Łukasz Kruczek: Predazzo znowu zdobyte

Tytuł mistrza świata jest marzeniem każdego trenera. A kiedy dodatkowo przychodzi po trudach, z dodatkowym bagażem zdobyczy adamowych, z którym chcąc nie chcąc ciągle się mierzymy, to ta chwila musi być piękna. Kamil i Adam to całkiem inni zawodnicy, inne charaktery, inna technika. Nie do porównania - mówi trener mistrza świata.

Robert Błoński: Ten złoty medal to spełnienie twoich marzeń?

Łukasz Kruczek: W tej chwili tak, to piękna chwila, wszyscy jesteśmy niesamowicie szczęśliwi, ale w tym momencie marzenia sięgają wyżej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Pamiętamy, jak trudne momenty przeżywaliśmy na początku tego sezonu i widzimy, dokąd teraz udało się dojść.

Były nerwy przed drugą serią?

- Były, ale głównie z ustawieniem belki. Zamieszanie było tak ogromne, że aż wszyscy trenerzy przestali się w tym łapać. Z belką graliśmy tak jak inni skoczkowie z czołówki, czyli też zeszliśmy z 21. na 19. W poniedziałek na treningach Kamil skakał dokładnie z tego rozbiegu i fruwał daleko, więc wiedziałem, że sobie poradzi.

Wiedziałeś, że tak to się może skończyć?

- Nie wolno pisać scenariusza przed konkursem. Mówiłem wcześniej, że Kamil zawsze był tutaj w czołówce. Scenariusz konkursu ułożył się dla nas korzystnie. Kamil miał wolę walki, skakał dobrze od pierwszego treningu, a my dobrze poukładaliśmy konkurs taktycznie i stąd zwycięstwo. Obydwa skoki były dobre.

Kiedy wiedziałeś, że jest medal?

- Zaraz po skoku, Kiedy zobaczyłem w telewizorze, że przeskoczył niebieską linię to już było dla mnie wszystko jasne. Ale i tak musiałem zaczekać aż na tablicy wyników faktycznie pokaże się cyfra z numerem jeden.

Łezka się w oku zakręciła?

- Była, ale szybko minęła, bo jest tak wielkie zamieszanie, że nie idzie się ogarnąć.

Pierwsza wygrana w sezonie, pierwszy raz obniżyłeś mu belkę...

- Było w tym wszystkim wiele ryzyka, ale te pierwsze razy okazały się w Predazzo skuteczne.

Po pierwszej serii Kamil miał pięć punktów przewagi.

- To też było istotne, bo wtedy skacze się inaczej, niż kiedy wszystko jest na ostrzu noża. Nie słyszałem jego deklaracji, ale miał dużo pewności siebie. W niedzielę rano, po skoczni normalnej, powiedziałem, że wszystko jest opanowane i idziemy dalej. Doszliśmy.

Dziesięć lat temu wygrał tu Adam Małysz.

- Jest w tym jakaś symbolika. Po dziesięciu latach, po równej dekadzie, Polak znowu jest mistrzem świata. Predazzo znowu zdobyte. Może dobrze, gdyby częściej organizowali tutaj mistrzostwa.

To duża sztuka odbudować tak Kamila po poprzedniej sobocie?

- Większą było odbudować go po bardzo słabym początku i przed zawodami w Engelbergu tuż przed Bożym Narodzeniem. Przeżywaliśmy ciężkie momenty, szczególnie w pierwszym okresie sezonu. Wtedy, na przełomie listopada i grudnia wszystko się urodziło. I Kamil, i ta silna drużyna, którą dziś mamy. To powstało w tych ciężkich momentach, kiedy po fatalnym występie w Kuusamo zamknęliśmy się w pokoju i powiedziałem zawodnikom, że jeśli ja jestem problem, to jestem gotowy zrezygnować.

Może trener mistrza świata okazałby jakieś emocje?

- Jeszcze nie, ale one na pewno przyjdą. U góry, zaraz po lądowaniu Kamila, skakałem z radości. Bo to rzeczywiście było coś wymarzonego. Tytuł mistrza świata jest marzeniem dla każdego trenera. A kiedy dodatkowo przychodzi po trudach, z dodatkowym bagażem zdobyczy adamowych, z którym chcąc nie chcąc ciągle się mierzymy, to ta chwila musi być piękna. Kamil i Adam to całkiem inni zawodnicy, inne charaktery, inna technika. Nie do porównania.

Więcej o: