Londyn 2012. Jeszcze jedno życie dla Marcina Lewandowskiego

W najczarniejszych snach nie było takiego scenariusza - powiedział Polak, gdy myślał, że nie pobiegnie w półfinale 800 m, ważnej części swojej życiowej misji. Ale pobiegnie

Sekwencja wydarzeń była następująca.

Lewandowski - ruszył do najważniejszego biegu w karierze o 10.50 - był na dwóch olimpijskich kółkach trzykrotnie przepychany, po raz ostatni na ostatnich 100 metrach, gdy szykował się do końcowego ataku. Przybiegł na metę szósty, z czasem 1.47,64. Bez szans na awans w biegu z rywalami, których ten bywalec mityngów Diamentowej Ligi w większości nawet nie zna!

Gdy komentował swój start - bardzo krótko, bo był wstrząśnięty - nie wspomniał nawet o zajściach podczas biegu. - Nie wiem, co się stało, czułem się w rewelacyjnej formie, zrobiłem, jak chciałem, pobiegłem szerzej, aby nie być zablokowanym. I stanąłem na końcu - mówił.

Ale zawodnik, zwłaszcza w kontaktowym biegu na 800 m, czasem może sobie nie uświadamiać, że dzieje się coś, co nie powinno się zdarzyć, albo być w szoku po zawaleniu się szans na awans, szans na finał, o którym się marzyło i na który się pracowało przez cztery lata.

Marcin i jego starszy brat oraz trener Tomasz grają ostro - od lat jeżdżą na zgrupowania do Kenii, gdzie pracują na wysokości ponad 2200 m n.p.m., w rozrzedzonym powietrzu. Nie jest to wycieczka na safari, tylko ciężka harówa, którą podziwiałem na własne oczy. Warunki są spartańskie, ale treningi dają niezwykłe efekty. W ciągu roku przed igrzyskami bracia byli w Kenii dwukrotnie, do tego Marcin wystartował w Diamentowej Lidze w Szanghaju. Czy to był dobry pomysł, by jeździć na kraj świata? Wyniki tego sezonu mówią, że raczej nie. Więc chyba raczej brakuje mu mocy - przynajmniej ja tak myślałem, gdy miałem w ręku kartkę z wynikami eliminacji i wiedząc, że Marcin w tym roku pobiegł najszybciej w maju w Hengelo - 1.44,34 (rekord życiowy to 1.43,84), czyli szybko, ale nie aż tak, aby mógł liczyć na walkę z Afrykańczykami o podium.

W tym samym czasie do Piotra Haczka, szefa ekipy lekkoatletów, zadzwonił Tomasz Lewandowski. - Na ostatniej setce Marcin został kopnięty przez jednego z rywali w momencie, kiedy szykował się do wyprzedzania Hiszpana. Przez to stracił rytm biegu - powiedział na gorąco.

Kto jak kto, ale Piotr Haczek, były czterystumetrowiec, a przede wszystkim członek sztafety 4x400 m, w której najczęściej dochodzi do walki na łokcie, wie, co znaczy przepychanie.

Poszedł do sędzi głównej zawodów i razem obejrzeli zapis wideo z kilkunastu kamer. Haczek nie musiał składać nawet oficjalnego protestu, zapis mówił wszystko. Mohammad Al-Azemi z Kuwejtu, który na metę wpadł jako trzeci (czyli awansował), został zdyskwalifikowany. Marcin Lewandowski został włączony jako dziewiąty zawodnik jednego z trzech półfinałów.

Drugie życie Lewandowski dostał po raz wtóry. Na mistrzostwach świata w Berlinie w 2009 roku został przewrócony przez Sudańczyka Abubakra Kaki, wstał i dobiegł do końca, tak jak zawsze każe mu jego starszy brat. Faul był oczywisty, i dzięki temu, że Lewandowski nie zszedł, tylko dobiegł do mety, mógł wystartować w finale. W Stambule na halowych mistrzostwach świata Marcin się przewrócił i do finału nie wszedł, bo sędziowie uznali, że był to wypadek wyścigowy bez czyjejkolwiek winy.

Adam Kszczot wszedł do finału z trzeciego miejsca. Półfinały odbywają się we wtorek od 20.55.

Eliminacje 800 m.

1. A. Kaki (Sudan) 1.45,51; 2. T. Kitum (Kenia) 1.45,72; 3. N. Amos (Botswana) 1.45,90; 3. D. Rudisha (Kenia) 1.45,90 ... 7. A. Kszczot 1.45,99; 29. M. Lewandowski 1.47,64

Więcej o: