Zakończona faza zasadnicza Ligi Mistrzów potwierdza, że piłka nożna zatoczyła koło. Narodziła się w Anglii, stamtąd ruszyła na podbój świata i właśnie tam wróciła. Superliga, której założeniem było rywalizowanie przez światowe potęgi tydzień w tydzień z innymi światowymi potęgami, istnieje. Toczy się pod szyldem Premier League.
Obowiązujący drugi sezon format Ligi Mistrzów narodził się z rewolty, do jakiej doszło w europejskiej piłce w kwietniu 2021 roku. Kilkanaście globalnych piłkarskich marek powołało wówczas do życia Superligę niezależną od UEFA. Burzliwe godziny, pełne protestów w obronie lig krajowych, połączonych z groźbami europejskiej federacji wobec buntowników, ujawniły, że projekt w rzeczywistości był kompletnie nieprzygotowany. Większość klubów, napotkawszy opór, rakiem się z niego wycofała. UEFA nie mogła jednak udawać, że nie widzi niezadowolenia największych. Zaproponowała więc nowy format flagowych rozgrywek klubowych. Z większą liczbą meczów. Z większą pulą miejsc dla klubów z najbogatszych lig. Z częstszymi bezpośrednimi starciami największych potęg, ale też z szerszym marginesem błędu (przez pięć miesięcy gra toczy się o wyeliminowanie 12 z 36 uczestników, wcześniej 16 z 32 odpadało już po czterech miesiącach).
Przed pięcioma laty najbardziej zainteresowane powstaniem Superligi i zreformowaniem europejskiej piłki były kluby z południa Europy, zwłaszcza Hiszpanii, podczas gdy w Anglii podchodzono do niej ostrożniej. Tam problemu z brakiem konkurencji i rzadkim mierzeniem się z gigantami nie mają, bo Premier League gigantami jest naszpikowana, a niemal każda kolejka przynosi jakiś wielki hit. Może nie ma w Anglii tak sztandarowego starcia jak El Clasico Realu z Barceloną. Nie brak jednak elektryzujących rywalizacji w obrębie tzw. Big Six. Trwający sezon potwierdza na razie, że Anglicy nie potrzebowali nowej, rewolucyjnej superligi. Mają przecież taką w domu.
Anglia i cała reszta
Do jesiennej rywalizacji w europejskiej elicie przystąpiło aż sześć angielskich klubów. Pięć po ostatniej styczniowej kolejce znalazło się w czołowej ósemce, dającej bezpośredni awans do 1/8 finału. Do kompletu zabrakło jedynie Newcastle, które do ostatniej kolejki biło się o awans do najlepszych. Z 24 pozostających w Lidze Mistrzów zespołów, 25 proc. to kluby Premier League. Najsilniejszy w piłce klubowej kraj Europy ma w grze dwa razy więcej klubów niż pozostałe ligi tradycyjnie zaliczane do tzw. top 5.
Premier League, Serie A, Bundesligę, Ligue 1 i La Ligę przedstawia się często jako spójną grupę trzymającą władzę we współczesnej europejskiej piłce. Jesień wyraźnie pokazała jednak ich wewnętrzne pęknięcia. W praktyce jest Premier League, a dalej cała reszta. Kontynent nie nadąża za angielską elitą, której przedstawiciele w starciach z innymi rywalami z lig top 5 zdobyli 70 proc. możliwych punktów. Drużyny Liverpoolu i Arsenalu wygrały wszystkie możliwe starcia z zespołami z czołowych lig kontynentu, mimo że mierzyły się z teoretycznie trudnymi rywalami jak Bayern Monachium czy Real Madryt. Tottenham, w lidze angielskiej dołujący, w Europie należał do czołówki. Także dlatego, że w ostatnich dwóch kolejkach przedstawiciele Bundesligi nie postawili mu żadnego oporu. Jedynie Newcastle w rywalizacji z drużynami z kontynentu było wyraźnie na minusie, zdobywając w tych meczach ledwie pięć na piętnaście możliwych punktów.
Trzeci szereg bliżej drugiego
Co zaskakujące, bilanse Premier League z klubami z pozostałych lig, czyli teoretycznie słabszych od top 5, wyglądają niemal identycznie. W starciach z nimi Anglicy zdobyli ponad 75 proc. możliwego dorobku. Pojedyncze głośne wpadki, w rodzaju porażek Manchesteru City z Bodo/Glimt, czy Liverpoolu z PSV Eindhoven, nie wpływają na ogólny obraz, w którym dziewięć na trzynaście klubów ze słabszych kontynentalnych lig grających z drużynami z Premier League, przegrało z nimi wszystkie mecze. Nie jest jednak tak, że ekipy z Belgii, Holandii, Portugalii, czy Turcji radziły sobie w starciach z Anglikami wyraźnie gorzej niż czołowe zespoły z Niemiec, Hiszpanii, Francji, czy Włoch. Oba bilanse wyglądają równie mizernie.
