Jagiellonia awansowała do półfinału Pucharu Polski

Bez problemów piłkarze Jagiellonii awansowali wczoraj do półfinału Pucharu Polski. W dwumeczu z czwartoligowym Rakowem Częstochowa strzelili aż osiem bramek, z czego pięć padło łupem Wojciecha Kobeszki

Białostoczanie wykorzystali dar od losu, bo w trzech pozostałych parach ćwierćfinałowych wystąpiły zespoły na co dzień występujące na boiskach ekstraklasy (w dwóch przypadkach stanęły naprzeciw siebie). Nie znaczy to jednak, że drużyna trenera Witolda Mroziewskiego zamierza zakończyć udział w tych rozgrywkach w półfinale. Wręcz przeciwnie - piłkarze i trener intensywnie myślą o powtórzeniu największego chyba sukcesu w historii klubu, czyli o awansie do finału. W 1989 r. Jagiellonia przegrała w nim z Legią Warszawa, którą niektórzy z obecnych zawodników białostockich chcieliby wylosować w kolejnej rundzie. Większość marzy jednak o dwumeczu z GKS-em Katowice. W rywalizacji z tym właśnie przeciwnikiem upatrują swoją szansę na kolejny awans. - A Legię poprosimy w finale - powiedział nam wczoraj jeden z zadowolonych piłkarzy.

Rezerwy na Raków

Trener gospodarzy Andrzej Samodurow nie wierzył, że Mroziewski wystawi przeciwko jego drużynie rezerwowy skład. - Jestem przekonany, że zagrają wyjściową jedenastką i szybko będą chcieli przypieczętować swój awans - twierdził.

Trener Jagiellonii jednak nie blefował. Nie miał zresztą powodów, skoro już trzy tygodnie temu, w pierwszym spotkaniu z Rakowem w Białymstoku, dał odpocząć kilku swoim podstawowym zawodnikom, a i tak jego zespół wygrał 3:0. W porównaniu do przegranego w sobotę meczu w Gorzycach w wyjściowym składzie wybiegli wczoraj ponownie tylko Andrzej Olszewski, Wojciech Marcinkiewicz i Dariusz Łatka. Ponadto po przerwie spowodowanej kartkami do gry wrócili Łukasz Tupalski i Mariusz Dzienis.

Oczywiście gry z Rakowem nijak nie da się porównać do meczu drugoligowego, ale dublerzy w większości spisali się bardzo dobrze. Czy kilku z nich nie powinno w sobotę wybiec w podstawowym składzie do rywalizacji ze Szczakowianką Jaworzno? Może brakuje im jeszcze umiejętności w porównaniu do tych bardziej doświadczonych zawodników, ale gorzej niż ci w Gorzycach lub wcześniej w Koninie wypaść nie powinni. A być może taka przerwa przyda się graczom, którzy powinni "ciągnąć" grę Jagiellonii, a ostatnio tego nie czynią.

- Dublerzy udowodnili, że warto na nich stawiać - powiedział wczoraj Witold Mroziewski. - Ten mecz daje mi duży asumpt do myślenia przed ligowym spotkaniem ze Szczakowianką.

Na pytanie, czy niektórzy z rezerwowych znajdą się w sobotę wyjściowej jedenastce, trener Jagiellonii odparł: - Jestem o tym przekonany. - A zaraz dodał. - Będę stawiał na tych, którzy chcą biegać, walczyć, sprzedać duszę dla drużyny. Choćby to miało się odbić na wyniku. Mnie 23 punkty w lidze nie satysfakcjonują, a widzę, niestety, że niektórych już tak.

Kołyska dla Tomka

Samodurow nie mylił się jednak co do tego, że białostoczanie będą chcieli szybko zdobyć gola, który ostatecznie przesądziłby sprawę ich awansu. Prowadzenie zaraz na początku rywalizacji mogli zdobyć jednak gospodarze. Piotr Malinowski przegrał pojedynek jeden na jeden z Olszewskim. Mimo usilnych starań, przed przerwą częstochowianie zdołali zagrozić bramce Jagiellonii jeszcze tylko raz - najlepszy strzelec Rakowa Tomasz Czok także nie zdołał pokonać bramkarza gości. Piłkarze z Białegostoku dla odmiany zdobyli aż cztery bramki, a mogli jeszcze kilka. Szybkie akcje ofensywne, wyprowadzane z własnej połowy boiska, siały popłoch w szeregach obronnych podopiecznych Samodurowa. W roli kata wystąpił Kobeszko, który do wczoraj zdobył w tym sezonie pięć goli, z czego trzy w Pucharze Polski (w tym dwa Rakowowi w Białymstoku). Od 16. do 23. min meczu w Częstochowie trzykrotnie wpisał się na listę strzelców. Po pierwszym golu zawodnicy wykonali "kołyskę", poświęconą narodzinom córeczki Tomasza Reginisa w poprzednim tygodniu.

Kobeszko miał jeszcze dwie doskonałe okazje, ale najpierw Cezary Siwy posłał jego uderzenie głową na rzut rożny, a później białostocki napastnik minimalnie chybił. Po jego podaniu strzałem piętą na listę strzelców wpisał się za to Łukasz Tyczkowski, który zdobył swojego czwartego gola w sezonie (po dwa w lidze i pucharze).

Karne zmarnowane

Po przerwie tempo gry było już wolniejsze. Szczególnie w przypadku akcji gości, bo piłkarze Rakowa nadal walczyli, jak mogli, o swój honor. W 57. min zdobyli gola honorowego. Okazji strzeleckich nie brakowało. M.in. Lesik w 65. oraz Tyczkowski w 62. min fatalnie egzekwowali rzuty karne dla swoich drużyn. Tyczkowski zrehabilitował się chociaż podaniem do Michała Grygoruka, który ustalił wynik spotkania.

STRZELCY BRAMEK

n Raków: Tomasz Lesik (57.)

n Jagiellonia: Wojciech Kobeszko (16. - po podaniu Łukasza Tupalskiego, 18. - po akcji Dariusza Łatki, 23. - po podaniu Mariusza Dzienisa), Łukasz Tyczkowski (42. - po podaniu Kobeszki), Michał Grygoruk (77. - po podaniu Tyczkowskiego).

n Sędziował (jako główny): Piotr Wieczerzak (Kraków). Widzów: około 2000.

SKŁADY

n Raków: Siwy - Ojczyk, Jankowski, Psonka (46. Lesik) - Rogalski, Żebrowski, Sroka, Przybylski, Lisowski (53. Gałkowski) - Malinowski (75. Suliński), Czok.

n Jagiellonia: Olszewski (46. Ulman) - Marcinkiewicz, Bańkowski, Wołczyk, Tupalski - Dzienis, Łatka (46. Chańko), Speichler, Grygoruk - Tyczkowski, Kobeszko (46. Danielewicz).

Jechali na pielgrzymkę?

Białostoccy kibice nie zjawili się wczoraj na stadionie Rakowa, by kibicować Jagiellonii. Nie znaczy to jednak, że nie starali się wyjechać do Częstochowy. W jednej z białostockich firm turystycznych zamówili już autobus. Jako cel swojej podróży podali... pielgrzymkę na Jasną Górę. Właściciel firmy, kiedy się zorientował, kto zamierza jechać jego autobusem do Częstochowy, postanowił wstrzymać kurs.