Rajd Dakar prawie nie do przejechania

Z roku na rok organizatorzy Rajdu Dakar robią wszystko, żeby utrudnić jazdę uczestnikom. Wychodzą z prostego założenia, że im trudniej, tym ciekawiej. Każdy faworyt, który musi się wycofać, to dla rajdu strata, ale też reklama. Relacja z Rajdu Dakar codziennie na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl Live.

- Strasznie mnie boli ciało, ale jeszcze bardziej serce. Żal jest nie do opisania. Tyle miesięcy przygotowywałem się do tej imprezy i wszystko nadaremno - mówił "Faktowi" Hołowczyc, który już w rajdzie nie jedzie. Popełnił błąd, zjeżdżając z jednej z wydm, których na trasie etapu były setki. Pojechał za szybko, uderzył w twarde podłoże, połamał żebra. Przed rokiem na peruwiańskiej pustyni awaria wypchnęła go poza czołówkę. Na trasie, jeśli nie możesz czegoś naprawić sam, wyścig się kończy.

Dyrektor sportowy rajdu David Castera nawet nie kryje, że wytyczając trasę, organizatorzy kierują się tym, by było jak najtrudniej. Objaśniając tegoroczną, dokładnie opowiedział o peruwiańskich wydmach, od których w tym roku wyścig się rozpoczął, a na których przed rokiem uczestnicy mieli największe kłopoty. Przez Andy kierowcy przejadą dwa razy - najpierw na wysokości prawie 5 tys. metrów, gdzie silniki odmawiają posłuszeństwa, bo jest bardziej rozrzedzone powietrze potrzebne do spalania, a potem przez argentyńsko-chilijskie przejście graniczne Paso de San Francisco, gdzie przed rokiem z powodu śnieżycy etap w ogóle odwołano. W Argentynie trasy są teoretycznie łatwiejsze, ale tam wytyczono najdłuższe odcinki specjalne rajdu. Część kierowców na biwak dojedzie w nocy.

Rajd Dakar uznawany jest za najtrudniejszy i najbardziej wymagający. Jest czysto komercyjnym przedsięwzięciem organizowanym przez francuską firmę Amaury Sport Organisation (tę samą, która organizuje m.in. Tour de France), ale dzięki marce najtrudniejszego rajdu zarabia na siebie. Gdy w 2008 r. rajd organizowany do tej pory w Afryce z powodu zagrożenia terrorystycznego odwołano, a następnie przeniesiono do Ameryki Południowej, organizatorzy bali się, czy zdołają na innym kontynencie powielić tę samą trudność i te same emocje.

Zobacz wideo

Dlatego każdy faworyt, który musi się wycofać, to dla rajdu strata, ale też reklama. Wyścig jest sławny m.in. dlatego, że kończy go mniej niż połowa uczestników. W tym roku po czterech etapach (z czternastu), czyli zanim rajd przejechał granicę peruwiańsko-chilijską, zrezygnowało już 57 uczestników - kilkanaście procent tych, którzy stanęli na starcie.

Każde narzekanie na mecie etapu na szalenie trudne warunki na trasie budzi zainteresowanie kibiców. A w tym roku narzekają wszyscy, bo mało który z faworytów nie miał kłopotów. Już na sobotniej, 13-kilometrowej rozgrzewce w piachu zakopał się Amerykanin Robby Gordon. We wtorek dachował. W niedzielę, gdy uczestnicy po raz pierwszy wjechali w poważne wydmy, trasę mylili prawie wszyscy. Zwycięzca sprzed trzech lat Carlos Sainz został ukarany za ominięcie jednego z punktu pomiaru czasu. U organizatorów wykłócił cofnięcie kary, zrzucając winę na źle działający GPS (kierowcy muszą przejechać w pewnej odległości od wyznaczonego punktu, wtedy urządzenie to zarejestruje), ale po sprawdzeniu okazało się, że to on popełnił błąd i karę przywrócono. Hołowczyc to na razie najbardziej znany kierowca, który wycofał się z rywalizacji.

Dakary amerykańskie jednak czymś różnią się od afrykańskich. Tam często jechało się przez pustkę. W Ameryce nawet na środku pustyni są kibice. Start w Limie oglądało na żywo 250 tys. osób, na trasie w Peru był milion. Gdy Hołowczyc się rozbił, od razu podbiegli do jego samochodu ludzie. W Afryce biwaki stawiano w głuszy. W Ameryce Południowej zwykle są na przedmieściach, a czasem w centrum miast. Ci, których na to stać, nocują w hotelach. M.in. dlatego maksymalnie trudno ma być między nimi, czyli na trasie. W tym roku łatwych etapów właściwie nie będzie.

Więcej o: