Ekstraklasowa frekwencja i śląski szkielet, ale też falstart i długi. Jak Górnik przywitał się z pierwszą ligą?

Po spadku z Ekstraklasy w Zabrzu mówiono o szybkim powrocie na salony polskiej piłki. W ciągu trzech miesięcy Górnik do celu jednak się nie przybliżył.

14 maja, kiedy Górnik spadł z Ekstraklasy, przy Roosevelta złość i rozżalenie mieszały się z niepewnością. Trudno bowiem było nie zadawać sobie pytania: "Jak to będzie w pierwszej lidze?". W klubie wskazywano na przykład Zagłębia Lubin, któremu - jak się okazało - degradacja z Ekstraklasy wręcz pomogła poukładać się na nowo i wrócić na salony jako znacznie silniejszy klub. Inna sprawa, że świeżo w pamięci mamy chociażby historię Odry Wodzisław, dla której pierwsza liga stała się gwoździem do trumny. Do kogo bliżej dziś Górnikowi?

Boisko, czyli trudne początki

Cztery punkty w pięciu meczach - to mówi właściwie wszystko. Na dodatek zabrzanom krwi napsuły już Stal Mielec czy Sandecja Nowy Sącz, a więc drużyny, których czołówką pierwszej ligi nazwać nie można. W efekcie strata do miejsca premiowanego awansem to już sześć oczek. Innymi słowy - ekipa z Roosevelta zalicza ligowy falstart.

Akurat w tym przypadku trudno jednak zrzucać winę na trenera. Marcin Brosz nie przejął przecież dobrze funkcjonującego zespołu, któremu wystarczą jedynie kosmetyczne zmiany. Buduje na nowo, opierając przy tym Górnika na zupełnie innych fundamentach. Zamiast przereklamowanych ligowców, jak Maciej Korzym czy Michał Janota, jest sporo zdolnej (choć wymagającej jeszcze dużo pracy) młodzieży. - Bardzo zależy mi również na tym, by grało u nas jak najwięcej chłopców z naszego regionu i okolic. Mieć w kadrze samych Ślązaków się nie da, ale szkielet musi być śląski - podkreśla Brosz. I rzeczywiście, w wyjściowej jedenastce na poprzedni mecz, z Sandecją, można było znaleźć ludzi urodzonych w Rudzie Śląskiej, Katowicach, Knurowie czy Jastrzębiu Zdrój. A wygrana z Legią Warszawa w Pucharze Polski daje nadzieję na to, że kierunek jest słuszny...

Finanse, czyli widmo konsekwencji

Koszty utrzymania pierwszego zespołu zostały bardzo mocno okrojone, ale to nie zmienia faktu, że długi Górnika rosną. Co gorsza, dotyczą również ludzi, którzy w Zabrzu od dłuższego czasu już nie pracują, jak trenerzy Robert Warzycha i Leszek Ojrzyński. Obaj mówią, że klub konsekwentnie unika z nimi kontaktu, więc spotkają się z nim w sądzie. Miesiąc temu Bartosz Sarnowski, prezes Górnika, zapewniał co prawda, że "z trenerami będą toczone rozmowy, by sprawę tych roszczeń zakończyć pozytywnie", ale z naszych informacji wynika, że nic takiego się nie wydarzyło. To z kolei oznacza, że zabrzanie narażają się na konsekwencje ze strony PZPN-u.

Media, czyli... medialne problemy

Na swojej stronie internetowej Górnik pochwalił się, że - biorąc pod uwagę liczbę materiałów dziennikarskich opublikowanych w lipcu - jest najbardziej medialnym klubem pierwszej ligi. Sęk jednak w tym, że wspomniane materiały często dotyczą jego problemów.

Co gorsza, w ostatnich tygodniach dosłownie przestał istnieć dział medialny Górnika z Rafałem Kędziorem, rzecznikiem prasowym, na czele. W zgodnej opinii przedstawicieli mediów to kolejna zła informacja, bo pracując w takim składzie personalnym dział - mimo trudnych warunków - spisywał się bardzo dobrze.

Kibice, czyli poziom ekstraklasowy

10 625 widzów na meczu ze Stalą Mielec, 16 542 na pucharowym spotkaniu z Legią i 6871 przy okazji pojedynku z Pogonią Siedlce. Takiej frekwencji nie ma wiele klubów Ekstraklasy.

To duży atut w walce o powrót na salony polskiej piłki, bo przecież niesie ze sobą nie tylko wsparcie dla drużyny, ale i dla klubowej kasy. Tyle że kilka atutów musi jeszcze dołożyć od siebie sam klub...

Więcej o: