Dlaczego nikt nie przygotował Poli Bełtowskiej na starcie z internetowym światem? Przecież takie przygotowanie olimpijczyka jest równie ważne jak trening fizyczny. Samo "hejt stop" i słowa wsparcia to trochę mało. Tyle zdziała, co apele do piratów drogowych. Jeśli zginę na przejściu dla pieszych, co to za pocieszenie, że miałam pierwszeństwo? - pisze Justyna Kowalczyk.
Już bliżej do zamknięcia niż od otwarcia. Szybko idą te igrzyska. Moje pierwsze w takiej roli [Justyna Kowalczyk jest ekspertką Eurosportu - red.]. Niby w centrum wydarzeń, a z boku. Różne rzeczy z tego miejsca widać, chciałam to jakoś ubrać w myśli. Nie jest to obraz pełny. Mało tego - zdarzy się, że niezgodny z tym, co widzicie i słyszycie w mediach. Ale jest mój. Taka jest na razie moja Cortina 2026. Od C do A.
C jak ciało sportowca
Na dzień przed startem na 10 km stylem dowolnym kobiet w Tesero zrobiło się gorąco. Dosłownie. Było miękko, grząsko, wolno. Zapytałam Elizę Rucką-Michałek jak się czuje i czy jest gotowa na bieg-katorgę w takich warunkach. Odpowiedziała, że dokładnie dwa lata temu urodziła Frania. Bardziej boleć nie będzie. Uśmiechnęłam się. Miała rację, na pewno nie będzie. Ale ból wywołany zakwaszeniem mięśni jest niewiele mniej intensywny. Na szczęście trwa krócej. Biegacze narciarscy padają jak podcięci tuż za metą dlatego, że mniej więcej od połowy dystansu czują głównie przeszywający ból w całym ciele. Kwas mlekowy zalewa komórki mięśni. Przez ten ból powoli traci się technikę, zwalnia, niektórzy, jak ja, przestają widzieć cokolwiek prócz śniegu, który też może zmieniać kolory. Jeśli zawodnik nie potrafi się doprowadzić do takiego stanu, nigdy nie będzie wygrywać. Mówimy na to "laktat-party".
Jeśli ktoś lubi oglądać takie imprezy, to na panczenach jest u siebie. Tam kwas mlekowy leje się bez przerwy. Wszystko idzie wspaniale i nagle na ostatnim okrążeniu, bach!, nogi nie chcą pracować, pozycja się sypie, łyżwiarz się prawie prostuje. Widzieliście Francescę Lollobrigidę na finiszowym okrążeniu 5000 m? Co to był za ból! Co to była za walka! A nasz Władimir Semirunniij? Potrafią łyżwiarze przełamywać słabości, jak nikt inny.
Ciało dla sportowca jest narzędziem pracy. Trzeba o nie dbać, karmić dobrze, regenerować, ale nade wszystko ciągle zmuszać do przekraczania i przesuwania granic. Najbardziej spektakularny tego objaw, czyli wymioty, są w sumie najmniej szkodliwe. Wieloletnie balansowanie to kontuzje przeciążeniowe, to ubytki, które pozostają z nami do końca życia. Ja np. nie mam jednej łąkotki (po trzech operacjach w trakcie wyczynu), mam za to kilkanaście przepuklin w kręgosłupie i kilka innych drobniejszych uszkodzeń. Nie wyrzucam sobie teraz, że do tego doprowadziłam. Doskonale wiedziałam, jaką cenę płacę za mistrzostwo i było warto. Zdecydowana większość sportowców wam tak odpowie. I moje ciało, jak wielu innych na emeryturze, nie dość, że trochę poharatane, to wciąż domaga się nowych obciążeń. Tu na igrzyskach olimpijskich przez pierwszy tydzień udało mi się wyjść tylko trzy razy trochę pobiegać. Od porodu synka nie miałam tak luźnego, pod tym względem, tygodnia. I wcale dobrze się z tym nie czuję.
O jak oświadczenia i apele
Młodziutka Pola Bełtowska zderzyła się z miłością zawiedzionych, patologicznych kibiców. Czytałam oświadczenie. Słyszałam apele. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest woda na młyn dręczycieli. Może jestem w tym odosobniona, ale dla mnie takimi oświadczeniami tylko utwierdza się krzywdzących, że ich działania przynoszą cel. Dajemy im klarowną odpowiedź: tak, sportowcy czytają, co im piszecie! Tak, rozkłada ich to psychicznie na łopatki! Czyli - wygraliście. Czyli - następnym razem pewnie przywalicie jeszcze mocniej. Bo chyba nikt się po hejterach nie spodziewa empatii i poczucia wstydu. Chamstwo jest modne. Internet wydaje się być anonimowy. Oni, krzywdziciele, się nie zatrzymają ani nie znikną. W takim świecie żyjemy i młody człowiek musi umieć sobie z tym poradzić.
Już od kilku lat to oczywistość, że w grupie szkoleniowej jest psycholog. Super. Jestem za. Tylko niech to będą osoby kompetentne. Uważam, że przygotowanie dzieciaka na zło internetowego świata jest równie ważne, jak przygotowanie fizyczne. Możemy srogo wymachiwać palcami, że nam się hejt nie podoba. Ale co to za odkrycie? Że ogień parzy? Może pora realnie zacząć pracować u podstaw, by koleżanki i koledzy Poli się nie parzyli? By mieli gdzieś rozważania przegrywającego właśnie w zakładzie bukmacherskim frustrata. Dlaczego nikt nie powiedział tej dziewczynce i jej rodzinie, że pod żadnym pozorem przez najbliższe dni nie wolno im czytać tego wszystkiego? Że nie mogą po powrocie do pokoju z konkursu odpalać serwisów społecznościowych? Już przed igrzyskami powinna była mieć przygotowane inne kanały kontaktu z rodziną i przyjaciółmi. To, co publiczne, powinno być na jej kontach zamknięte na cztery spusty.
Wiadomo było, że wystartuje w drużynówce. Wiadomo było, że to na nią będą patrzeć, czy udźwignie. Wystarczy spojrzeć na pierwsze lepsze forum internetowe pod artykułem o czyimś słabszym występie, by przewidzieć ciąg dalszy. Pola miała prawo tego nie wiedzieć. Ale dlaczego my, bardziej doświadczeni, apelujemy i piszemy oświadczenia po fakcie, zamiast nauczyć, jak chronić się przed oparzeniem? Róbmy kampanie, walczmy z hejtem systemowo. Tak jak zawstydzamy piratów drogowych. Ale to nas nie zwalnia z uczenia się zasady ograniczonego zaufania na drodze.
Kijem Wisły nie zawrócę, ale by chronić swoje emocje mam od prawie trzech lat wyłączoną możliwość komentowania na swoich kanałach. To, co działo się po śmierci mojego męża, przekroczyło wszystkie granice. Wyłączyłam też w większości możliwość wysyłania wiadomości, a tam gdzie można, powiadomienia są wyciszone. Czytam te wiadomości tylko, gdy muszę, i gdy jestem w odpowiednim nastroju. Zanim przejdę przez tę ulicę, trzy razy się upewniam, że jestem gotowa to przetrwać. Bo jeśli zginę na przejściu dla pieszych, co to za pocieszenie, że miałam pierwszeństwo?
R jak ryzyko
Wiadomo - Lindsey Vonn. Przed Igrzyskami nabawiła się poważnej kontuzji. Postanowiła ją zignorować. Nie udało się. Miała okropny wypadek na trasie. Przeszła trzy operacje. Dziś już z uśmiechem kontaktuje się ze światem i dziękuje za wsparcie. Wyliże się z tego. Nie bez kolejnych uszczerbków, ale się wyliże. Jak nikt wiedziała, czym ryzykuje i jakie mogą być tego konsekwencje. Poszła w to. Sama płaci cenę. To powinien być koniec dyskusji.
Iluż ludzi chce jednak po swojemu układać życie dojrzałej kobiecie. Iluż czuje się w obowiązku wyrazić swoją opinię, podpowiedzieć, co powinna, a czego nie powinna. W takich sytuacjach nie mogę się nadziwić, jak ogromną trudność sprawia nam zrozumienie, że jesteśmy różni. Mamy różne potrzeby, różne systemy wartości, różnie rozumiemy świat i się w nim odnajdujemy. Gdyby Amerykanka nie potrafiła stawiać na szali wszystkiego w walce o marzenia, pewnie nigdy byśmy o niej nie słyszeli. To jest motor jej sukcesów sportowych. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Jej tym razem butelka rozprysnęła się w drobny mak i ją poraniła, ale jestem pewna, że Lindsey jeszcze wielokrotnie wzniesie toast po sukcesie. Nawet jeśli to już nie będą sukcesy sportowe.
T jak tapeta
Dacie wiarę, że najwięcej czasu na tych igrzyskach spędzam na makijażu? Wiem, że jest co poprawiać, ale że dwie, trzy godziny każdego dnia? Przygotowanie do wejścia do studia to prawie dwie godziny na malowanie i włosy. Gdybym wiedziała, ze trzeba je tak długo układać, tobym się na Sinéad O'Connor zrobiła. A tu jeszcze przed każdym kolejnym wejściem na wizję 30 minut poprawek. Jeśli mam czas pobiegać odrobinę w międzyczasie, to trzeba przed kolejnym studiem robić wszystko od początku.
Panie makijażystki są przeurocze i profesjonalne. Jest Szwedka, Francuzka, Niemka i Australijka. Umilają czas jak to tylko możliwe. Fantastyczne jest to połączenie kultur w zrozumieniu żartów, w kibicowaniu różnym dyscyplinom sportu, w pułapkach językowych. Pokój makijażowy na pewno będę ciepło wspominać.
Nie marudzę. I żeby nie wyszło, że jestem jedynym takim dziwadłem w Cortinie: wczoraj w tym samym czasie co ja, malowane były alpejki. Tina Maze i Irene Curtoni. Też, jak ja, są na tych igrzyskach ekspertami Eurosportu. Pani ze Szwecji zapytała, jakie chcą loki. Dziewczyny się roześmiały, a Irene odpowiedziała: "Chcemy prosto! My byłyśmy narciarkami!".
I jak interes
Żal mi dziewczyn uprawiających kombinację norweską. Żal mi Joanny Kil, którą często widuję na treningach. Żal mi amerykanki Anniki Malaciński, jednej z czołowych zawodniczek, która mimo że od zawsze uprawiała z bratem ten sam sport, ogląda jego olimpijskie zmagania jako kibicka. To niepojęte. Trudno mi zrozumieć, że MKOl, który tyle mówi o równouprawnieniu i walce o prawa kobiet, w dwudziestym pierwszym wieku wprost nam przedstawia, że im się to [kombinacja norweska] po prostu nie opłaca. Facetów z rozpędu puszczą, bo tradycja. Choć też się nie opłaca. Ale w rozwoju kobiecej konkurencji już nie chcą pomóc.
To, że światowemu olimpizmowi już dawno rozjechały się drogi z ideą de Coubertina, wie każdy, kto interesuje się sportem. Wiemy, że to biznes. Ale jednak w wielu sprawach MKOl potrafi tak ładnie prezentować wzniosłość. Czym zawiniła kombinacja norweska, że pozostała jedyną konkurencją olimpijską, w której paniom mówi się, żeby wracały do garów?
N jak nowości
To dla mnie jedna z najważniejszych atrakcji ostatniego tygodnia igrzysk: narciarstwo wysokogórskie. Debiutant. Kto nie wie, o co chodzi, może śledzić zmagania 19 i 21 lutego - w Bormio lub przed telewizorami. Nie spodziewajcie się jednak romantycznych, alpejskich ujęć. Nie będzie. Bo niebezpiecznie. Bo pogoda może się załamać. Bo kamery. Bo czas antenowy. Bo nie. Będzie swoisty tor przeszkód na stromym odcinku stoku zjazdowego. Zawodnicy będą tam biegać zygzakiem, po schodach, na nartach, bez nart, będą w mgnieniu oka ściągać foki, czyli pasy przyklejane na nartę na tę część wyścigu, gdy potrzebna jest przyczepność. A potem zjeżdżać slalomem. Teoretycznie mają nam w krótkim czasie pokazać wszystkie umiejętności potrzebne, by przemierzać szczyty Alp na nartach. Dla mnie to taki crossfit narciarski, albo biegówki na sterydach. Ma tyle wspólnego ze skialpinizmem co bieganie na czas po ścianie – z prawdziwą wspinaczką. Ale jest super widowiskowe. Wymaga wytrzymałości, szybkości i zwinności. A i zabawy ze sprzętem, to jakiś kosmos.
Mamy tam swoich. Iwonę Januszek i Janka Elantkowskiego. Łapią się do pierwszej ósemki w sztafetach. Iwona często bywa w dziesiątce Pucharu Świata. Janek na pewno wolałby, by zawody rozgrywały się dwa tysiące metrów wyżej, w prawdziwych górach. Ale dadzą z siebie wszystko, to pewne. Pokazali, jak się walczy, nie raz: i na skitourach, i w biegach górskich. Sami zobaczcie.
A jak awantury
Zacznijmy od draki dość błahej. O odzież. Szkoda, że temat ubrań zdominował pierwsze dni. Igrzyska to jedyny czas w ciągu czterolecia, gdy sportowcy dyscyplin w Polsce niepopularnych mogą się kibicom przedstawić. Mogą opowiedzieć o swoim sportowym życiu, o problemach, z jakimi się borykają, o specyfice konkurencji. A my musieliśmy się pokłócić, i to o krój kurtek. To nie jest fashion week, to święto sportu. Nie zauważyłam ani jednej uwagi od olimpijczyków na temat jakości i funkcjonalności dostarczonych strojów. To dla mnie wystarczający powód, by uznać, że są odpowiednie. Kropka.
Jest też spór bardzo poważny, o Władysława Heraskewycza, który został wykluczony przez MKOl z igrzysk. Skeletonista chciał startować w kasku, na którym są podobizny sportowców - ofiar wojny z Rosją. Nie próbuję sobie nawet wyobrazić ciężaru emocjonalnego, jaki dźwigają ukraińscy sportowcy. Władysław, moim zdaniem, mimo dyskwalifikacji, osiągnął cel. Trafił z przekazem pod najdalsze strzechy na ziemi. Wszystkie telewizje, które są na igrzyskach, robiły o nim materiał. Gdyby wystartował, zamieszania tak ogromnego na pewno by nie było. Każdy olimpijczyk powinien jednak znać kartę olimpijską. Przepisy są jasne. Igrzyska to nie czas na manifesty. Nawet najbardziej słuszne. Najbardziej wzruszające. Bo wyjątek zrobiony w dobrej sprawie może wyzwolić lawinę nie do zatrzymania. Lawinę, w której już nic nie będzie wzruszające, tylko dyktowane przez polityków.


