Widzew Łódź wydał tej zimy niemal tyle, ile wszystkie hiszpańskie kluby razem wzięte. To efekt słów jego właściciela, który stwierdził, że nie interesuje go potencjał sprzedażowy piłkarzy, tylko to, ile mogą dać drużynie tu i teraz. W dzisiejszym futbolu trudno jednak w ten sposób osiągnąć sukces.
Robert Dobrzycki lawinę uruchomił w listopadzie. W programie Liga+ Extra w Canal+ właściciel Widzewa zasugerował, że Mindaugas Nikolicius, poprzedni dyrektor sportowy jego klubu, niedostatecznie zrozumiał jego wizję. Litwin ściągał bowiem w lecie piłkarzy z potencjałem sprzedażowym, czyli młodych i rozwojowych. Jego natomiast interesuje wynik tu i teraz. Wszystko, co Widzew robi na rynku transferowym w zimie, trzeba interpretować przez pryzmat tamtych słów. W Łodzi płacą dziś za piłkarzy więcej niż ktokolwiek w historii polskiej ligi. W kilka tygodni ustanowili dwa rekordy transferowe Ekstraklasy (Osman Bukari za 5,5, Emil Kornvig za 3,5 mln euro). Ściągnęli z zagranicy aktualnego reprezentanta Polski (Bartłomiej Drągowski) i szybko poszli po kolejnego (Przemysław Wiśniewski). Wyciągnęli uczestnika bieżącej edycji Ligi Mistrzów (Lucas Lerager). Wydali niemal tyle, ile wszystkie kluby La Liga razem wzięte (Widzew 11,2 mln euro, cała La Liga 12,7; stan na 28 stycznia).
Można sobie jednak wyobrazić, że kupowanie młodych i rozwojowych piłkarzy wcale nie świadczyło tym, że były dyrektor sportowy nie rozumiał wizji właściciela, lecz o tym, że rozumiał, jak współcześnie wygląda droga do sukcesów. Model, do którego odwoływał się Dobrzycki, z powodzeniem zastosował 30 lat wcześniej Bogusław Cupiał, budując potęgę Wisły Kraków. On też w jednym okienku zimowym ściągnął tabuny wysokiej klasy zawodników. Reprezentantów Polski, gwiazdy ligi, Polaków z zagranicy. Jeszcze w tym samym sezonie przesunął się z 13. miejsca na podium. Rok później po dwóch dekadach odzyskał mistrzostwo. I kontynuując politykę zalewania rynku pieniędzmi, zbudował najbardziej utytułowany polski zespół w XXI wieku.
"Galacticos" Pereza
W czasach Cupiała nie było w tym nic dziwnego także w skali międzynarodowej. Cupiałem Europy był Florentino Perez, prezes Realu Madryt, który w podobnym czasie wymarzył sobie zmieszczenie w jednej szatni wszystkich najlepszych piłkarzy świata. Z dzisiejszej perspektywy trudno uwierzyć, że gdy Wisła Cupiała trafiała w eliminacjach Ligi Mistrzów na Real Pereza, u rywali jednocześnie biegali po boisku Ronaldo, Luis Figo, Zinedine Zidane, David Beckham, Roberto Carlos, Iker Casillas i Raul Gonzalez, czyli największe globalne gwiazdy epoki. Mniej więcej wtedy był ostatni moment w historii futbolu, gdy jeden klub był w stanie zassać zdecydowaną większość talentu z całego rynku.
Realia zmieniły się wszędzie jednocześnie. Wiecznie dłużna Realowi nie mogła pozostać Barcelona, więc zrobiła wszystko, by kolejna globalna megagwiazda trafiła do niej. Wokół Ronaldinho zbudowała zespół, który wygrał Ligę Mistrzów. Roman Abramowicz, rosyjski oligarcha, kupił Chelsea, zalewając rynek pieniędzmi. Wkrótce na Wyspach Brytyjskich pojawili się szejkowie ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, budujący w Manchesterze City Barcelonę północy. A w Paryżu piłkarskie soft power zaczęli demonstrować Katarczycy. W podobnym czasie amerykańska rodzina kupiła Manchester United. Krajobraz właścicielski światowego futbolu zmienił się bezpowrotnie.
Pieniądze nie kupują przewagi
Pionierzy przyciągali naśladowców. Kolejni oligarchowie zaczęli kupować europejskie kluby. Coraz więcej amerykańskich miliarderów inwestowało w futbol. Gorsza od Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich nie mogła pozostać Arabia Saudyjska, więc i ona kupiła klub Premier League. Kwoty transferowe poszybowały na niewidziane poziomy. Pieniądze, które 20 lat wcześniej pozwalały Perezowi mieć Zidane’a, czyli najlepszego piłkarza świata, dziś wystarczają do kupienia nieźle rokującego napastnika. Nie ma możliwości, by w jednej szatni zgromadzić tyle gotowych gwiazd, ile grało w pierwszym "Galacticos". A nawet, gdy komuś uda się, bijąc wszelkie rekordy transferowe, na chwilę zmieścić w jednej szatni Leo Messiego, Neymara i Kyliana Mbappe, zamiast przepisu na sukces, otrzyma przepis na sportową katastrofę.
W tym sensie na globalnym rynku pieniądze przestały być przewagą konkurencyjną. Są oczywiście warunkiem sine qua non osiągnięcia sukcesów, ale niczego nie gwarantują. Dzisiejszy futbol jest pełen bardzo bogatych klubów, co pół roku wydających horrendalne pieniądze, których nie potrafią przetopić na puchary. Z drugiej strony, najlepsze drużyny udało się Perezowi zbudować w Madrycie, dopiero gdy zaczął kupować piłkarzy świetnych, ale niekoniecznie najlepszych. Viniciusa Juniora, dziś jednego z najlepszych piłkarzy świata, sprowadził prosto z Flamengo Rio De Janeiro, a Rodrygo z Santosu. Toniego Kroosa zgarnął przed dekadą, bo w Bayernie Monachium nie chcieli mu dać podwyżki. Deana Huijsena wyciągnął z Bournemouth. Nawet płacąc sto milionów euro za Jude’a Bellinghama, kupował dopiero kandydata na globalną gwiazdę, nie gotowy produkt. Nadal oczywiście raz na kilka lat „Królewscy" sięgną po kogoś w stylu Kyliana Mbappe, czyli współczesny odpowiednik Ronaldo. Ale to dziś już wisienka na torcie, nie sam tort.
Różne drogi na Zachód
Przykłady można mnożyć. Luis Enrique wygrał dla Paris Saint-Germain pierwszą Ligę Mistrzów po tym, jak pozbył się gotowych produktów, a wraz z dyrektorem sportowym złożył zespół młodszy i bardziej głodny niż w przeszłości. Za czołową drużynę świata uchodzi dziś Arsenal Mikela Artety, w którym pełno jest doskonałych piłkarzy, ale niewiele gwiazd walczących o Złotą Piłkę. Królewskim transferem Bayernu okazało się kupienie Michaela Olise z Crystal Palace, Manchester City zbudował dynastię wokół Kevina De Bruyne wyrwanego z Wolfsburga, a Juergen Klopp złotą jedenastkę zbudował w Liverpoolu, kupując piłkarzy, którzy na światowy szczyt mieli wejść dopiero z nim. Nawet w wąskiej elicie nie przestał liczyć się spryt, pomysł, dobra polityka transferowa, ręka do trenerów. Nawet Real nie może już dziś powiedzieć, że nie potrzebuje skautingu, bo jeśli ktoś okaże się godny gry na Santiago Bernabeu, najwyżej kupi go wtedy.
Wielkie pieniądze rozłożone na wiele różnych ośrodków europejskich nie krążą w próżni. Podbiły też kwoty transferowe między średniakami największych lig, a także poza nimi. Doprowadziło to do sytuacji, że polskie kluby, które 30 lat temu, albo sprzedałyby zawodnika Cupiałowi, albo nie sprzedałyby nikomu, na każdego zdolnego piłkarza zaczęły też mieć ofertę z zagranicy. W czasach Cupiała do silnych i klubów zagranicznych wyjeżdżało się jeszcze zwykle przez najsilniejszy polski klub. Nawet Cupiał musiał od czasu do czasu pożegnać się z gwiazdami w rodzaju Macieja Żurawskiego, Tomasza Frankowskiego, czy Kamila Kosowskiego, ale dopiero, gdy osiągnęli już dość zaawansowany wiek i mieli pełne gabloty. W nowych realiach przystanek pośredni w Wiśle, Legii Warszawa, czy później Lechu Poznań przestał być niezbędny. Pięciu z sześciu najwyżej wycenianych dziś polskich piłkarzy nigdy nie grało w Ekstraklasie. Wielu reprezentantów wyjeżdżało na Zachód z Zagłębia, Jagiellonii, Pogoni, czy Cracovii. Większość za kwoty, jakich polskie kluby do dziś nie płacą. Rynek wewnętrzny na lata praktycznie z tego powodu zamarł.
Dywersyfikacja przychodów
Ostatnie lata przyniosły pewną zmianę, którą obecność Dobrzyckiego potęguje. Ale ani on, ani jemu podobni, kijem Wisły nie zawrócą. Nie sposób dziś tak zasypać rynku pieniędzmi, by zgromadzić w Łodzi wszystkich najlepszych piłkarzy ligi, jak przed laty zrobił Cupiał. Polskie kluby stoją dziś na zupełnie innych fundamentach niż wówczas. W latach 90. pieniądze właściciela były właściwie jedynym źródłem, którym można było zrobić różnicę. Dziś kluby grające na 40-tysięcznikach są w stanie zarabiać na dniu meczowym realne pieniądze. Na początku XXI wieku gra w Wiśle była dla polskiego piłkarza praktycznie jedyną szansą, by pokazać się w europejskich pucharach. Dziś przez całą jesień grały w pucharach cztery polskie kluby, a w ostatnich latach trzy różne dochodziły do ćwierćfinałów. To daje nie tylko ekspozycję zawodnikom, ale też klubom możliwość czerpania premii z UEFA. Wreszcie to, że dziś na zachód prowadzi wiele dróg, pozwala klubom sprzedawać talenty bezpośrednio tam. Jagiellonia może nie mieć właściciela równie bogatego, jak Widzew, ale dwa lata z rzędu grając w europejskich pucharach i sprzedając wychowanka za 10 milionów euro, ma środki, by zabezpieczyć interesy. Na przykład oprzeć się ewentualnym zakusom Widzewa.
Dariusz Adamczuk, nowy dyrektor sportowy łódzkiego klubu, mówił w "Przeglądzie Sportowym", że on również odbił się tej zimy od wielu piłkarzy, którzy nie mieli ochoty przyjeżdżać do polskiej ligi. Mimo wszystko, transfery, które udało się przeprowadzić, na papierze wyglądają imponująco. Tyle że nie gwarantują w ligowych warunkach kompletnie niczego. Praktycznie wszyscy w lidze mają już rozbudowane sztaby trenerskie i skautingowe, korzystają z nowoczesnych narzędzi i mają zbudowane siatki kontaktów. Wiele klubów trenuje już w znacznie lepszych warunkach niż Widzew i gra na większych stadionach. Nawet mając pieniądze, Widzew musi więc mieć pomysł i know-how, by je pokonać.
