Dariusz Fornalak dla "Gazety": - Ruch musi sobie przypomnieć, jak się wygrywa

Dariusz Fornalak dla "Gazety": - Ruch musi sobie przypomnieć, jak się wygrywa

Nikt nie miał odwagi

Ruch zawsze był jednym z najbiedniejszych zespołów w lidze. Pieniądze na pewno są ważne, ale najważniejszy powinien być argument, że jak źle będzie z Ruchem, to z nami będzie jeszcze gorzej. Jedni zaciskają zęby, mobilizują się, a z drugich uchodzi powietrze - uważa Dariusz Fornalak.

Jest jednym z tych, o których mówi się, że w ich żyłach płynie "niebieska krew". Dariusz Fornalak wraca do Chorzowa po siedmiu latach przerwy. Razem z trenerem Jerzym Wyrobkiem ma stworzyć zespół, który wywalczy awans do pierwszej ligi.

Wojciech Todur: Jak Pan sądzi, kogo najczęściej można spotkać w kawiarence na stadionie Ruchu?

Dariusz Fornalak, drugi trener Ruchu Chorzów: Mojego ojca?

Dokładnie. Mieszkając pod jednym dachem z takim kibicem, chyba było niemożliwością, żeby związał Pan swoje życie z innym klubem niż Ruch?

- Wcale nie. Jako dziecko byłem kibicem... Górnika Zabrze. Żeby było śmieszniej, tata też im kibicował. Powiem szczerze, nawet nie znam genezy tej miłości. Chociaż nie, miłość to za duże słowo. W szkole każdy komuś kibicował, mnie kojarzono z Górnikiem.

Karierę piłkarza zaczął Pan jednak w Stadionie Chorzów.

- Na Śląsku wybór był zawsze ogromny. Tata doradził mi Stadion, bo znał tam jakiegoś trenera. Chociaż niewiele brakowało, a zostałbym zawodnikiem GKS Katowice. Pamiętam jak dziś, spakowałem torbę ze sprzętem i wyszedłem z domu z mocnym postanowieniem, że

zostanę piłkarzem GKS. Zawróciłem w połowie drogi. Coś mnie tknęło i wróciłem. W Chorzowie od razu poczułem się na właściwym miejscu. Stadion nie miał drużyny seniorów, ale to mi nie przeszkadzało. Już po kilku treningach dowiedziałem się, że tamtejszą szkółkę kończyli tak dobrzy piłkarze, jak Henryk Wieczorek czy Jerzy Wyrobek, i to jeszcze dodało mi wiary. Na trening miałem z domu kilkaset metrów. Po dwóch tygodniach zajęć pierwszy raz wyjechałem za granicę. To nic, że tylko do Ostrawy, wśród kolegów z podwórka byłem gość.

Zawsze grał Pan w obronie?

- W juniorach byłem środkowym pomocnikiem. Na obronie pierwszy raz ustawił mnie trener Władysław Żmuda. W tamtych czasach nie wybierało się miejsca w drużynie. Wyjazd w szerokiej kadrze na mecz ligowy to było niesamowite przeżycie. Emocje zaczynały się już dzień wcześniej, wtedy był bowiem wspólny obiad. Debiutowałem w lidze w wyjazdowym meczu z Górnikiem Wałbrzych, ale na obiad załapałem się już kilka tygodni wcześniej. Ktoś wtedy zachorował, chyba Krzysiek Warzycha.

No więc jem ten obiad i już widzę się w koszulce Ruchu. Nerwy są takie, że ciężko coś przełknąć. Tymczasem po obiedzie Warzycha cudownie ozdrowiał i wróciłem do rezerw. Przed meczem z Wałbrzychem zwolniło się miejsce na bocznej pomocy i dostałem szansę. Jakby tego było mało, na ostatnim treningu przed spotkaniem paskudnie rozciąłem sobie głowę, założono mi kilka szwów. Pamiętam, że gdy wchodziłem na boisko, trener Żmuda powiedział: "Tylko nie główkuj!".

Pierwsze treningi z kadrą "niebieskich" zaliczył Pan już za trenera Oresta Lenczyka. To człowiek o ogromnej charyzmie, wielu ludzi się go boi. Czy taka osobowość nie paraliżowała?

- Wtedy był taki zwyczaj, że wyróżniający się juniorzy kilka razy w tygodniu mogli trenować z pierwszym zespołem. To było olbrzymie wyróżnienie. Treningi odbywały się bowiem przy światłach, w obecności kibiców. Trener Lenczyk najczęściej zapraszał Grzegorza Kornasa, Grzegorza Wagnera, no i mnie. Lenczyk jest na pewno postacią kontrowersyjną. Wielu go nie lubi. Utarło się, że dobrze jest, jak Orest Lenczyk podaje ci rękę. Mam tę satysfakcję, że witamy się do dziś.

Gdy rozpoczynał Pan przygodę z seniorską piłką, prezesem Ruchu był Zbigniew Noras, który uchodził za człowieka potrafiącego załatwić wszystko.

- Pan Noras na pewno zaliczał się wtedy do krajowej czołówki wśród prezesów ligowych klubów. Znałem go krótko. Odszedł od nas w 1984 roku. Graliśmy wtedy w Poznaniu z Lechem. Pełne trybuny, olbrzymie emocje, mecz skończył się bez bramek. Na pomeczowej kolacji dowiedzieliśmy się, że prezes zasłabł i leży w szpitalu. Gdy wracaliśmy do domu, w połowie drogi minął nas samochód. To do szpitala jechał Lucjan [syn prezesa - przyp. red.] z mamą. Śmierć prezesa to był dramat. Odszedł człowiek, który wydawał się niezastąpiony. O jego zaradności krążyły legendy. Był szefem Polmozbytu, więc pod jego gabinetem ustawiały się długie kolejki ludzi, którzy chcieli coś załatwić: talony na samochody, części. Piłkarze, i to nie tylko Ruchu, zawsze wchodzili bez kolejki.

Pan też wtedy kupił pierwszy samochód?

- Miałem pecha. Byłem jednym z ostatnich, których talony nie objęły. Samochody były wtedy klasa: fiaty FSO 1500 z bajerami! Pamiętam taki spektakularny odbiór samochodów w Warszawie. Wybierało się kolor, podgrzewanie tylnej szyby, oczywiście pięć biegów. Nowymi brykami podjechali wtedy na Cichą: Waldek Fornalik, Józek Nowak, Mirek Bąk i Grzegorz Kapica. Jedyny zachodni samochód, jaki stał wtedy na parkingu Ruchu, to była słynna rumuńska dacia Krystiana Walota. Zachodni, bo to była komunistyczna wersja francuskiego renault.

Na jak duże pieniądze mógł liczyć młody piłkarz wchodzący do drużyny?

- Na początku podpisałem sześcioletni kontrakt. Pensja nie była za wysoka. Raptem pięć tysięcy złotych. Najważniejsze były jednak premie za wygrane mecze, a wygrywaliśmy wtedy często. Miesięcznie mogłem dodatkowo zarobić i 120 tysięcy złotych. To były kolosalne sumy i starczały naprawdę na przyzwoite życie.

Na prawej obronie zajął Pan miejsce Eugeniusza Kamińskiego.

- Z "Kamą" to też była ciekawa historia. Pojechaliśmy z Ruchem na obóz do Austrii i pewnego ranka okazało się, że Kamiński wybrał wolność.

Schodzimy na śniadanie, a "Kamy" nie ma. Zamiast niego pojawił się jakiś gość i śmieje się, że mamy pozdrowienia z Niemiec. Wyjechał w nocy, w bagażniku. W ekipie zapanowała konsternacja i strach. Od razu zabrali nam wszystkie paszporty.

W tamtym czasie Ruch nie miał problemów z grą obronną, śrubował za to rekord spotkań bez zdobycia gola.

- Nie potrafiliśmy zdobyć bramki w dziesięciu kolejnych spotkaniach. Często wracam do tamtych czasów i nie znajduję odpowiedzi, dlaczego tak się działo. Na szczęście nasza niemoc strzelecka nie doprowadziła do spadku z ligi. Po pierwszej rundzie byliśmy dosyć wysoko, a gdy zrobiło się naprawdę niebezpiecznie, wygraliśmy trzy mecze i był spokój.

To jednak chyba była już zapowiedź tego, co miało się wydarzyć w kolejnym sezonie. W 1987 roku historyczny, bo pierwszy, spadek z ligi stał się jednak faktem.

- Nie mogliśmy tego zrozumieć. Mieliśmy zespół na górną połówkę, tymczasem spadliśmy. Atmosfera wokół tego spadku była nieciekawa. PZPN zabrał nam punkty za wygrany mecz z Zagłębiem Lubin. Na Ruch padło podejrzenie, że kupuje mecze. Byłem młody, więc pewnie nie wiedziałem o wszystkim. Dla mnie to był skandal, a jednocześnie dramat.

Trenerem Ruchu był wtedy Jacek Machciński. Podobno straszny oryginał.

- Dobrze go wspominam. Ja go lubiłem, on mnie chyba też. Pamiętam pierwszy mecz pod jego wodzą. Graliśmy wtedy z ŁKS. Wszedł do szatni i powiedział, że połowę może przekroczyć tylko dwóch naszych zawodników. Spojrzeliśmy po sobie, ale nikt nie dyskutował. Facet w końcu przyszedł nam pomóc, miał uratować ligę.

No więc dobiegaliśmy do linii środkowej boiska, podawaliśmy piłkę do Krzysia Warzychy albo Mirka Bąka i wracaliśmy pod swoją bramkę. Ludzie gwizdali, łodzianie nie rozumieli, co jest grane. Skończyło się bez bramek.

Machciński to był jedyny trener, który rozbierał się razem z piłkarzami w szatni. Był pierwszy w klubie, wychodził ostatni. Strasznie dużo palił. Jednego papierosa odpalał od drugiego. Gdy kończył trening, kierownik już mu podawał zapalonego papierosa.

Gdy spadek był już bardzo realny, Machcińskiemu zaczął pomagać w pracy Kazimierz Górski.

- Ja pana Górskiego w klubie nigdy nie widziałem. Może i doradzał, ale raczej prywatnie. To był chyba taki zabieg medialny, żeby drużynie dodać wiary we własne siły.

Spotkania barażowe z Lechią Gdańsk i fatalną interwencję Janusza Jojki oglądał Pan już z trybun.

- W końcówce ligi miałem wstrząśnienie mózgu i w barażach nie grałem. Gdy Janusz wrzucił sobie piłkę do bramki, w pierwszym momencie nie wiedziałem, co jest grane. Patrzyłem w inną stronę. To był ewidentny przypadek. Janusz chciał podać piłkę, ale zorientował się, że na linii podania stoi zawodnik Lechii. Zwolnił więc rękę, a piłka mu się wyślizgnęła...

W przerwie płakał. Nie chciał wyjść na drugą połowę. Po przegranych barażach zrobiono z niego kozła ofiarnego. Zaczęło się polowanie na czarownice. Winnymi spadku okrzyknięto Jojkę i Walota.

Po spadku zespół pozbierał się jednak bardzo szybko.

- Udało się utrzymać trzon drużyny. Już po pierwszej rundzie wiedzieliśmy, że nikt nam nie zagrozi. Poznawaliśmy miasta i stadiony, o których istnieniu wiedzieliśmy tylko z gazet i czekaliśmy na powrót do ligi.

A ten był imponujący. Czternasty tytuł mistrza Polski zaskoczył wszystkich. Czy takie były deklaracje przed sezonem?

- A skąd! Graliśmy sobie od meczu do meczu. Przełomowe było spotkanie w Zabrzu. Górnik to była wtedy firma, w latach 80. zdobywał tytuły mistrzowskie na zawołanie. Po bramkach Warzychy i Darka Gęsiora wygraliśmy 2:1. Dodatkowo zabrzanie nie wykorzystali karnego. Urban, Komornicki i inni doświadczeni piłkarze przestraszyli się odpowiedzialności. Nikt nie chciał strzelać tej jedenastki. Wypchnęli więc najmłodszego, Ryśka Cyronia i Kołodziejczyk obronił. Po tym spotkaniu uwierzyliśmy, że mistrzostwo Polski jest realne. Wygrywaliśmy mecz za meczem i stało się.

Nagrody za tytuł były pewnie imponujące?

- To były telewizory i magnetowidy słynnej węgierskiej firmy Videoton, składane w Piasecznie! Telewizor był tak wielki, że w drzwiach się nie mieścił. Szybko dałem ogłoszenie do gazety, żeby go sprzedać. Chętnych było wielu. Co ciekawe, nie dostaliśmy żadnego wyróżnienia z PZPN. Nie mam nawet medalu.

