Tylko u nas

Justyna Kowalczyk: By napisać ten tekst, pierwszy raz od trzech lat otworzyłam laptop

Justyna Kowalczyk-Tekieli
Justyna Kowalczyk podczas dekoracji medalowej.
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

By napisać ten tekst, pierwszy raz od niespełna trzech lat otworzyłam laptop. Nie sądziłam, że kiedykolwiek znajdę siłę, aby go znów otworzyć. Jak nie wierzyć w igrzyska? - pisze dla Sport.pl Justyna Kowalczyk, polska multimedalistka olimpijska.

Gdy oni zdobywali igrzyska, ja byłam nad przepaścią.

Zobacz wideo Damian Żurek: Nie mam obaw, jestem spokojny. Wizualizuję sobie olimpijski start, ale nie dmucham balonika

Na linie.

Gdy mi powiedzieli, że wygrali, nawet nie byłam w stanie sensownie odpowiedzieć. Cała się trzęsłam ze strachu. Zasuwałam po ścianie, bo Kacper narzucił piekielne tempo.

Cortina, Królowa Dolomitów. Jedno z moich miejsc na ziemi. Często tam jeździłam, by się wspinać. Również w tych dniach, gdy się rozstrzygało, że to oni będą organizowali zimowe igrzyska w 2026 roku. Tamten wyjazd był przeznaczony na wspinaczkę na Cima Grande i bieganie na Tofana di Rozes. Byliśmy tak zajęci, że nie śledziłam wiadomości. Przyjechałam z Polski nad ranem i po dwóch godzinach byłam już nad przepaścią. Droga - Via Dibona - nie była zbyt trudna, więc Kacper związał nas liną i na lotnej asekuracji prawie biegliśmy, mijając inne zespoły. Jeden z włoskich wspinaczy mnie rozpoznał. Zapytał, czy już wiem. Nie wiedziałam. Mają to! Miejscowi byli tacy dumni.

Po południu ulokowaliśmy się w maleńkim pensjonacie na skraju miasteczka. Zaraz przy wejściu starszy gospodarz przywitał nas olimpijskimi wspomnieniami. Wrócił do Turynu 2006, do wspaniałego Giorgio Di Centy, złotego w sztafecie i na 50 km, do podium włoskich dziewczyn w sztafecie. Aż się łezka zakręciła w oku. Po dwudziestu latach zimowe igrzyska wrócą do Włoch.

Dwadzieścia lat temu jechałam na turyńskie igrzyska ze słoweńskiego Kranju. Auto typu kombi zmieściło wtedy więcej pakunków niż rasowy bus. Szpilki by się już nie wcisnęło. Humor miałam znakomity. Sen upartej dziewczynki z Kasiny Wielkiej właśnie się spełniał. Wraz z nieliczną wtedy drużyną przyjechaliśmy kilka dni przed oficjalnym rozpoczęciem.

No jasne, że był bajzel. I to jaki!

W górskiej wiosce olimpijskiej w Sestriere jeszcze pracowały betoniarki. Błota między budynkami było po kolana. Pracownicy z uroczym spokojem montowali toalety, wnosili prowizoryczne meble. Nie dałabym złamanego grosza za to, że za chwilę będzie tam mieszkać dwa tysiące ludzi. A jednak. Wieczorem w przeddzień otwarcia zaczął padać śnieg i przykrył ogromny plac budowy. Mróz ściął błoto. Chodniki z zielonej wykładziny przykryły resztę. Pokazały się zaśnieżone góry. Zrobiło się pięknie. Doniośle. Olimpijsko. Włosi zawsze lądują na cztery łapy!

Fot. Denis Balibouse / REUTERS

Młody sportowiec, gdy jedzie na najważniejsze zawody swojego życia, wyobraża sobie, że tam też warunki będą najlepsze. Nic bardziej mylnego. Małe pokoje ze ścianami z tektury. W środku łóżko, stolik, krzesło. Czasem szafka. Pełno jest niedociągnięć. Igrzyska olimpijskie są ogromną inwestycją. A niecałe siedem lat, jakie z reguły ma gospodarz od ogłoszenia wyboru do godziny zero, to wcale nie jest tak dużo czasu.

Olimpijski sen bywa niespokojny. Igrzyska są inne. Igrzyska to chaos. Wielu sportowców się w tym gubi. Można powiedzieć, że w tym jest cała trudność olimpijskiego wyzwania: jak pozostać najlepszym sobą z pucharów świata, z mistrzostw świata, gdy trzeba się rozstać z tym, do czego cię przyzwyczaiły inne zawody. Bywają sportowcy, którzy są mistrzami, gdy wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Gdy startują w pucharach i mistrzostwach, w bańce samych swoich. Wtedy są pewni siebie i powtarzalni. A gdy nagle lądują w olimpijskim zamieszaniu, w tłumie, w świecie, w którym ich sport nie jest najważniejszy, tylko jest jednym z kilkunastu olimpijskich, nie umieją utrzymać skupienia na celu.

Piszę to z myślą o wszystkich debiutantach. Wspominając właśnie igrzyska 2006, mój debiut. Na trasach w Pragelato, bliżej granicy z Francją niż Turynu, przeżyłam prawie wszystkie emocje, których może sportowiec doświadczyć. Po kilku dniach pobytu w wiosce zorientowałam się, że nieopodal tras PZN miał wynajęty duży apartament. Na wypadek, gdyby zawody w skokach opóźniała pogoda. Wtedy skoczkowie, zamiast czekać w szatniach, czekaliby w mieszkaniu. Mój trener Aleksander Wierietielny przekonał władze, że biegaczce taki apartament przyda się zdecydowanie bardziej. Mieszkanie było położone niżej niż trasy. 300 m niżej na poziomie dwóch tysięcy metrów nad poziom morza - to jest ogromna różnica w procesie regeneracji. Wszyscy znaczący biegacze mieszkali niżej, a nasi skoczkowie i tak mieli wynajęty dom gdzie indziej. W taki sposób zamieszkałam poza wioską.

