Nawet jeśli jego kryształowy niegdyś wizerunek ma dziś trochę rys, zaangażowanie Lukasa Podolskiego w transformację Górnika w klub na miarę XXI wieku budzi uznanie. Obrazki 41-letniego mistrza świata świętującego w koszulce Górnika Zabrze ostatnie trofeum w karierze byłyby jednak jednymi z najciekawszych, jakie może przynieść fabuła ligowej wiosny.
Najlepsze we wznowionym właśnie sezonie Ekstraklasy jest to, że dosłownie każde jego rozstrzygnięcie przyniesie historię do wspominania latami. Trudno teraz licytować, które byłoby najbardziej niezwykłe, ale w skali globalnej chyba najgłośniej byłoby o Ekstraklasie, gdyby mistrzem Polski został w 2026 roku Górnik Zabrze. W cieniu transferów Widzewa Łódź, aktywności pucharowiczów, czy mistrzostwa jesieni dla beniaminka, Górnik cały czas pracuje, by zagrać jak za dawnych lat. Ćwierćfinał Pucharu Polski, przy jednoczesnym trwaniu na podium Ekstraklasy, obiecuje wiosnę, jakiej większość kibiców śląskiego klubu nie widziała. 14-krotny mistrz ostatni raz ligę wygrał w 1988 roku, czyli w zupełnie innej epoce, nie tylko piłkarskiej. Ostatni Puchar Polski świętował w 1972 roku, a więc za głębokiej PRL. Po przemianach ustrojowych tylko raz skończył ligę na podium, ale i od tego minęły już 32 lata. Od ostatniego finału pucharu minie w tym roku ćwierć wieku. A w europejskich pucharach Górnik w ciągu trzech dekad pojawił się tylko raz.
Odbrązowienie wizerunku
To, że w Zabrzu są teraz widoki na dopisanie nowych rozdziałów bogatej historii klubu, wiąże się nieodłącznie z Lukasem Podolskim, który w czerwcu będzie świętował 41 lat. Do polskiej ligi trafiają w ostatnich latach coraz lepsi piłkarze z coraz bogatszymi życiorysami. Nikt jednak nie może równać się ani karierą klubową, ani reprezentacyjną, z mistrzem świata sprzed 12 lat. Jego obecność na polskich boiskach na tyle już wszystkim spowszedniała, że przestała zwracać uwagę. Można nawet odnieść wrażenie, że w skali ogólnopolskiej Podolski w ostatnich latach raczej stracił część sympatii, jaką cieszył się przez lata w kraju pochodzenia. Szybko okazało się, że nie należy do przyjemniaczków. Na boisku czasem mówi rywalom i sędziom niemiłe rzeczy. Bywa, że brutalnie fauluje, a potem niechętnie przeprasza. Przy zatrudnianiu i zwalnianiu trenerów Górnika nie zawsze jego rola jest krystalicznie czysta. Czasem ewidentnie się frustruje, czy to w stroju meczowym, czy w negocjacjach w sprawie prywatyzacji klubu. A zagraniami na murawie w ostatnim czasie zachwyca już rzadko. Jego rola w tym sezonie została przez trenera Michala Gasparika wyraźnie zmarginalizowana.
Wynika to głównie z faktu, że Podolski, choć w polskim futbolu głośno o nim już od dwóch dekad, gdy pojechał na Euro 2004 z reprezentacją Niemiec, zamiast grać w kadrze Pawła Janasa, był nad Wisłą znany głównie pobieżnie. Zwykle przychylnie przyjmowano, że gwiazda reprezentacji Niemiec nie wstydzi się mówić po polsku, w przeciwieństwie do mającego podobną historię Miroslava Klosego, kolegi z kadry. Zazwyczaj był uśmiechnięty i otwarcie nastawiony do polskich dziennikarzy i kibiców. Nawet gdy strzelał polskiej kadrze gola na wielkim turnieju, nie świętował go, by potem owijać się w polską flagę i podkreślać, że kibicuje Górnikowi, w którym chciałby kiedyś zagrać. To były tanie, ale miłe gesty, które budowały w Polsce jego rozpoznawalność i pozytywne skojarzenia. Niby wielka gwiazda, a jednak chłopak z sąsiedztwa.
Nieoczywista gwiazda
Podolski w Niemczech jest postrzegany niemal dokładnie tak samo, ale ważna różnica tkwi w detalach. Po pierwsze, też jest wielką gwiazdą. Ulrich Hesse, znany dziennikarz i pisarz, opowiadał mi kiedyś, jak na kolegium redakcyjnym piłkarskiego miesięcznika "11Freunde" z dnia na dzień umówił z Podolskim reportaż i sesję fotograficzną w Stambule, gdzie wówczas grał. Młodsi koledzy Hessego, z pokolenia mundialu w 2006 roku, czyli szczytu popularności Podolskiego, traktowali fakt, że można ot tak zadzwonić do takiej postaci, być z nią na ty i umówić się jak z kumplem na piwo w mieście, mniej więcej na równi z ustaleniem audiencji z papieżem, czy spotkania z amerykańskim prezydentem. Nawet na ludziach pracujących na co dzień ze znanymi ludźmi, łatwość umówienia się z postacią TAKIEGO kalibru, zrobiła wrażenie.
Bo to jest postać TAKIEGO kalibru. Co nie jest oczywiste w kraju, w którym żyje jednak trochę gwiazd sportu i futbolu, które osiągnęły od Podolskiego więcej. Owszem, jest mistrzem świata, ale ledwie jednym z 23. Do tego w Brazylii rozegrał łącznie 53 minuty i to tylko w fazie grupowej. Grał w Bayernie Monachium, ale go nie podbił. Ma mnóstwo występów i bramek w reprezentacji, ale nie najwięcej. Teoretycznie można sobie wyobrazić, że z takimi samymi osiągnięciami, w Polsce byłby traktowany jak wielka gwiazda, a w Niemczech jak jeden z wielu. To jednak nie z goli zrodziła się popularność Podolskiego, lecz właśnie z chropowatości, którą w Polsce odkryto, dopiero gdy tu zamieszkał.
Postać z minionej epoki
Podolski nigdy, odkąd pojawił się na piłkarskiej scenie, nie był zupą pomidorową, żeby wszyscy go lubili. Nie był ulubieńcem wszystkich. Był wśród rówieśników postacią z wcześniejszego pokolenia. Piłkarzy z jego roczników nazywa się w Niemczech generacją Lahmsteiger, od nazwisk jej flagowych postaci Philippa Lahma i Bastiana Schweinsteigera. Obaj byli wzorcami piłkarzy z XXI wieku. Nawet jeśli ten drugi wcale aż tak nie omijał kłopotów wizerunkowych, symbolizowali nowe. Nie byli skandalistami jak Stefan Effenberg. Playboyami jak Lothar Matthaeus. Budzącymi strach bestiami jak Oliver Kahn. Za to byli grzecznymi, sprawnie klecącymi zdania profesjonalistami, którzy wiedzą, jak się zachować i co zrobić, by uniknąć kłopotów. Byli liderami w szatni, z której zniknęła wojskowa fala, a pojawiły się płaskie hierarchie i cytaty motywacyjne. Podolskiemu często przypadała rola naturszczyka, który przebije lekko nadęty balon i przełoży sprawę na chłopski rozum.
Zawsze grywał i mówił trochę za ostro. Czasem kogoś zrugał, czasem odmachnął ręką albo odburknął w wywiadzie. To nie odkrycie ostatnich lat, czy gwiazdorzenie w Polsce. To element jego postaci. W ostatnim sezonie przed transferem do Bayernu, gdy miał 21 lat, strzelił dla Kolonii 12 goli, zaliczył siedem asyst i uzbierał dziewięć żółtych kartek, co w pełni oddaje jego sposób gry. Nie każdy ofensywny piłkarz, nawet w trakcie długiej kariery, zdołałby uzbierać aż 126 kartek. Robert Lewandowski jest tylko trochę młodszy, a ma ich o 30 mniej. Miroslav Klose karany był w ten sposób 78 razy. Ten typ tak ma i zawsze miał.
Konserwatyzm niemieckich trybun
W Niemczech, gdzie kibice piłkarscy są zdecydowanie bardziej konserwatywni niż gdziekolwiek w Europie, trafiło to na bardzo podatny grunt. Przy czym to specyficzny konserwatyzm. Nie obyczajowy, bo te kwestie na trybunach choćby w Polsce, przynajmniej deklaratywnie, są traktowane bardzo konserwatywnie, podczas gdy w Niemczech nie jest niczym dziwnym widzieć na trybunach najbardziej zagorzałych fanów tęczowe flagi, transparenty sprzeciwiające się rasizmowi, czy dyskryminacji.
W polskim futbolu jednocześnie króluje i królował od dawna dziki kapitalizm. Nikomu nie przeszkadza obecność klubów będących fanaberiami bogatych właścicieli jak dziś Bruk-Bet Termalica Nieciecza, czy Wieczysta Kraków, a kiedyś Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, czy Amica Wronki. Nie rozdzierano szat, gdy klubom z tradycjami sprzedawano nazwy, zmieniano barwy, czy herby, albo przenoszono je do innych miast. W Niemczech sam fakt rozgrywania jednego spotkania w kolejce w poniedziałki wywoływał tak dziki opór, że władze ligi w końcu się z tego wycofały. Kluby traktowane są jako dobra społeczne, prywatny inwestor nie może więc kupić większościowych pakietów ich akcji. Wszelkie przejawy komercjalizacji piłki przyjmowane są tam bardzo niechętnie i toczy się na ich temat zaciekłe debaty. Konserwatyzm niemieckiej piłki zawiera się w świętościach zawartych w haśle "Samstag, halb vier – Fussball, Bratwurst, Bier" ("Sobota, wpół do czwartej – piłka, kiełbaska, piwo").
Uliczny kopacz
Taka publika musiała pokochać znanego piłkarza, który nie mówił o półprzestrzeniach, lecz o tym, że "w piłce chodzi o to, by okrągłym trafić w kanciaste", a trenera Joachima Loewa, gdy nerwowo gmerał podczas meczów w okolicach intymnych, tłumaczył, że "każdy czasem drapie się po jajkach". Podolski ten wizerunek umiejętnie spieniężył, zakładając nawet markę odzieżową "Strassenkicker" ("Uliczny kopacz"), w której produktach często pokazuje się także w Polsce. W niemieckich dyskusjach o piłce programowo narzeka się, że brakuje "typów", czyli charakternych postaci z krwi i kości, które może i mają swoje za uszami, ale przynajmniej są autentyczne i mówią, co myślą. Cała kariera Podolskiego była odpowiedzią na tę tęsknotę. W Kolonii, której jest wychowankiem, przyniosła mu dozgonne uwielbienie. W innych miejscach po prostu szacunek i uznanie. Podobnym cieszyłby się pewnie Thomas Mueller, ale jemu nie ułatwiło zdobycia go to, że jest legendą akurat powszechnie nielubianego Bayernu. Podobnie jak Podolski był jednak chłopakiem z sąsiedztwa. Ale nie takim, który zawsze mówił dzień dobry i uprzejmie się ukłonił. Raczej rodzajem dobrego zbója. Urwis z osiedla, ale z błyskiem w oku. Filmowego "badassa" – postaci odrobinę złej, lecz takiej, której się kibicuje.
Z tej perspektywy, warto nie dać się zwieść pojedynczym wybrykom, jakie przyniosła obecność Podolskiego w Zabrzu, a skupić się na większej całości. Kiedy podpisywał kontrakt z Górnikiem, można było sądzić, że w ten sposób niechętnie realizuje wielokrotnie złożone publicznie przyrzeczenie, żeby nikt się go nie czepiał. Sugerowano zresztą, że zamiast trenować, będzie brał udział w niemieckich programach telewizyjnych, a na wyjazdy wcale nie będzie chciało mu się jeździć. Po pięciu latach spędzonych w Polsce i rozegraniu przeszło stu meczów w różnych zakątkach polskiej ligi można te podejrzenia włożyć między bajki. Podolski nie przemknął przez Polskę, by za chwilę znów wieść wygodne życie w jakiejś cieplejszej, ładniejszej i lepiej płatnej okolicy. Przypomina raczej bohatera programów telewizyjnych podejmującego się jakiegoś trudnego albo budzącego odrazę zadania, wymagającego zanurzenia się w błocie po uszy. Taki był bowiem z perspektywy mistrza świata, byłego gracza Bayernu, Interu, czy Arsenalu, krajobraz miejskiej studni bez dna, klubu zarządzanego przez ówczesną prezydent miasta zwaną pieszczotliwie "Carycą", jakim był do niedawna Górnik.
Gra o ostatni sukces
To, że zorientowawszy się w sytuacji, nie uciekł, tylko spróbował krok po kroku wyciągnąć zasłużony klub z bagna, zasługuje na największy szacunek.
Nie wszystko, co dziś w Zabrzu działa dobrze, pojawiło się wraz z Podolskim. Nie wszystko, co się pojawiło, jest wyłącznie jego zasługą. I nie wszystko jest dobre. Widząc jednak Górnik, grający na wreszcie domkniętym nowoczesnym stadionie, przy pełnych i rozśpiewanych trybunach, walczący o najważniejsze trofea w Polsce, promujący młodzież i zarabiający na wyszukiwanych w Europie zawodnikach, trudno nie zauważyć pozytywnej zmiany, jaka tam zaszła. Proces wyrywania klubu z rąk miasta jest frustrująco długi i wielu, nawet jeśli postanowiłoby wziąć na siebie liczne problemy Górnika, w końcu machnęłoby ręką. Podolski jednak, jeśli już się w Zabrzu pojawił, chce pomóc. A skoro ma się za coś zabrać, to porządnie. Jeśli kiedyś zdoła zrobić z tej polskiej legendy dobrze działający klub na miarę XXI wieku, Podolski będzie dla Zabrza postacią pomnikową.
To będzie proces rozłożony na lata, który, jeśli prywatyzacja w końcu się powiedzie, będzie go zaprzątał już po karierze. Nie tylko w pełni poukładane i całkowicie zdrowe organizacyjnie kluby sięgają jednak po trofea. Zanim więc to nastąpi, Podolski może po prostu dać Zabrzu i okolicy wyczekiwane chwile triumfu. Obrazki 41-letniego Lukasa Podolskiego świętującego w koszulce Górnika Zabrze ósme trofeum w kończącej się karierze byłyby jednymi z najciekawszych, jakie może przynieść fabuła ligowej wiosny. I na pewno poniosłyby się po wszystkich miejscach świata, w których chłopak z Kolonii kopał kiedyś piłkę. Bo przecież wszyscy lubią, gdy urwis z osiedla na końcu odnosi sukces.