Miniona jesień sugeruje wręcz, że najsilniejsze drużyny słabszych krajów zbliżyły się poziomem do czołowych drużyn z lig top 5. Portugalczycy mają w najlepszej szesnastce tyle samo drużyn, ile Francuzi. Dwie ekipy hiszpańskie (Villarreal i Athletic) oraz po jednej niemieckiej (Eintracht), francuskiej (Marsylia) i włoskiej (Napoli; mistrz!) pożegnały się z rozgrywkami już po pierwszej fazie. Bilans lig top 5 – bez Anglii – z resztą kontynentu wcale nie ukazuje przepaści, jaka jest między Anglikami a pozostałymi silnymi ligami. Kluby z lig top 5 zdobyły z resztą świata niespełna 66 proc. możliwych punktów. Czyli są na plusie, ale nie aż tak wielkim.
Cztery kontynentalne superkluby
Da się znaleźć kilka przypadków, w których to właśnie trafianie na rywali z konkretnych grup europejskiej piłki okazywało się kluczowe dla pozycji w tabeli. Sensacyjnym uczestnikiem 1/8 finału bez konieczności gry w barażach został portugalski Sporting. W jego terminarzu zwraca jednak uwagę, że aż sześć z ośmiu meczów rozegrał z drużynami z lig top 5 niebędących Anglią. Zdobył w nich ponad połowę możliwych punktów. Pozostałe dołożył w starciach z innymi drużynami ze słabszych lig. Ani razu nie mierzył się jednak z nikim z Anglii. Tym bardziej należy w tym kontekście docenić wyczyn debiutantów z Bodo/Glimt. Norwegowie grali z Anglikami dwa razy, a na Tottenhamie i Manchesterze City zdołali zdobyć cztery punkty. To obok Paris Saint-Germain i Bayeru Leverkusen jedyna drużyna w Europie, która na Anglikach więcej zdobyła, niż straciła.
Jeszcze ciekawiej mapa klubowej piłki wygląda jednak, jeśli uznać, że europejską elitę stanowią obecnie, oprócz klubów Premier League, tylko superkluby z Paryża, Monachium, Madrytu i Barcelony. Ich siłę trudno traktować jako reprezentatywną dla lig, w których grają. Inaczej jest we Włoszech, gdzie brak jednego hegemona, co roku w ostatnich latach zmienia się mistrz, a siła nabywcza czołowych klubów jest w miarę zbliżona. Barcelona, Real, PSG i Bayern przerastają jednak ligi, w których na co dzień grają. I w ostatnich latach tylko one były w stanie rywalizować w Lidze Mistrzów z klubami z Anglii.
Równie bezradni wobec Anglii
Przez półtorej dekady, od 2011 roku, najważniejsze rozgrywki w Europie zawsze wygrywał albo jakiś angielski gigant, albo ktoś z tego kwartetu. Ostatni triumf kogoś spoza tych kategorii przypadł na 2010 rok i wygraną Interu Mediolan. Nieliczne angielskie porażki w obecnej edycji to też zwykle zasługa pojedynczych kontynentalnych gigantów. Bayern pewnie ograł u siebie Chelsea, PSG jako jedyne w stawce pokonało Tottenham, Barcelona ograła Newcastle. Już jednak Real dwa razy przyjeżdżał jesienią na Wyspy Brytyjskie i dwa razy przegrywał.
Gdyby jednak wykluczyć dorobek PSG, Realu, Barcelony i Bayernu z ogólnej puli zdobytej przez kluby z lig top 5, okazałoby się, że zarówno one, jak i drużyny ze słabszych lig, sięgnęły z Anglikami tylko po 19 proc. możliwych punktów. Z kolei w bezpośrednich starciach kluby z innych części Europy sięgnęły po niemal 40 proc. możliwego do wzięcia dorobku. Jeśli w Lidze Mistrzów gra nadal zaskakująco wiele klubów ze słabszych lig, jeśli w gronie najlepszych 24 jest Karabach, a nie ma Napoli, jest Benfica, a nie ma Marsylii, jest Bodo/Glimt, a nie ma Athleticu, jest Brugia, a nie ma Eintrachtu, to dowód, że trzeci szereg zbliżył się do drugiego, od którego z kolei mocniej odsunął się pierwszy. Siedem z 24 pozostających w grze drużyn stanowią kluby z lig spoza top 5. To o jedną więcej niż przed rokiem. Dziś jednak są rozłożone bardziej równomiernie. Przedstawicieli w elicie wciąż mają m.in. Norwegowie, Azerowie, Turcy, czy Grecy. Najsilniejszy przed rokiem klub z tej grupy (PSV Eindhoven) zajął 14. miejsce. Tym razem Sporting skończył siedem pozycji wyżej.
