II liga piłki nożnej: wygrana Szczakowianki, remis Ruchu, porażki Piasta i Podbeskidzia

Po kolejnej stracie punktów Ruch Chorzów może się już pożegnać z nadziejami na szybki powrót do ekstraklasy. Resztek złudzeń nie pozbyła się jeszcze Szczakowianka, która nie dała żadnych szans maruderowi ze Stargardu. Nie powiodło się pozostałym zespołom z naszego regionu. Podbeskidzie dzielnie broniło się w Szczecinie, ale straciło gola w doliczonym czasie gry. Piast Gliwice aż 0:3 przegrał w Gorzycach.

Ruch Chorzów - RKS Radomsko 0:0

Kryzys "niebieskich" trwa. Chorzowianie nie potrafili wygrać już dziewiątego kolejnego spotkania. A z taką formą, jaką zaprezentowali w sobotnim spotkaniu z drużyną z Radomskam, ten smutny rekord pewnie jeszcze poprawią. Oglądanie spotkań Ruchu od dawna wymaga olbrzymiej wyrozumiałości lub bezinteresownej miłości. "Niebiescy" mają olbrzymie problemy ze skonstruowaniem akcji składającej się z kilku dokładnych, przemyślanych podań. Nie grają skrzydłami, nie grają środkiem..., w ogóle nie grają.

W meczu z Radomskiem trener Jerzy Wyrobek "poświęcił" Marcina Malinowskiego, obecnie chyba jedynego piłkarza w Chorzowie, który może pretendować do miana rozgrywającego, i ustawił go na pozycji ostatniego stopera. Efekt był taki, że "niebiescy" przez 90 min nie stworzyli żadnej stuprocentowej okazji do zdobycia bramki. Chaotyczne, najczęściej niecelne strzały z dystansu to było wszystko, czym uraczyli zmarzniętych kibiców. Trener Wyrobek jednak bronił swojej decyzji. - To było bardzo dobre posunięcie. Skończyliśmy mecz bez straty bramki, a to nam się ostatnio często nie zdarza - tłumaczył.

Może taktyka na mecz byłaby inna, ale już na przedmeczowej rozgrzewce urazu nabawił się Słowak Frantiszek Kundra, który przy starcie do piłki naderwał mięsień.

W drugiej połowie w barwach Ruchu zadebiutował 18-letni Rafał Wawrzyńczok, który zastąpił kontuzjowanego Marka Szyndrowskiego. - Nie spodziewałem się, że wejdę na boisko. Ciężko debiutować w takim meczu, tym bardziej że drużynie od dawna nie idzie - mówił piłkarz. - Będą z niego ludzie. Musi tylko więcej grać - chwalił Wyrobek.

Goście potwierdzili, że są bardzo wymagającym rywalem. - Staramy się grać kombinacyjną piłkę, opartą na dużej liczbie podań. Na własnym boisku gramy jeszcze bardziej ofensywny futbol - podkreślał Radosław Kowalczyk. Napastnik RKS był najbliżej pokonania Sebastiana Nowaka. - Najbardziej żałuję dwóch okazji z pierwszej połowy. W sytuacji sam na sam zeszła mi piłka i strzeliłem nad bramką. Potem jeszcze była ta główka. Dobrze trafiłem w piłkę, ale byłem za bardzo wypchnięty do boku i piłka poszła obok słupka - kręcił głową.

- Ruch jest w dołku, ale wierzę, że się jeszcze odbije. Może nawet włączy się do walki o awans - pocieszał miejscowych Kowalczyk.

- Ten sezon możemy spisać już na straty. Drużynę trzeba budować na nowo. W tym składzie już nic nie osiągniemy. Trzeba wymienić pięciu, sześciu zawodników. Do tego jeszcze kilku działaczy. Ruch to obecnie bardzo skostniała struktura - podsumował jeden z działaczy chorzowskiego klubu.

Ruch Chorzów 0

RKS Radomsko 0

Składy

Ruch: Nowak - Szyndrowski (58. Wawrzyńczok), Malinowski, Fornalik, Balul - Molek (46. Suker), Cecot Ż, Śrutwa, Bartos (70, Pierścionek) - Bajera, Bizacki.

RKS: Kozik - Kowalski, Nowak, Smoliński Ż- Jóźwiak, Markiewicz Ż, Dopierała (90. Osiński), Kowalski, Lato - Kowalczyk (78. Węgier), Filipczak (66. Tomasiak).

Sędziował: Hubert Siejewicz (Białystok).

Widzów: 1,5 tys.

Szczakowianka - Błękitni Stargard 2:0

Jeszcze w piątek piłkarze biednego klubu ze Stargardu zastanawiali się, czy nie oddać meczu walkowerem. W Stargardzie nie było nawet pieniędzy na podróż. Ostatecznie do najgorszego nie doszło, działacze pożyczyli pieniądze, wynajęli autobus, a drużyna pojechała na mecz. Piłkarze Błękitnych podróżowali do Jaworzna całą noc i pół dnia. Już przed meczem narzekali, że są zmęczeni.

Zawodnicy Szczakowianki to jednak ludzie o wielkich sercach. Nie chcieli dobić rywala już na początku spotkania. W pierwszym kwadransie znakomite okazje zmarnowali Adam Kompała i Janusz Wolański. Piłkarze z Jaworzna bawili się z zawodnikami Błękitnych niczym kot z myszą. Rozgrywali piłkę na dużym luzie, popisywali się sztuczkami technicznymi, zupełnie jakby nie uczyli się grać w piłkę na śląskich hasiokach, tylko w brazylijskiej Copacabanie.

Pierwszy gol to zasługa byłych piłkarzy Górnika Zabrze. Jacek Wiśniewski dośrodkował piłkę z prawej strony, a Kompała głową z kilku metrów skierował ją do siatki. - Zawsze "nawijam" w prawo, a dośrodkowuję lewą nogą. Pamiętam, że w Zabrzu podobne bramki po moich podaniach zdobywali Olszar i Niedzielan. Teraz przyszedł czas na Adama - mówił "Wiśnia".

Równie efektowna była druga bramka. Maciej Iwański odegrał piłkę piętą do Huberta Jaromina, a ten z 10 m strzelił obok wybiegającego z bramki Macieja Kijewskiego.

- Świetne podanie. Trąciłem sobie piłkę do przodu i już wiedziałem, że będzie gol - uśmiechał się napastnik Szczakowianki.

Na miano największego showmana meczu zapracował jednak Wolański. W drugiej połowie meczu skrzydłowy drużyny z Jaworzna zanim wybił piłkę z autu, zrobił na niej salto.

- To był mój pierwszy raz, ale nie ostatni. Powtórzę to jeszcze. Jestem wygimnastykowany, gibki. Wiedziałem, że nic mi się nie stanie - tłumaczył.

Mimo że mecz był już rozstrzygnięty, w końcówce zrobiło się nerwowo. Duża w tym zasługa sędziego. W 83. min Mariusz Górski puścił grę mimo brutalnego faulu Rafała Jeziorskiego, który od tyłu zaatakował nogi Kompały. Piłkarz Szczakowianki chwilę zwijał się z bólu, czekając na gwizdek. Jednak zamiast tego doczekał się zaczepki Jeziorskiego, po której wstał z murawy i odepchnął piłkarza ze Stargardu. Wtedy "obudził się" sędzia i ukarał Kompałę czerwoną kartką (Jeziorski zobaczył żółty kartonik). - Po takim faulu musi być gwizdek! Czerwona kartka to jest efekt błędu sędziego. Szkoda, do końca rundy tracę najlepszego piłkarza w drużynie - żałował Albin Mikulski, trener gospodarzy.

- Stary chłop, a dał się ponieść emocjom. Miał leżeć do końca - ocenił zachowanie kolegi Wiśniewski.

Po chwili obie drużyny grały już w dziesięcioosobowych składach. Drugą żółtą kartkę, po faulu na Jarominie, dostał bowiem Michał Lewandowski. - Ta nerwowa końcówka była zupełnie niepotrzebna. Ale to goście zaczęli pierwsi grać ostro - tłumaczył Wolański.

W doliczonym czasie gry Błękitni zmarnowali najlepszą okazję na zdobycie honorowego gola. Marcin Korkuć dostał piłkę w polu karnym, ale zbyt długo zwlekał z oddaniem strzału i w końcu zablokowali go obrońcy.

Mimo że Komisja Kasacyjna nie oddała Szczakowiance 10 pkt., piłkarze z Jaworzna nadal wierzą, że ich zespół stać na walkę o awans. - Decyzję PZPN przyjęliśmy chłodno. Mamy mocny zespół, możemy jeszcze nadrobić stratę - podkreślał Jaromin. - Do końca sezonu zostało 19 spotkań. Jeżeli poukładamy swoje sprawy organizacyjne, a przede wszystkim powołamy spółkę, no i utrzymamy skład, awans jest możliwy - podsumował Mikulski.

Szczakowianka Jaworzno 2 (1)

Błękitni Stargard Szczeciński 0

Strzelcy bramek

Kompała (32.), Jaromin (65.)

Składy

Szczakowianka: Bledzewski; Wiśniewski Ż, Przerywacz, Hosić (57. Przytuła), Wawrzyczek - Wolański, Iwański Ż, Kompała CZ, Kozubek (89. Chudy) - Jaromin, Kubisz (46. Król).

Błękitni: Kijewski; Korkuć Ż, Lewandowski Ż, CZ, Więckowski, Jeziorski Ż - Jureczko (58. Gajda), Piskorz, Kupsik, Adamski (45. Sobański Ż)Jarecki (73. Kownacki) - Orinhabor.

Sędziował: Mariusz Górski (Łódź), widzów: 2 tys.

Pogoń Szczecin - Podbeskidzie Bielsko-Biała 1:0

Faworyzowana Pogoń męczyła się z bielskim zespołem, zdobywając zwycięską bramkę dopiero w doliczonym czasie gry. Uczynił to w 92. min Przemysław Kaźmierczak, który strzelił mocno z dystansu, a piłka skozłowała jeszcze przed bramkarzem. - Słyszałem gwizdy, gdy wpuszczałem Przemka na boisko... - mówił na pomeczowej konferencji Bogusław Baniak, trener Pogoni.

Pogoń wygrała szczęśliwie, choć wcześniej idealnych sytuacji nie potrafiła wykorzystać połowa piłkarzy ze Szczecina. Piłka co kilka minut była w polu karnym Podbeskidzia, były strzały głowami i nogami, przewrotkami i z woleja. W innych meczach takie akcje i strzały kończyły się bramkami, z bielszczanami nie. Portowcy zmarnowali nawet rzut karny (w 73. min strzał Sergio Bataty obronił Dawid Bułka).

O mały włos goście nie tylko by zremisowali, ale i wywieźli komplet punktów. Skomasowana obrona była w miarę szczelna, taktyka "przeszkadzania" skuteczna, a parę kontr bardzo groźnych. Najlepszą zmarnował Mieczysław Sikora, bo jego strzał z 16 m obronił Bogusław Wyparło.

Wygrał zespół lepszy, styl jednak nie zachwycił. Ale w listopadzie wszyscy oczekują już zimowej przerwy i grają resztkami sił. Tych portowcy jeszcze trochę mają, a przed nimi dwa bardzo trudne mecze - z Bełchatowem i Zagłębiem. Ograło ich Podbeskidzie, więc Pogoń też może.

- Rzeczywiście, może, ale musi zagrać lepiej niż z nami i musi mieć szczęście. Te zespoły, plus Cracovia, rozstrzygną między sobą walkę o I ligę. Siły są wyrównane - powiedział Krzysztof Pawlak, trener Podbeskidzia.

Strzelec bramki

Kaźmierczak (92.).

Pogoń: Wyparło - Michalski Ż, Julcimar, Rodrigo - Parzy (74. Andruszczak), Łabędzki, Drumlak, Biliński (46. Kaźmierczak), Matlak - Batata, Moskalewicz (80. Kułkiewicz).

Podbeskidzie: Bułka - Piekarski, Jendryczko, Jermakowicz - Klaczka Ż - Bogdan (76. Żukowski), Agafon Ż, Szłapa, Czak Ż, Kazimierowicz (69. Sikora) - Rączka (84. Zdolski).

Tłoki Gorzyce - Piast Gliwice 3:0

Trzy znakomicie wykonane stałe fragmenty gry dały piłkarzom Tłoków trzecie z rzędu zwycięstwo. - My już zapomnieliśmy, jak się przegrywa - mówił po meczu strzelec drugiej bramki Marcin Dziewulski

Jednak pierwsza połowa nie zapowiadała, że gospodarze będą cieszyć się z trzech punktów. Po 45 min było 0:0, a obie drużyny grały bardzo konsekwentnie w obronie, chociaż okazji nie brakowało zarówno pod jedną, jak i pod drugą bramką. Pierwsi zaatakowali gorzyczanie. W 17. min lewą stroną przedarł się Marcin Dziewulski. Zagrał na szósty metr do Wojciecha Fabianowskiego, a ten odegrał do tyłu do wbiegającego w pole karne Tomasza Szmuca, który strzelił jednak nad bramką. Chwilę później po dograniu Bogusława Pacanowskiego dwukrotnie próbował strzelać Anatolij Ławryszyn, ale skutecznie blokowali go obrońcy Piasta. Odbitą piłkę przejął Krystian Lebioda, który z 25 m technicznym strzałem chciał pokonać Jacka Gorczycę. Ten jednak z ogromnym trudem przeniósł piłkę nad poprzeczką.

