Rutkowski, Wujec: Maliny

Co roku w przeddzień rozdania Oscarów pewna wesoła organizacja przyznaje swoje nagrody - Złote Maliny - dla najgorszych filmów roku. Biorąc z niej przykład, postanowiliśmy nie typować najlepszych graczy pierwszej połowy sezonu NBA (to zresztą proste: Jason Kidd, Kobe Bryant, Tracy McGrady, Chris Webber i Tim Duncan), ale najgorszych.

Rozgrywający: Jay Williams, Chicago Bulls.

Wielka kariera na uniwersytecie Duke, wspaniałe recenzje ekspertów; doskonały przegląd pola i nerwy ze stali. Fani Chicago mogli się spodziewać, że nr 2 ostatniego draftu po wielu latach posuchy doprowadzi wreszcie Byki do play off. Na razie zaprowadził ich donikąd. Statystyki w pierwszej połowie sezonu miał zgoła żenujące: 9,2 punktu na mecz, 5,3 asysty, 2,9 zbiórki.

Wyróżnienie: Andre Miller.

Rok temu lider NBA w asystach. Latem przeszedł z beznadziejnych Cleveland Cavaliers do Los Angeles Clippers. Można było oczekiwać, że tu jego talent rozkwitnie - w LA ma wreszcie komu podawać! Tymczasem Miller nie tylko mniej rzuca i mniej zbiera, ale też dużo mniej podaje (7 asyst na mecz - rok temu blisko 11). A Clippersi grają fatalnie.

Rzucający obrońca: Darius Miles, Cleveland Cavaliers.

Do NBA trafił prosto ze szkoły średniej. Wróżono mu karierę na miarę Kevina Garnetta lub Kobe'a Bryanta. Przez pierwsze dwa lata zadziwiał głównie widowiskowymi wsadami. Dajcie chłopakowi czas - mówiono - w Clippersach nie może się przebić. Latem Miles (w wymianie za Millera) trafił do Cleveland, gdzie dobrych graczy jest co najwyżej trzech. I gra... słabiej niż w Los Angeles: 8,7 punktu na mecz, nieco ponad 5 zbiórek. Nadal nie umie rzucać nawet z półdystansu. Eksperci przebąkują, że Cleveland powinno sprzedać go czym prędzej, póki jeszcze ma jakąkolwiek wartość.

Wyróżnienie: Vince Carter.

Za ciągłe kontuzje, brak rozwoju, brak obrony na parkiecie i brak klasy poza boiskiem. Dwa lata temu, gdy Shaquille O'Neal kłócił się z Kobe'em Bryantem, plotkowano o wymianie Bryanta na Cartera. Dziś taki transfer byłby równie prawdopodobny jak zamiana Shaqa na Cezarego Trybańskiego.

Niski skrzydłowy: Devean George, LA Lakers.

Miał być "trzecią siłą", wsparciem dla Kobe i Shaqa. Lakersi podpisali z nim sześcioletni kontrakt na ok. 25 mln dolarów. Wyniki? Imponujące: niespełna 7 punktów i 5 zbiórek na mecz.

Wyróżnienie: Grant Hill, Orlando Magic.

Uwielbiamy go, ale trzeci już sezon zmagań z obolałą kostką wykańcza psychicznie drużynę z Orlando.

Silny skrzydłowy: Vin Baker, Boston Celtics.

Zapowiadał się świetnie - w najlepszym sezonie 1996/97 zdobywał średnio w meczu ponad 20 punktów i miał ponad 10 zbiórek. Rok później podpisał maksymalny dopuszczany w NBA kontrakt - rocznie zarabia kilkanaście milionów dolarów. Ostatnie kilka lat spędził w Seattle, grając raczej przeciętnie. Zmagał się z kontuzjami i depresjami. Biadolił, że źle mu na Zachodzie i że chciałby wrócić do Konferencji Wschodniej, najchętniej do ukochanego Bostonu. I marzenia się ziściły. Latem Celtics kupili Bakera. Efekty: Vin pojawia się na parkiecie na niespełna 20 minut, zdobywając średnio 5 punktów i mając 4 zbiórki. Jest mu nadal smutno i źle. Miewa ataki paniki. Meczu ze Seattle tak się przestraszył, że... w ogóle nań nie przyszedł. A Celtowie przez najbliższe trzy lata będą musieli zapłacić Bakerowi 52 mln dolarów.

Center: Marcus Camby, Denver Nuggets.

Na tej pozycji jest wielka konkurencja, gdyż co drugi team NBA ma w składzie całkowicie nieutalentowanego dryblasa, któremu kiedyś, w przypływie pomroczności jasnej, zaoferował kontrakt na 20, 30 i więcej milionów dolarów. Nasz wybór to Camby, bowiem - w przeciwieństwie do swoich rywali - naprawdę potrafi grać w koszykówkę. Niestety, jest jeden warunek: żeby grać, trzeba grać. Tymczasem Camby jest jednostką wyjątkowo łamliwą. W zeszłym roku zagrał tylko w 29 spotkaniach. Sprzedany z Nowego Jorku do Denver pilnie trenował, wieszcząc triumfalny powrót. Wrócił 17 stycznia i po 17 sekundach skręcił kostkę. Wytrzymał mężnie na boisku siedem minut. Od tamtego czasu znów pauzuje. Ale cóż to było za siedem minut - dwa celne rzuty z gry. Pięć punktów. Trzy zbiórki. Zaiste, warto było czekać.

Wyróżnienie: Eddie Curry, Chicago Bulls.

Kolejny wynalazek menedżera Byków Jerry'ego Krause. Statystyki: 6,3 pkt., 3,1 zbiórki w meczu. Przydomek "Baby Shaq" tłumaczy się sam - postura Shaqa, umiejętności przedszkolaka.

Nagroda zespołowa: LA Clippers.

To miał być Dream Team przyszłości: Lamar Odom, Elton Brand, Andre Miller, Michael Olowokandi, Corey Magette i inni. Już w tym roku mieli przebojem wejść do czołówki Zachodu. Tymczasem wygrywają tylko co trzeci mecz i w tabeli Konferencji Zachodniej są na jednym z ostatnich miejsc, bez żadnych szans na awans do play off. Winny temu jest głównie znany ze skąpstwa właściciel Clippers Donald Sterling, który nie podpisał ze swoimi graczami nowych kontraktów. Teraz wszyscy liczą dni do odejścia z klubu i zajmują się głównie indywidualnymi popisami. Wyniki drużyny? A kogóż to obchodzi! Takiej bandy egoistów dawno w NBA nie było.

Najmniej wartościowy zawodnik (Least Valuable Player): Vin Baker.

Bez konkurencji. Jedynym rywalem dla Bakera mógłby być Shawn Kemp - niegdyś równie sowicie opłacany i równie bezużyteczny. Ale Kemp podarł swój stary kontrakt i stara się odbudować dobre imię, grając za minimalną gażę w Orlando.

Trener roku:

faworytem był John Lucas z Cleveland, ale już wyleciał. W tej sytuacji nagrodzić trzeba Alvina Gentry z Clippersów. "Przyczyny obiektywne" nie uzasadniają całkowitej bezradności trenera.

Menedżer roku: Scott Layden, New York Knicks.

Za całokształt działalności (przepłacenie wszystkich zawodników Knicks, których teraz nikt nie chce kupić) oraz za brawurowe posunięcie z ostatniego draftu. Nowy Jork oddał do Denver Marcusa Camby oraz - co ważne - swój najwyższy od wielu lat wybór w drafcie. Dostał zaś sławnego skrzydłowego Antonia McDyessa. Podczas sparingu McDyess doznał kontuzji i w tym roku nie zagrał ani minuty. Denver wybrało w drafcie Brazylijczyka Nene Hilario, który opuścił dotąd jeden mecz i zbiera bardzo dobre recenzje. Grunt to mieć szczęście.

Niezłe numery

40, 38, 42, 35, 46 - zdobycze punktowe Kobe Bryanta w ostatnich pięciu meczach LA Lakers. Lakersi wygrali wszystkie spotkania (cztery z nich na wyjeździe) i po raz pierwszy od początku sezonu mają na koncie więcej zwycięstw niż porażek.

9 - celnych rzutów za trzy punkty. 0 - niecelnych. To nowy rekord NBA, a ustanowił go Latrell Sprewell z New York Knicks w wygranym meczu z Clippersami.

Złota myśl

"Skończyłem 50 lat. Przeszedłem 32 operacje, miałem niezliczoną ilość kontuzji. I nadal mogę grać lepiej niż Vin Baker" - Bill Walton, komentator ESPN, a w przeszłości świetny center m.in. Boston Celtics.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.