Lekarz Rumsasa dla Gazety: Nie jestem lekarzem od dopingu

- Po tym jak wyszło na jaw, że byłem opiekunem medycznym Rumsasa, otrzymałem setki telefonów od ludzi, którzy ?potrzebowali gwałtownej pomocy w osiągnięciu wyniku? - mówi lekarz sportowy Krzysztof Ficek. - Odmawiałem. Nie jestem i nigdy nie byłem lekarzem od dopingu.

W lipcu tego roku litewski kolarz Raimondas Rumsas zajął trzecie miejsce w Tour de France. Jeszcze w dniu kończącym Tour de France policja francuska zatrzymała jadącą do domu we Włoszech żonę Raimondasa Edytę. W jej samochodzie znaleziono leki, które stosowane przez sportowców uważane są za dopingujące. Państwo Rumsasowie - Raimondas z domu we Włoszech, Edyta przez swojego adwokata - zgodnie mówili, że były to leki dla ciężko chorej matki kolarza.

W organizmie Rumsasa nigdy nie zostały wykryte ślady stosowania jakichkolwiek niedozwolonych środków. Został oczyszczony z zarzutów stawianych mu głównie przez francuskie media. Nadal jego opiekunem medycznym jest Krzysztof Ficek, który w toczącym się obecnie Tour de Pologne współpracuje z grupą CCC Polsat.

Czy kontaktuje się Pan z Rumsasem?

- Jestem lekarzem i udzielam pomocy ludziom potrzebującym. Raimondas jej potrzebuje zwłaszcza w sferze psychiki. Bo proszę sobie wyobrazić, jak ciężka jest jego sytuacja. Żona przebywa w więzieniu. On sam został w domu we Włoszech z trojgiem dzieci. Nie może normalnie trenować. Ten sezon jest już dla niego stracony.

Ale sprawa jest, delikatnie mówiąc, niejasna. Czy naprawdę środki w torebce pani Rumsas były przeznaczone dla jej teściowej?

- Nie mogę odpowiadać za to, co nosi w torebce Edyta Rumsas. Mogę odpowiadać za moje recepty, które znalazła policja francuska i do których nie miała żadnych zastrzeżeń.

Ale jest Pan doradcą medycznym Raimondasa Rumsasa?

- To nie jest wystarczające stwierdzenie. On ma również lekarza z grupy Lampre. Niemożliwa jest współpraca między lekarzem a kolarzem na odległość w wyścigu, w którym do przejechania są 3 tys. km. Dlatego ja nie przyklejam się w stu procentach do sukcesu Raimondasa w Tour de France, choć rzeczywiście doradzałem mu. Chciałbym tylko dokładnie wyjaśnić, jakie są moje cele jako lekarza sportowego. Pierwszy: aby zawodnik był czysty we wszystkich kontrolach dopingowych. Drugi: aby zajął jak najwyższe miejsce. Oba cele w przypadku Raimondasa zrealizowałem. Raimondas nawet po aresztowaniu jego żony był jeszcze dwukrotnie przebadany - w atestowanych laboratoriach w Niemczech i Szwecji. Był na rozmowie przed komisją medyczną w Lozannie. Wyniki badań dopingowych były negatywne. Dostał niedawno odpowiedź z UCI, że miejsce na Tour de France, punkty dzięki temu zdobyte i nagrody należą do niego. UCI nie ma więc w jego sprawie żadnych wątpliwości,

Profesor Smorawiński powiedział w wywiadzie dla "Gazety", że kolarze doskonale potrafią stosować środki maskujące stosowanie dopingu, przez co są czyści na kontrolach.

- Moim zdaniem przy takich natężeniach kontroli niemożliwe jest maskowanie jednych środków drugimi. Te maskujące też są na liście leków zabronionych.

Czy Panu sprawa Rumsasa zaszkodziła, czy może pomogła?

- Od kilku lat pracuję ze sportowcami i dzięki temu uodporniłem się psychicznie. Nie reagowałem więc na wszelkie zarzuty i całą nagonkę wiążące mnie z dopingiem, choć ciężko to przeżyłem. Trudniej to zniosła moja rodzina. Po tym jak wyszło na jaw, że byłem opiekunem medycznym Raimondasa Rumsasa otrzymałem setki telefonów od wielu ludzi, którzy "potrzebowali gwałtownej pomocy w osiągnięciu wyniku". Odmawiałem. Nie jestem i nigdy nie byłem lekarzem od dopingu.

Na czym polega Pana współpraca ze sportowcami i kolarzami?

- Dziś sportowiec wyczynowy nie ma możliwości bycia sobą i jednocześnie osiągania najlepszych wyników. W tym momencie trzeba mu pomóc. Szczególnie kolarzom, którzy uprawiają jedną z najcięższych dyscyplin sportu. Zalecam więc środki ochronne, regeneracyjne, ale nigdy, powtarzam, nigdy zabronione. Tłumaczę wielu ludziom, żeby nie używali dopingu, bo za dziesięć lat będą kalekami.

Czy kolarstwo może być pozbawione afer dopingowych?

- Czesław Lang powiedział, że musi zapłacić 20 tys. dol. za organizację badań antydopingowych. Ktoś na tym doskonale zarabia. Nie ma tu też elementarnej sprawiedliwości. Proszę sobie wyobrazić, że jest 6 rano przed finałem piłkarskiego Pucharu Europy. Do pokojów piłkarzy Bayernu Monachium i Realu Madryt wchodzą policjanci i ludzie z komisji antydopingowej. Budzą ich na badania. Czy to jest możliwe? Jaka byłaby reakcja piłkarzy, federacji, nawet kibiców? A takie sytuacje kolarze, również ci najlepsi, muszą znosić na wielkich wyścigach parokrotnie. W czwartek rano mieliśmy tego przykład na Tour de Pologne, kiedy przeprowadzono badania krwi u kolarzy czterech ekip. Zresztą wszystkie wyniki były negatywne. Wszyscy przebadani byli dopuszczeni do dalszej jazdy.