W nagrodę Ruch zagrał też w europejskich pucharach. Bułgarzy z Sredecu Sofia pokazali wam jednak miejsce w szyku.

- O tym, że gramy ze Sredecem, dowiedzieliśmy się w czasie tournée po Ameryce. Na początku nazwa zespołu nie zrobiła na nas większego wrażenia. Potem okazało się jednak, że to dawne CSKA, tak naprawdę reprezentacja Bułgarii. Przeciwko tak dobrym piłkarzom nie grałem nigdy wcześniej: Stoiczkow, Penew, Kostadinow. Na Stadionie Śląskim zdołaliśmy zremisować 1:1. W tym meczu nie grał Stoiczkow, który pauzował za kartki i do Chorzowa przyjechał tylko na zakupy. W rewanżu rozbili nas w puch. Przegraliśmy 1:5, a dodatkowo Bułgarzy mieli jeszcze kilka słupków, poprzeczek. Do historii przeszła nasza podróż do Sofii. Lecieliśmy aż 18 godzin. Najpierw wylądowaliśmy w Burgas, potem w Warnie. Władze wojskowe miotały nami na lewo i prawo.

Dobra gra w lidze zaowocowała powołaniem do kadry. Trener Wojciech Łazarek był szkoleniowcem, który spełnił Pana marzenia?

- W Polsce było wtedy naprawdę wielu piłkarzy lepszych ode mnie. Załapać się do kadry było niezmiernie trudno. Szansę stwarzały jedynie mecze towarzyskie, konsultacje, wyjazdy do egzotycznych krajów. O powołaniu dowiedziałem się w czasie zgrupowania Ruchu w Zakopanem, w tym samym miejscu do wyjazdu do Ameryki Środkowej przygotowywali się też kadrowicze. Okazało się, że jakieś problemy z wizami mieli Dziekanowski i Araszkiewicz, więc trener Łazarek uzupełnił skład. Padło na mnie. Przeniosłem się z Imperialu do ośrodka COS. Zagrałem w dwóch meczach. Połówkę z Meksykiem i dwadzieścia minut z Gwatemalą. To były fantastyczne dwa tygodnie.

Rok potem z Ruchu odszedł Warzycha i znowu nastały chude lata.

- Gdy "Gucia" zabrakło, okazało się, jak wiele znaczył dla zespołu. Ma niesamowity dar od Boga, piłka sama szuka go w polu karnym. Symbol dwóch klubów - Ruchu i Panathinaikosu. Prywatnie świetny facet. Spotykamy się przy okazji świąt, wakacji. Chociaż w każdej chwili mógłby zostać właścicielem Ruchu, nic się nie zmienił.

Gdy grał w Polsce, pewnie się Pan cieszył, że nie musi go powstrzymywać?

- Już miałem takie szczęście, że zawsze opiekowałem się najlepszymi.

Najbardziej zalazł mi za skórę Darek Dziekanowski. On potrafił zrobić z piłką wszystko. Zresztą w każdym zespole roiło się od takich grajków. Taki Mirek Okoński potrafił zakładać "siatki" na zawołanie. Ośmieszał obrońców.

Przyszedł rok 1995 i znowu trzeba było pożegnać się z ligą. Dostrzegał Pan wtedy jakieś podobieństwa z pierwszym spadkiem?

- Znów mieliśmy skład, który w żadnym razie nie powinien spaść z ligi.

Doprowadziliśmy jednak do sytuacji, że nawet wygranie trzech ostatnich spotkań nic nam nie dało. Znowu wróciło to samo pytanie: co dalej? Czy zostajemy i walczymy dalej? Zdawaliśmy sobie sprawę, że jak przepadniemy w drugiej lidze, to na dobre.

Jak to możliwe, że skłócony zespół spada z ligi, mijają jednak trzy tygodnie, spotykacie się po wakacjach i znowu jesteście drużyną? Macie jeden cel.

- Czasami tak jest. Zespół piłkarski to tylko grupa ludzi, którzy też mają lepsze i gorsze chwile.

Gdy Ruch jest w biedzie, zawsze powraca temat atmosfery w szatni. Dlaczego?

