Rozmowa z Emirem Mutapciciem, trenerem Alby Berlin, przeciwnika koszykarzy Idei Śląska w Eurolidze

KOSZYKÓWKA. - Zdaję sobie sprawę, że jak Śląsk w lidze nie zajmie pierwszego miejsca, to jest dla kibiców tragedia. Muszą jednak pamiętać, że czasy się zmieniają i nic nie trwa wiecznie, nawet największe potęgi mają chwile słabości - mówi trener Alby Emir Mutapcić

Mutapcić od trzech lat jest trenerem berlińskiego zespołu, wcześniej asystował w tym klubie jednemu z najlepszych europejskich szkoleniowców Svetislavovi Pesiciovi. Śląsk już czterokrotnie w meczach o punkty spotykał się z Albą prowadzoną przez Mutapcicia w Suprolidze i Eurolidze. Wygrał jedno z tych spotkań. W czwartkowym spotkaniu towarzyskim na turnieju w Berlinie górą znowu był mistrz Niemiec. Najważniejszy mecz tych drużyn jednak za niewiele ponad miesiąc, gdy zmierzą się tym razem w drugiej kolejce Euroligi.

Andrzej Jaworski: Czy wygrana w towarzyskim meczu ze Śląskiem ma dla Pana jakieś znaczenie przed rywalizacją w Eurolidze?

Emir Mutapcić: Oczywiście, to ważny wynik, chociażby z tego powodu, że zawsze lepiej wygrać, niż przegrać, i jak na tę fazę przygotowań do sezonu powinien cieszyć. Doda też mojej drużynie pewności siebie przed kolejnymi spotkaniami, zwłaszcza że ostatnio mamy trochę problemów z kontuzjami.

Czy to jednak dobry pomysł grać towarzysko z zespołem, z którym za miesiąc rozgrywać się będzie ważny mecz o punkty?

- Zaprosiliśmy Śląsk do udziału w tym turnieju, ponieważ od dawna jesteśmy z tym klubem w bardzo dobrych kontaktach. Praktycznie co rok gramy mecze sparingowe i to normalne, bo przecież oba miasta są położone stosunkowo niedaleko siebie. Gdy decydowaliśmy się na kolejny pojedynek, praktycznie nie miało znaczenia, czy później zagramy o punkty, czy nie. Śląsk też był zadowolony z takiego układu, bo tak naprawdę, jakie to ma znaczenie? W dzisiejszych czasach, gdy na bieżąco można sprawdzać wszelkie statystyki. Przed najważniejszym meczem i tak do Wrocławia dotrą kasety z naszymi meczami, a my obejrzymy jeszcze nieraz Śląsk w akcji. Dlatego nie sądzę, aby ktokolwiek miał cokolwiek do ukrycia w tym pojedynku.

Jak Pan ocenia Śląsk w porównaniu z zespołem, z którym Alba rywalizowała dwa i trzy lata temu?

- To zupełnie nowy zespół, z dobrym, nawet bardzo dobrym szkoleniowcem, jakim jest Muli Katzurin. Niespecjalnie jest teraz co porównywać, ale to od kilku lat już znana firma w Europie. Przez ostatnie lata zespół zrobił olbrzymi postęp, wkraczając do europejskiej elity. Dla nas to jeszcze jeden trudny rywal w Eurolidze.

Podczas losowania Śląsk był rozstawiony w siódmym koszyku, a Alba w ostatnim, ósmym. Czy to dla Pana jakiś dyshonor?

- To nie jest jakiś problem, choć uważam, że zawsze przed losowaniem jest więcej polityki niż sportowych faktów. Przecież my gramy w Eurolidze od siedmiu lat, Śląsk o wiele krócej. Przecież przez te lata gry w tych rozgrywkach wykonaliśmy olbrzymią pracę, bardzo pomogliśmy Eurolidze w rozwoju. Mieliśmy swój udział w tym, że teraz Euroliga postrzegana jest jako silna organizacja. Oczywiście to są moje subiektywne odczucia i nie wszyscy muszą się z tym zgodzić. Działacze zadecydowali, że zostaniemy rozlosowani z ostatniego koszyka, to trudno. W końcu to nic wielkiego, samo rozstawienie nie decyduje o tym, czy mamy szanse na awans do TOP 16, czy też nie, podobnie w przypadku Śląska. Uważam, że oba zespoły stać na zajęcie miejsca w pierwszej piątce naszej grupy. Będziemy walczyć, a przynajmniej postaramy się, aby życie rywali nie było łatwe.

Jest Pan trenerem Alby od kilku sezonów, choć drużyna nie osiąga sukcesów w Eurolidze, tymczasem Śląsk w ostatnich dwóch sezonach prowadziło pięciu trenerów, Katzurin jest szóstym. Czym to wytłumaczyć?

- Przede wszystkim uważam, że grając w Eurolidze, uczestniczymy w najlepszych rozgrywkach po NBA, i to już jest spore wyróżnienie. Po drugie, najwięcej, choć oczywiście nie wszystko, rozbija się o pieniądze, a w ostatnich latach sytuacja ekonomiczna w Niemczech nie jest najlepsza. Trudno o sponsorów i nie mówię tu tylko na przykładzie Alby, ale w ogóle drużyn sportowych. W porównaniu z czasem, gdy przychodziłem do zespołu, nasz budżet zmniejszył się o około dwa miliony marek czy jakieś milion euro. A to dużo. Trudno w takiej sytuacji odnosić sukcesy w Eurolidze, wystarczy spojrzeć, jakie firmy, z jakim potencjałem finansowym dominują od kilku sezonów w Eurolidze. Pieniądze mimo wszystko są najważniejsze. Poza tym jestem zadowolony ze swojej pracy. W poprzednich sezonach nie było tak źle. W Suprolidze odpadliśmy w ćwierćfinale, później w Eurolidze dopiero ostatnia kolejka zadecydowała, że nie znaleźliśmy się w TOP 16. Zgodzę się, że ostatni sezon nie był najlepszy, mieliśmy trochę problemów z kontuzjami, ale nie chcę się teraz tłumaczyć. Poza tym w trzy lata pracy w Niemczech wywalczyłem pięć tytułów, na każdym meczu jest średnio siedem tysięcy ludzi, choć jak przychodziłem, bywało około czterech. Wzrost o trzy tysiące to bardzo dużo, a do tego zmienił się nasz styl gry na bardziej efektowny. Oczywiście, że marzy mi się awans do Final Four, ale trzeba na niektóre sprawy patrzeć obiektywnie. Nie mamy budżetu jak Maccabi Tel Awiw, które co rok może wydać nawet i 20 milionów dolarów.

To wszystko kwestia mentalności ludzi, tu w Polsce jednak panuje przekonanie, że rok w Eurolidze na naukę wystarczy, za drugim trzeba powalczyć o awans, a za trzecim już być w TOP 16 bezwzględnie. Mało kto patrzy na sprawę tak jak Pan.

Niemczech bywa podobnie. Proszę mi jednak powiedzieć, czy lepsza byłaby droga Sieny, która w ubiegłym sezonie wydała jakieś 15 milionów euro, awansowała do Final Four, by po roku stać się ponownie przeciętnym zespołem? Nie zagrają w Eurolidze, w lidze włoskiej również nie są zaliczani do faworytów. Nie wydam na koszykarzy cztery miliony dolarów, gdy ma tylko dwa, choć to pewnie na krótką metę byłoby rozwiązaniem. Zdaję sobie sprawę, że jak Śląsk w lidze nie zajmie pierwszego miejsca, to jest to dla kibiców tragedia. Muszą jednak pamiętać, że czasy się zmieniają i nic nie trwa wiecznie, nawet największe potęgi mają chwile słabości. Z tego, co widzę, teraz największymi pieniędzmi dysponuje Sopot i nic dziwnego, że ten klub może sobie pozwolić na najwięcej, zatrudniać największe gwiazdy jak na polską ligę. Weźmy chociażby przykład Jiziego Żidka. Przed rokiem chciałem go zatrzymać w zespole, rozmawiałem z nim, ale jak usłyszałem, że Sopot zaproponował mu 350 tysięcy dolarów, to się dyskusja skończyła. Dla mnie to była granica nie do przekroczenia. Podobnie dzieje się w NBA, gdzie Chicago przez lata dominowało, aż odeszli najlepsi i zespół stoczył się na dno. Kiedyś to przecież musiało nastąpić, nie mogli rządzić bez przerwy.

Wygląda na to, że nie żyje Pan w Berlinie pod jakąś wielką presją?

- Jestem pod presją od pierwszego dnia, gdy podpisałem kontrakt. Uważam jednak, że wykonuję dobrą pracę, jestem z niej zadowolony, choć oczywiście zawsze może być lepiej. Mam jednak świadomość, że moja praca jest ryzykowna, podejmując się jej, biorę na siebie odpowiedzialność za wyniki. I w sytuacji, gdy nie idzie, zawsze najprostszym rozwiązaniem jest wymiana trenera.

Jak porównałby Pan Śląsk do Prokomu, z którym Alba grała mecze sparingowe przed dwoma tygodniami?

- Cóż mogę powiedzieć? Moim zdaniem Prokom już w ubiegłym sezonie był najlepszym zespołem w Polsce, teraz to również świetny zespół. Nie wszystko tam jednak funkcjonuje, jak należy, bo jak wytłumaczyć to, że z takim składem i takimi pieniędzmi nie zdobyli mistrzostwa. Najwyraźniej pieniądze to nie wszystko. Jeżeli chcesz coś osiągnąć, coś wygrać, to one są ważne, ale do tego jeszcze musisz wiedzieć, jak wygrać.

Teraz dwa razy Was pokonali.

- Pokonali? Zniszczyli nas! Jako wytłumaczenie mogę jedynie powiedzieć, że to były nasze pierwsze mecze po obozie. Patrząc na skład, to zespół, który z powodzeniem poradziłby sobie w Eurolidze. Drużyna średniej klasy euroligowej.

Pan jednak też ma o wiele silniejszy zespół niż przed rokiem.

- Na pewno o wiele bardziej utalentowany, z tym się zgodzę. Podpisaliśmy chociażby kontrakt z Szymonem Szewczykiem, który ma talent na miarę NBA, ale teraz nadszedł dla niego okres ciężkiej pracy. Do tej pory to on mógł, teraz już musi. Przecież pierwszy raz trafił do zespołu, który musi wygrywać, a Brunszwik, w którym grał w ubiegłym sezonie, osiągnął najlepszy wynik w swej historii. Alba ma za zadanie wygrywać, a nie po prostu się postarać. Pierwszy też raz zagra w drużynie, która będzie rozgrywała mecze co trzy dni, i nie wiadomo, jak przez to przejdzie. On ma spory talent, ale przed nim jeszcze sporo pracy. W sumie to jednak niezła dla niego sytuacja, bo z jednej strony musi myśleć o sobie i się rozwijać, a z drugiej myśleć o drużynie, która musi wygrywać.

Był Pan zaskoczony, że Szewczyk został wybrany w drafcie?

- Nie. Już w kwietniu rozmawiałem z jego agentem, interesowało mnie, jakie Szymon ma plany, i wiedziałem, że będzie się starał dostać do NBA.

Jeżeli ma w niedługim czasie trafić do NBA, to dlaczego w Albie grywa po kilkanaście minut w meczu i zaczyna z ławki?

- Ze Śląskiem zaczął z ławki, ale bywały już mecze, gdy grywał w pierwszej piątce. To zawodnik, który wciąż się rozwija i jeżeli będzie grał na sto procent przez 20 minut w meczu, to będę zadowolony. Już miałem do czynienia z młodymi zawodnikami prosto po szkołach NCAA i wiem, jak z nimi postępować. Jeżeli Szymon chce być profesjonalistą, musi pamiętać, że w koszykówce nie liczą się tylko wsady. Musi się uczyć profesjonalizmu na i poza boiskiem, czasami zostać po treningu, poćwiczyć indywidualnie. Tu nie chodzi tylko o koszykówkę, ale w ogóle o styl życia.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.