Dobrze zaczęłam igrzyska, zajmując ósme miejsce w biegu łączonym. Byłam, jak na ten czas, w doskonałej formie. Na miesiąc przed igrzyskami stanęłam pierwszy raz na podium Pucharu Świata na 10 km klasykiem w Otepaeae. W Turynie też był ten dystans. Ten, który po latach w Soczi da mi olimpijskie złoto. Nie wytrzymałam psychicznie. Nie zjadłam śniadania, za to zjadły mnie nerwy. Przekroczyłam wszystkie możliwe granice. Wyjechałam się do zera. Straciłam przytomność w trakcie biegu.

Kilka następnych dni było koszmarnych. Mnóstwo badań. Słaby sprint, który na tej trasie nie mógł być lepszy. I najgorsze: perspektywa zakazu startu w biegu na 30 km, kończącym nasze igrzyska. Działacze chcieli mnie wycofać ze startu. Nie słuchali ani doktora Roberta Śmigielskiego, szefa naszej misji medycznej, ani trenera, ani mnie. Nie chcieli też ufać świetnym wynikom badań. Nalegali. Na szczęście doktor Śmigielski postawił na swoim, odmówił podpisu pod wycofaniem mnie.

Na 30 km stylem dowolnym biegłam wtedy pierwszy raz w życiu. Narty na bieg dostałam od austriackiej firmy (ona jeszcze we mnie wierzyła!) na dzień przed startem. Wtedy miałam do wyboru tylko trzy pary. Bez dobrych nart dobry wynik nie byłby możliwy. Byłam bardzo skupiona i przygotowana na ból. Dokładnie wiedziałam, co robić. Kilometr przed metą zaatakowałam. Zdobyłam brązowy medal. Mój pierwszy medal wielkich imprez.

Fot. Fot: Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Jak to smakowało? Wtedy - zadziwiająco zwyczajnie. Nie czułam się jakoś wyjątkowo szczęśliwa. Zrobiłam, co do mnie należało i chciałam stamtąd wyjechać. Ulgę i szczęście poczułam, gdy ruszyliśmy autem w drogę na kolejny Puchar Świata. Do Pragelato wróciłam rok później, by wystartować w Uniwersjadzie. Wtedy w pełni doceniłam wspaniałe miejsce, super trasy. A organizacja była doskonała.

Podoba mi się pomysł na igrzyska 2026, choć dojazdy będą wyzwaniem. Część sportowców będzie w Mediolanie. Część w Cortinie. Narciarstwo klasyczne w Val di Fiemme. Biathlon w Anterselvie. Alpejskie, snowboard i bliskie sercu narciarstwo wysokogórskie w miejscowych imprezowniach: Livigno i Bormio. Włosi nie chcieli marnować pieniędzy na stawianie nowych obiektów blisko Cortiny. Zmodernizowali to, co mieli, bo mieli dużo: w każdym z olimpijskich miejsc co roku organizują Puchary Świata. Zawodnicy znają te miejsca doskonale, miejscowy personel ma wszystko przećwiczone i czuje sport. W biegach wystarczyło odświeżyć stadion w Tesero, ten, na którym bitwy stoczą biegacze i ten, z którego tyle razy ruszałam na finałowy podbieg Tour de Ski na Alpe Cermis, po podia w PŚ, po srebro mistrzostw świata 2013. Każdy mocny zawodnik w niemal każdym sporcie na tych igrzyskach będzie miał to samo uczucie: startuję w miejscu, które już dobrze znam. Wiem, gdzie pójść na pyszną kawę, gdzie jest dobra knajpa. Jaka to jest odmiana po ostatnich igrzyskach w Chinach, gdzie każdy czuł się jak debiutant.

Nie dotrwałam do Chin. Ale przeżyłam Pjongczang, podobne igrzyska. Też zbudowane od zera, też w miejscu, do którego wielki sport rzadko zagląda. Igrzyska dyscypliny, ograniczeń w poruszaniu się, igrzyska bez kibiców, na jakimś okrutnym wygwizdowie.

Dziś wiem, że igrzyska w Pjongczangu nie powinny mi się zdarzyć. Ani sportowo, ani życiowo.

Dobrze, że olimpijska zima wróciła do Europy. I to w ukochane Dolomity. Cieszę się, że wracam na igrzyska. Przyjechałam do Cortiny z Eurosportem, w roli ekspertki. No jasne, że chciałabym być młodsza i znów wygrywać w Tesero, albo robić crossfit narciarski w Bormio, startując w narciarstwie wysokogórskim. Ale co zrobić. Pozostało mi już wymądrzanie się z kanapy. A i tak wymagało ode mnie zrobienia wysiłku, przekroczenia własnych granic. Ale pewnie na tym właśnie polega olimpizm. I pod tym względem każdy z nas jest olimpijczykiem.

Najtrudniejsze w tych igrzyskach jest już za mną. By napisać ten tekst, pierwszy raz od niespełna trzech lat otworzyłam laptop. Przez trzy lata był zatrzaśnięty na stronie, na której próbowałam zlokalizować Kacpra w okolicach Jungfrau. Nie sądziłam, że kiedykolwiek znajdę siłę, aby go znów otworzyć. Jak nie wierzyć w igrzyska?

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...