! Tak było od początku. Trafiłem do tego świata przypadkiem. Ale, żeby było jasne - ja się wcale nie męczę. W całej tej masie ludzi czuję się inny, ale to jest mój świat. Jeżeli inni go akceptują, to ja również jestem szczęśliwym człowiekiem.

Który zawód jest Panu najbliższy? Skauta, trenera, koordynatora?

- Zdecydowanie trenera. To jest moje. To jest to co chciałem w życiu robić i co sprawia mi największą radość. Teraz zyskuję nowe kompetencje. Pracuję na trenera. Załatwiam wszelkie formalności. Zgłoszenia zawodników, licencje, trudne rozmowy z rodzicami - teraz to moja codzienność.

Dotąd nie miałem świadomości, że tyle dzieje się za plecami trenera. Zacząłem mocniej doceniać tych ludzi, którzy pracują na to, żeby na końcu - także na boisku - wszystko było zapięte na ostatni guzik. Ciekawe doświadczenie, które mocno wzbogaca.

Powiedzmy, że podczas najbliższego meczu podchodzi do Pana kolega, z którym grał Pan w Szombierkach i mówi, że ma 18-letniego syna, który nigdy nie grał w piłkę w klubie, ale ma wielki talent. Da mu Pan szansę w Ruchu?

- Przychodź chłopie na trening i nawet się nie zastanawiaj! Bo to nie twój wiek i brak doświadczenia cię zweryfikują, a boisko. To na murawie przekonasz się, czy jesteś gotowy podołać temu wyzwaniu. Zdaniem wielu taka historia, jak moja już się powtórzy. Ja jednak jest romantykiem, więc wierzę.

Więcej o: