Piłka nożna: Krajobraz po odejściu trenera Lorensa - rozmowa z Piotrem Dziurowiczem

Piłka nożna: Krajobraz po odejściu trenera Lorensa - rozmowa z Piotrem Dziurowiczem

Trzeba się otrząsnąć

Trener Edward Lorens odchodzi, ale ja cały czas uważam, że sprowadzenie go na Bukową było dobrym pomysłem - mówi Piotr Dziurowicz, prezes Dospelu Katowice

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin w katowickim klubie doszło do wstrząsu. Rozwścieczeni szalikowcy z Katowic pobili swoich piłkarzy po przegranym meczu z Górnikiem Łęczna. Z funkcji trenera zrezygnował Edward Lorens. Umowa została rozwiązana za porozumieniem stron.

Paweł Czado: Co Pan sądzi o pobiciu piłkarzy przez szalikowców?

Piotr Dziurowicz: To zdarzenie trzeba rozpatrywać w kategoriach kroniki kryminalnej, a nie wydarzeń sportowych. Nie byłem świadkiem zdarzenia, ale usłyszałem, że grupka kibiców zebrała się pod stadionem i wyładowała na piłkarzach swoją frustrację. To niedopuszczalne. Wiem, że kibice są załamani porażkami, ale są granice, których przekraczać nie wolno. Niezależnie od tego, jak byli sfrustrowani, nie mieli prawa dopuścić się takiego czynu. Jako prezes klubu muszę zapewnić swoim piłkarzom bezpieczeństwo podczas wykonywania zawodu. Przecież wielu z tych zawodników gra u nas od wielu lat. Poświęcili zdrowie, a co ich teraz spotyka ze strony kibiców? Dostają zapłatę w postaci razów. Potępiamy takie działania i zrobimy wszystko, żeby sprawcy zostali pociągnięci do odpowiedzialności.

Po Katowicach krążą plotki, że kibice pobili zawodników dlatego, że kilku z nich sprzedało mecz.

- Nie zamierzam tego komentować. Styl w jakim przegraliśmy z Łęczną był zatrważający, ale ja boję się tak ostrych sformułowań, bo nie mam dowodów.

Co z trenerem Lorensem?

- Spotkałem się z nim dzisiaj rano. Uzgodniliśmy, że nie będziemy brnąć dalej, choć nadal uważam, że decyzja o zatrudnieniu trenera była słuszna. Podjęcie współpracy było dobrym krokiem. Trener Lorens miał wprowadzić do zespołu większą dyscyplinę, przestawić drużynę na styl bardziej ofensywny. To miała być praca długofalowa. Spodziewałem się, że wyniki drużyny mogą się na początku pogorszyć.

Ale czy spodziewał się Pan, że możecie odpaść z Cementarnicą?

- Nie. Ale nie można mówić, że wszystkiemu winny jest szkoleniowiec. To, że drużynie nie szło, jest naszą wspólną porażką: trenera i moją. Doszła do tego słabsza dyspozycja zawodników. Choćby obrona: odszedł Mirosław Sznaucner, Grzegorz Fonfara z powodu występów w reprezentacji młodzieżowej miał tylko trzy dni wakacji, a Krzysztof Sadzawicki wrócił do gry po długiej kontuzji. Pozostał Jacek Kowalczyk, który w minionym miesiącu rozegrał aż dziesięć spotkań w pełnym wymiarze czasowym. To musiało mieć odzwierciedlenie na boisku.

Wzmocnienia? Na pewno miały wyglądać inaczej niż wyglądały. Nie można jednak zapominać, że trener Lorens wyłowił takich graczy, jak np. Grzegorz Jakosz [dziś w Górniku Zabrze - przyp. red.] czy Marcin Radzewicz [dziś w Odrze Wodzisław - przyp. red.]. Obaj w minionej kolejce zdobywali bramki dla innych drużyn. My jednak mieliśmy za mało argumentów, by przekonać ich do gry na Bukowej. Nie jestem w stanie płacić 300 tys. zł za anonimowych do tej pory zawodników z niższych lig.

Czy zawodnicy mogli grać przeciw trenerowi?

- Nie sądzę. Po zwycięstwie z Odrą wszystko zmierzało w kierunku wzajemnego zrozumienia, wzajemnego zaufania. Wydawało mi się, że wszystkie wątpliwości i niejasności między zawodnikami i trenerem Lorensem zostały wyjaśnione. Piłkarze wyrazili opinię, że wszystko między nimi a trenerem jest w porządku.

O Edwardzie Lorensie panuje opinia, że to bardzo drogi szkoleniowiec...

- Przesada. Zarabiał znacznie mniej niż duet Żurek-Pietryga.

Co zdecydowało o tym, że Lorensowi się nie powiodło?

- Okazało się, że nie mogłem trenerowi zapewnić tego wszystkiego, co wspólnie na początku ustaliliśmy. Wówczas mieliśmy inną sytuację finansową niż dziś. Kiedy PZPN nie przyznał nam licencji, okazało się, że musieliśmy szybciej spłacać nasze zobowiązania wobec ZUS i Urzędu Skarbowego. Większą część pieniędzy, które miały iść na pokrycie działalności klubu, musiałem przeznaczyć na spłatę zobowiązań. Pójdzie na nie także część z kolejnej transzy z Canal+. Z tego powodu zawodnicy zgodzili się na odroczenie wypłat należnych z kontraktów do 15 października.

Co dalej?

- Chwilowo drużynę przejmie kierownik drużyny Lechosław Olsza, który zna tę drużynę od podszewki. To oczywiście rozwiązanie tymczasowe. Sytuacja na tyle mnie zaskoczyła, że nie mam jeszcze przygotowanego zmiennika. Drugi trener Zbigniew Waśkiewicz wykazał się lojalnością wobec Lorensa i uznał, że jest współodpowiedzialny za to, co się stało. Złożył rezygnację. Nie chcemy jednak przerywać współpracy na linii klub - AWF, gdzie pan Waśkiewicz się doktoryzuje. Na pewno wciąż będziemy współpracować. Pozostaje natomiast trener bramkarzy Siergiej Szypowski. Do jego pracy nie możemy mieć żadnych uwag. Jeśli nowy trener będzie chciał współpracować z innym trenerem od bramkarzy, pan Szypowski będzie pracować w klubie w innym charakterze.

Przed chwilą spotkał się Pan z piłkarzami. Rozmawialiście o przyczynach porażki w Łęcznej? Wyciągnął Pan jakieś konsekwencje?

- Zawodnicy są w tak złym stanie psychicznym, że napominanie ich w tej chwili byłoby golem samobójczym. Trzeba im teraz pomóc się otrząsnąć.

dla Gazety

Jan Żurek

były trener Dospelu Katowice

- W "Gieksie" zostawiłem kawał serca, zżyłem się z tymi chłopakami. Okres pracy w Katowicach wspominam z rozrzewnieniem. Sam jednak dzwonić na pewno nie będę. Pierwszy krok należy do prezesa, a na razie nikt z klubu do mnie nie dzwonił. Gdyby to ode mnie zależało, chętnie usiadłbym do rozmów z prezesem Dziurowiczem. Nie ukrywam, że jeśli otrzymałbym propozycję z Katowic, to rozważyłbym ją bardzo, bardzo poważnie...

not. rg

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.