Później do głosu doszli gliwiczanie. W odstępie minuty stworzyli dwie bardzo groźne akcje, jednak najpierw główka Janusza Bodziocha przeszła tuż obok spojenia słupka z poprzeczką bramki Krzysztofa Pyskatego, a chwilę później bramkarz Tłoków obronił mocny strzał Rafała Andraszaka.

W końcówce pierwszej połowy jeszcze dwie okazje stworzyli miejscowi, ale Fabianowski dwukrotnie przegrywał pojedynek z bramkarzem gości.

Po przerwie pierwsi zaatakowali przyjezdni, ale szarżującego na bramkę Pyskatego Andraszaka w ostatniej chwili powstrzymał Pacanowski.

W 53. min gospodarze cieszyli się z pierwszego gola. Zaczęło się od wrzutki Pacanowskiego i wybicia piłki na róg przez Bartłomieja Wilka. Rzut rożny znakomicie wykonał Lebioda, który dośrodkował wprost na głowę stojącego tuż przed bramką Tadeusza Krawca. Ten nie miał problemów z uzyskaniem prowadzenia. Pięć minut później mogło być 2:0, ale zmierzającą do bramki po strzale Krawca piłkę w ostatniej chwili wybił Bodzioch. Jednak w 63. min gorzyczanie strzelili drugiego gola. Znów rzut rożny wykonywał Lebioda. Zagrał przed pole karne do Pacanowskiego, który strzelił, a zablokowana przez obrońców Piasta piłka trafiła pod nogi Dziewulskiego. Ten, będąc tyłem do bramki i mając rywala "na plecach", zdołał się obrócić i nie dał szans Gorczycy.

W 66. min gliwiczanie mogli zdobyć kontaktowego gola. Sprzed pola karnego mocno strzelał Paweł Gamla, piłka trafiła w głowę leżącego Lebiody, co zupełnie zmyliło Pyskatego. Piłka przeszła jednak minimalnie obok słupka.

W 73. min było już 3:0 dla podopiecznych trenera Marka Motyki. Zaczęło się od faulu tuż przed polem karnym na szarżującym Marcinie Murdzy. Z wolnego strzelał Lebioda, który trafił w rękę stojącego w murze Tomasza Szei. Sędzia podyktował rzut karny, który na trzecią bramkę zamienił Pacanowski.

W 78. min okazję do zmiany rezultatu mieli goście, ale strzał głową Macieja Szmatiuka wybił z linii bramkowej ten, który pięć minut wcześniej skutecznie wykonał jedenastkę. W końcówce spotkania grający na luzie gorzyczanie mogli pokusić się o kolejne bramki, jednak skuteczności zabrakło Marcinowi Józefowiczowi, Krawcowi i Dziewulskiemu. Trener Dankowski tak powiedział o porażce swojej drużyny: - Po przerwie, gdy gra się wyrównała, w dziecinny sposób straciliśmy dwie bramki po stałych fragmentach gry. Przy drugiej bramce chyba z ośmiu zawodników było przy strzelcu, a ten i tak trafił do bramki. Rzut karny był jak najbardziej zasłużony, bo jak się stoi w murze, nie trzyma się ręki na twarzy. Jeśli się człowiek boi, to staje się tyłem albo za bramką. Przy konsekwentnej grze w obronie można było stąd wywieźć jeden punkt.

TŁOKI GORZYCE 3 (0)

PIAST GLIWICE 0

STRZELCY BRAMEK:

Krawiec (53. głową), Dziewulski (63.), Pacanowski (73. z karnego).

SKŁADY

Tłoki: Pyskaty - Pacanowski, Syguła, Złotek, Lebioda Ż - Krawiec, Szmuc (82. Wtorek), Murdza, Ławryszyn - Fabianowski (77. Józefowicz), Dziewulski (87. Głuch).

Piast: Gorczyca - Wilk Ż, Bodzioch, Szeja - Kaszowski, Kryger (65. Kocyba), Szmatiuk, Gamla Ż, Gontarewicz (65. Piechowski) - Andraszak, Uss.