Lepienie gwiazd
Środki, którymi dysponuje, na pewno zwiększają margines błędu i pozwalają sięgać na trochę wyższą półkę zawodników. Ale o ile inwestycje Cupiała musiały przynieść korzyść, patrząc, jak wyglądała jego wewnętrzna konkurencja, o tyle inwestycje Dobrzyckiego takiej gwarancji nie dają. Kluby takie jak Lech, Raków, czy Jagiellonia od lat potrafią iść w podobnym, spójnym kierunku. Legia, która w ostatnich latach wydała na transfery najwięcej, przeciwnie. Ale ją też trzeba wciąż brać pod uwagę jako konkurenta. Po coraz lepszych piłkarzy sięga Pogoń. A ewentualne pojawienie się w lidze Wieczystej Kraków jeszcze podbije finansową konkurencję. W skali mikro dzieje się to, co wydarzyło się już w skali makro: pieniądze stają się warunkiem niezbędnym, by myśleć o sukcesach, ale przestają być ich gwarancją.
To dlatego nawet kluby, które nie przestały chcieć wyniku na już, zostały zmuszone do kupowania coraz młodszych i coraz bardziej rozwojowych piłkarzy. Zgromadzenie w jednej szatni jedenastki gwiazd jest dziś możliwe tylko, gdy większość z nich kupi się, zanim zostaną gwiazdami. Manchester City chce wyniku na już, ale średnia wieku jego jedenastki to w tym sezonie ledwie 25,5, a tylko nieliczni członkowie podstawowego składu zostali kupieni, jak Gianluigi Donnarumma, z innych klubów aspirujących do wygrania Ligi Mistrzów. Większość zrekrutowano półkę niżej, w Dortmundach, Lipskach i Benficach tego świata, albo wychowano samemu. PSG gra piłkarzami przeciętnie młodszymi niż 24 lata, Barcelona i Real wystawiają najmłodsze jedenastki w lidze hiszpańskiej. Nie dlatego, że myślą o sprzedawaniu i zarabianiu na transferach. Ale dlatego, by szczyt możliwości piłkarzy przypadł akurat na występy w ich koszulkach.
Rozwój wraz z piłkarzami
Dobrym przykładem trudności z budowaniem klubu na gotowych piłkarzach jest RB Lipsk. Dziś klub Red Bulla może się kojarzyć z ekskluzywnym butikiem dla najbogatszych klubów świata, z którego Barcelona bierze Daniego Olmo, Manchester City Josko Gvardiola, a Manchester United Benjamina Seskę. Półtorej dekady temu jednak, gdy w Lipsku wznoszono klub od zera, cele były jak najbardziej sportowe. Koncern, który zarabia na sprzedawaniu napojów energetycznych, nie chciał uczynić z futbolu nowej gałęzi przychodów, lecz globalny nośnik marketingowy. Im silniejszy klub udałoby się zbudować, tym lepiej dla popytu na puszki. Dietrich Mateschitz, nieżyjący już właściciel koncernu, zabrał się do futbolu tak, jak zabiera się każdy bogaty człowiek: od przepłacenia konkurencji i ściągnięciu tak znanych nazwisk, jakie tylko mu nie odmówią. Z podstarzałymi emerytami, którzy jego klubu nie traktowali poważnie, bo co mieli osiągnąć w karierze, osiągnęli już gdzie indziej, utknął już w IV lidze, gdzie spędził aż trzy sezony. Gdyby dalej tak działał, nie byłby osiem lat później w półfinale Ligi Mistrzów.