Przeciętniejący ruch oporu
Najpierw kluby Premier League dominowały tylko finansowo, ale Europa wciąż miała trenerów, szkolenie i skauting, które pozwalały ogrywać Anglików w Lidze Mistrzów. Mniej więcej w połowie poprzedniej dekady kluby Premier League wydrenowały kontynent również z najtęższych trenerskich głów. O ile jeszcze w 2014 roku Thomas Tuchel, Pep Guardiola i Juergen Klopp pracowali jednocześnie w Bundeslidze, o tyle kilka lat później wszyscy przenieśli się do Anglii. Renomowani trenerzy hiszpańscy, jak Unai Emery, czy włoscy, zaczęli obejmować brytyjskich średniaków. Do Anglii zaczęli też przenosić się szefowie skautów i dyrektorzy sportowi z całej Europy. To domknęło system, w którym Anglia nie tylko miała najwięcej pieniędzy, ale też najlepsze know-how. W połączeniu z poprawą szkolenia na miejscu, Premier League stała się nieuchwytna dla reszty świata.
Ta z kolei systematycznie podupadała. O ile jeszcze kilka lat temu Borussię Dortmund czy Atletico, przy sprzyjających okolicznościach, można było traktować jako kandydatów do finałów, jedni i drudzy sprzeciętnieli. Momenty rewelacyjnej gry miewały Atalanta Bergamo, Bayer Leverkusen, Lipsk, Monaco, czy Olympique Lyon, ale i one przestały być drużynami zdolnymi rzucić wyzwanie największym. Jeśli ktoś spoza kwartetu PSG, Bayern, Barcelona, Real ma dojść daleko w Lidze Mistrzów, to najprędzej Inter, uznawany wtedy za rewelację sezonu. Bo już nie Juventus, który przez całe dekady potrafił być niewygodny dla każdego. Ani Milan, nie tak dawna kontynentalna potęga, która ostatnio z rzadka w ogóle pojawia się w Lidze Mistrzów. Ośrodków zdolnych postawić się angielskiej hegemonii jest na mapie coraz mniej.
Piłka zatoczyła koło
Boisko potwierdza więc trendy, które od jakiegoś czasu widać już w matematycznych tabelach. Czytanie w rankingu Elo, że pięć z dziesięciu i dziesięć z dwudziestu najsilniejszych klubów świata pochodzi z Premier League, a drużyny pokroju Brighton, Brentord czy Bournemouth są na poziomie zbliżonym do Juventusu, czy Borussii Dortmund, może sprawiać wrażenie przeceniania siły angielskich klubów przez algorytmy. Gdy jednak piłka zaczyna się toczyć, coraz częściej okazuje się, że tak właśnie wygląda europejska hierarchia trzeciej dekady XXI wieku. Gdyby UEFA nie stosowała parytetów geograficznych i wpuszczała do Ligi Mistrzów 36 faktycznie najsilniejszych klubów kontynentu, grałoby w niej szesnaście klubów z Premier League, które w fazie pucharowej stanowiłyby większość.
Superliga, której założeniem było rywalizowanie przez światowe potęgi tydzień w tydzień z innymi światowymi potęgami, istnieje. Toczy się pod szyldem Premier League. Kryterium tego, co dziś w europejskiej piłce uchodzi za zaskakujące, można więc znacząco uprościć: niespodzianką jest każdy mecz angielskiego klubu z zagranicznym rywalem, którego nie wygrywa przedstawiciel Premier League. Futbol przez minione sto lat zatoczył więc zaskakujące koło. Historia jego rozwoju to najpierw rozprzestrzenianie się wiedzy o tej dyscyplinie z Wysp Brytyjskich na resztę świata, później dekady bolesnego odkrywania przez Anglików, że peryferia przerosły centrum, a wreszcie w ostatnich latach triumfalny powrót piłki do domu.