- To taki element legendy tego klubu. Miejscem, które od zawsze integrowało piłkarzy Ruchu, była kawiarnia. Kończyliśmy trening i potrafiliśmy tam siedzieć godzinę, dwie, a po meczu to już obowiązkowo minimum do północy. Wszystko to dzięki jednej osobie, trenerowi Wyrobkowi. Wokół niego jest taka pozytywna aura, to on buduje tę atmosferę.

Czy teraz też to zadziała?

- Mam taką nadzieję. Przez ostatnie lata odwiedzałem kawiarenkę, ale to już nie było to. Był taki okres, że dużo piłkarzy z Chorzowa grało w Pogoni Szczecin. Po jednym z meczów na Cichej to oni robili atmosferę, miejscowi szybko rozjechali się do domów.

Piłkarze Ruchu powtarzają, że trudno o dobrą atmosferę, gdy pół roku czeka się na pieniądze.

- To wszystko prawda. Tylko trzeba pamiętać, że Ruch zawsze był jednym z najbiedniejszych zespołów w lidze i poślizgi w wypłacie pensji zdarzały się tam zawsze. Nie okłamujmy się, pieniądze na pewno są ważne, ale najważniejszy powinien być argument, że jak źle będzie z Ruchem, to z nami będzie jeszcze gorzej. Najgorsze jest to, że jedni zaciskają zęby, mobilizują się, a z drugich uchodzi powietrze.

Wraca Pan do Chorzowa po siedmiu latach przerwy. Opuszczał Pan Ruch z wielkim żalem. Na Pana, Dariusza Gęsiora i Mirosława Mosóra padło wtedy oskarżenie o sprzedawanie meczów. Nie ma w Panu żalu za tamte czasy?

- Zacznę od początku. To był dzień, gdy podzielono nas na trzy grupy. Na tych, z którymi przedłużają kontrakty, na niepewnych i tych, którzy mogą sobie szukać nowych klubów. Razem z Darkiem i Mirkiem znalazłem się w ostatniej grupie. Otwarcie nikt nam nie powiedział, o co chodzi. Nieoficjalnie zarzucono nam sprzedanie meczu z Górnikiem Zabrze. Ludzie, którzy o tym decydowali, nazywali siebie anonimowymi działaczami klubu. W prasie pojawiły się ich wypowiedzi o tym, kto w Ruchu jeździ nowymi samochodami, wypoczywa pod palmami. Tak się złożyło, że ja pojechałem na wczasy, a Darek kupił nowe auto. Chciałem, żeby ktoś powiedział mi to w twarz, ale nikt nie miał odwagi. Na pożegnanie dostałem pamiątkową tablicę. Wstałem od stołu, podałem rękę Janowi Rudnowowi, zamknąłem za sobą drzwi i tak skończyła się moja przygoda z Ruchem.

Trudno tak za jednym zamachem skreślić trzynaście lat życia?

- Długo nie mogłem się z tym pogodzić. Cierpiałem ja, cierpiała moja rodzina. Nie rozumiałem tych zarzutów. Zrobiono ze mnie materialistę, a ja nigdy nie podbijałem wartości kontraktu. Brałem, co mi dali. Przychodziłem na rozmowy ostatni, wychodziłem pierwszy. Z prezesem Rogalą dogadywałem się w trzydzieści sekund.

Wraca Pan na prośbę trenera Wyrobka czy może żal już minął?

- Wszystko po trochu. Na pewno mogę więcej zyskać niż stracić. Jestem młodym trenerem, a przy takim fachowcu jak Wyrobek mogę się nauczyć bardzo dużo. Dwa razy nam się udało, dlaczego ma się nie udać po raz trzeci? Przede wszystkim zespół musi sobie przypomnieć, jak się wygrywa. Nie może być mowy o pieniądzach, zadłużeniach. Żeby były jasne reguły. Wtedy nikt nas nie zatrzyma.

Dariusz Fornalak ur. 15 października 1965 roku. Wychowanek Stadionu Chorzów. Grał też w Ruchu Chorzów (14 sezonów), Sokole Tychy, Polonii/Szombierkach Bytom, Pogoni Szczecin i Arce Gdynia. W lidze rozegrał 316 spotkań, zdobył 15 bramek. Największe sukcesy: mistrzostwo (1989) i Puchar Polski (1996) osiągnął z Ruchem. Ostatnie pół roku był trenerem trzecioligowego Rozwoju Katowice.