KOSZYKÓWKA. Rozmowa z Dariuszem Zeligiem

Dariusz Zelig - kiedyś gwiazda polskiej koszykówki, dziś surowy jej obserwator i krytyk. - Mistrzem Polski będzie Idea Śląsk Wrocław, a Prokom Trefl Sopot nie znajdzie się nawet w finale - twierdzi przed rozpoczynającą się w sobotę decydującą o rozdziale medali fazą play off rozgrywek Era Basket Ligi

Mirosław Maciorowski: Trzy zespoły - Idea Śląsk Wrocław, Prokom Trefl Sopot i Anwil Włocławek - rozstrzygną między sobą sprawę tytułu mistrza Polski. Zgadza się Pan z taką oceną?

Dariusz Zelig: Zgadzam się. Nie sądzę, że ktoś jeszcze włączy się w rywalizację tych drużyn. Ale muszę też podkreślić, że z tej trójki zdecydowanym faworytem jest zespół Idei Śląska.

Dlaczego?

- Bo to najdojrzalsza drużyna z całej trójki. Ma duże doświadczenie i ogranie w rozgrywkach Euroligi. Dodatkowo prowadzony jest bardzo dobrze przez mądrego trenera. Rozegra też ewentualne decydujące mecze z tymi rywalami na własnym parkiecie. I choć atut własnego boiska jest często przed fazą play off traktowany z rezerwą, to uważam, że w tym roku nie należy go lekceważyć. Śląsk u siebie jest naprawdę bardzo mocny.

Ala także zespoły Anwilu i Prokomu mają atuty. Drużynę z Włocławka prowadzi Andrej Urlep, trener, który nigdy nie przegrał w walce o mistrzostwo Polski. Mocny zespół potrafi stworzyć nawet z przeciętnych graczy. Z kolei Prokom Trefl, według zgodnej opinii, ma najbardziej zbilansowany skład.

- Zgadzam się z oceną pracy trenera Urlepa. Wiadomo, że drużyny przez niego prowadzone imponują grą zespołową. I w tym sezonie nie jest inaczej. Anwil to przede wszystkim drużyna. Ale widzieliśmy wszyscy, że Śląsk także potrafi zagrać zespołowo, a jak dodamy do tego fakt, że we wrocławskiej ekipie jest zdecydowanie więcej koszykarskich indywidualności, to w tym starciu Anwil nie ma dużych szans. Problemem Prokomu jest natomiast - powiem delikatnie - najmniej doświadczony trener. Ten brak doświadczenia trenera Kijewskiego jest widoczny szczególnie w końcówkach meczów. Po ostatnim sukcesie w Pucharze Ligi Śląsk ma też nad Prokomem dużą przewagę psychiczną.

Mistrzem Polski będzie więc według Pana Śląsk, a z kim zagra w finale?

- Myślę, że z Anwilem. Jeśli dojdzie do półfinałowego pojedynku pomiędzy zespołami Urlepa i Kijewskiego, więcej szans daję zespołowi z Włocławka.

Wspomniał Pan o indywidualnościach Idei Śląska, ale Prokom też ma je w składzie, choćby Gorana Jagodnika, który został w ocenie "Gazety" MVP sezonu zasadniczego.

- "Gazeta" zna się na koszykówce, więc na pewno na taki tytuł zasłużył. Ja nie widziałem tak wielu spotkań z jego udziałem jak dziennikarze. Na pewno to jest wielka indywidualność, ale mimo wszystko uważam, że Śląsk ma ich więcej.

Zdziwił się Pan, że to Jagodnik, a nie Lynn Greer został naszym MVP?

- Nie. Greer to gracz, którego postrzegam głównie jako gwiazdę Euroligi. To w tych rozgrywkach rozegrał najlepsze spotkania, tam rozstrzygał, czasem w pojedynkę, o losach meczów. A w ekstraklasie Śląsk wiele meczów rozegrał z marszu. Grał i wygrywał. Czasem bez wysiłku.

Siłą rzeczy nasuwa się porównanie Lynna Greera z Keithem Williamsem. Na początku lat 90. Williams odgrywał w Śląsku podobną rolę do tej, jaką teraz odgrywa Greer. Ale czy można tych dwóch zawodników porównać?

- Na pewno są podobieństwa. Greer to jednak zdecydowanie większy solista od Williamsa. "Kicior" jednak potrafił się o wiele bardziej podporządkować pod grę zespołu. To że Greer gra bardziej indywidualnie, nie wynika jednak z tego, że jest zawodnikiem samolubnym. On gra tak, jak pozwala mu trener. A Muli Katzurin pozwala mu na bardzo wiele. Zresztą z korzyścią dla wyników zespołu.

Powiedział Pan, że problemem Prokomu jest mniej doświadczony trener. Eugeniusz Kijewski rzeczywiście zbiera cięgi w prasie za sposób prowadzenia drużyny, czy jednak zasłużenie?

- Opinia nie bierze się znikąd, albo ktoś na nią zasługuje, albo nie. Oceniając pracę trenera Kijewskiego, należy przeanalizować, ile w ostatnich latach przegrał meczów jednym czy dwoma punktami, a ile wygrał w takim rozmiarze. I, przede wszystkim, czy wyciągnął z tych przegranych meczów jakieś wnioski.

Dlaczego polscy trenerzy nie mają wyników i są spychani coraz bardziej na margines polskiej koszykówki ligowej?

- Każdy trener wychowuje się w jakimś środowisku, uczy się od innych trenerów, ma swoje wzorce. Myślę, że polscy trenerzy nie uczyli się na zbyt dobrych wzorcach. Nie potrafili i chyba też nie zadali sobie trudu, by znaleźć właściwe. Myślę też, że nie inwestowali w siebie, choć zarabiają naprawdę duże pieniądze. Nie szukali po świecie miejsc, w których mogliby się czegoś nauczyć. Dlatego dziś niewiele potrafią.

A zawodnicy? Po pokoleniu, z którego i Pan się wywodzi, było następne, też niezłe: Adam Wójcik, Maciej Zieliński, Mariusz Bacik, Andrzej Pluta czy Dominik Tomczyk. Nadawali oni ton rozgrywkom w latach 90. i wciąż jeszcze dominują. Ale pojawili się młodsi. Czy pojawienie się takich graczy, jak Zbigniew Białek, Filip Dylewicz, Szymon Szewczyk, Robert Witka czy Michał Ignerski daje podstawy do myślenia, że przyszłość polskiej koszykówki jest zabezpieczona?

- Trudno powiedzieć. Wszystko zależy od tego, jak ich kariery będą się rozwijały. Do jakich klubów trafią, w jakich rozgrywkach będą grali i jaka przypadnie im rola w zespołach, w których się znajdą. Dziś nie sposób tego przewidzieć, dlatego też trudno zgadnąć, czy będą nadawali ton polskiej koszykówce.

Gdy Niemiec Detlef Shrempf debiutował kiedyś w NBA, to dziesięć lat później zespół niemiecki zdobył mistrzostwo Europy. Jeśli dziesięć lat od debiutu Cezarego Trybańskiego w NBA polski zespół powtórzy lub choćby zbliży się do osiągnięcia Niemców, a w jego składzie będą wymienieni zawodnicy, to będziemy mogli powiedzieć, że to było świetne pokolenie.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.