Doświadczeniem formatywnym dla piłkarskich projektów Red Bulla okazało się spotkanie z trenerem Ralfem Rangnickiem, głównym rewolucjonistą niemieckiego futbolu, który uświadomił austriackiemu miliarderowi, że pieniądze powinien wydawać zupełnie inaczej. Odpuścić emerytów chcących podpisać ostatni kontrakt życia. Zamiast tego ściągnąć do siebie największe talenty, jakie tylko uda się zebrać i naturalnie podczepić projekt pod ich rozwój. Rangnick stworzył siatkę skautingu, dzięki któremu talenty z różnych stron świata zaczęły grać dla Mateschitza, zanim rozwinęły się tak mocno, że szły dalej, robiąc miejsce dla jeszcze większych talentów. Przez stajnię Red Bulla przewinęły się w tym czasie takie postaci jak Sadio Mane, Erling Haaland, Dani Olmo, Dominik Szoboszlai, czy Dayot Upamecano. Ich obecność nigdy nie była jednak celem samym w sobie. Stanowiła dla klubu z mniejszym stadionem, mniejszymi strukturami i mniejszą liczbą fanów drogę do rywalizacji z Bayernem i Borussią Dortmund o czołowe miejsca w Niemczech i występy w Lidze Mistrzów.
Podobna półka
W przypadku Widzewa, który w lecie kupował głównie młodych piłkarzy i ma w tym sezonie jedną z najniższych średnich wieku w Ekstraklasie, dołożenie w połowie rozgrywek trochę doświadczenia w postaci Lucasa Leragera, Bartłomieja Drągowskiego, Osmana Bukariego, czy Carlosa Isaaca może mieć sens. Ale tylko doraźnie, by zabezpieczyć interesy w tym sezonie. Pamiętając jednak, jak trudno dziś ściągnąć do Polski gotowych zawodników, którzy przerosną ligę. Pięć albo 3,5 miliona euro to wprawdzie rekordy transferowe Ekstraklasy, ale nie przebite o kilka długości, co pozwoliłoby sądzić, że do Polski trafią zawodnicy, jakich nigdy tu nie było. Leonardo Koutris z Pogoni był kiedyś wyceniany na sześć milionów euro, Bartosz Kapustka z Legii na siedem, a Ruben Vinagre na dziesięć. Jeśli Lech wykupi z Celticu Luisa Palmę, będzie musiał zapłacić cztery. Pogoń sięga właśnie po Attilę Szalaia, za którego trzy lata temu płacono prawie 13 milionów. Rekordy rosną, bo rosną kwoty transferowe w całej Europie. Ale to wciąż obracanie się w kręgu zawodników, jakich szukają też Lech, Legia, czy Raków, a nie sięganie do niedostępnych im galaktyk.
Michała Probierza, gdy pracował w Cracovii, pytano, dlaczego jego klub przeprowadza głównie darmowe transfery, zamiast płacić, jak inni marzący o czołowych miejscach, po milionie euro. Odparł, że zawodnika za milion od darmowego różni tylko moment przeprowadzenia transferu – jednemu już wygasł kontrakt, drugiemu jeszcze nie – ale niekoniecznie piłkarska klasa. Kilka lat później podobne dylematy mieli w Lechu, gdy zastanawiali się, czy piłkarz za dwa miliony euro przerośnie ligę na tyle, by uzasadnić wydanie takiej kwoty. W lecie Legia przekonała się, że napastnik za trzy miliony euro w może być w Ekstraklasie niewypałem. Widzew teraz tę granicę do pięciu milionów, ale niewykluczone, że odpowiedź będzie taka sama jak wcześniej. Że to też nie gwarantuje sukcesu.
Najdroższe pomyłki
Widać to zresztą po liście dziesięciu najdroższych transferów w historii futbolu. Są tam wyłącznie transfery przekraczające 120 milionów euro. Część, jak Aleksander Isak czy Florian Wirtz kupieni w lecie przez Liverpool za 145 i 125 milionów, jeszcze może okazać się strzałami w dziesiątkę. Zasadniczo jednak niewiele z nich było w pełni udanych. Neymar w Paryżu, Ousmane Dembele, czy Philippe Coutinho w Barcelonie, Joao Felix w Atletico, Eden Hazard w Realu. Teoretycznie nic tu nie miało prawa się nie udać. Wielkie pieniądze, zweryfikowani zawodnicy. Kupowanie gotowej jakości na już. Nawet jednak na tym poziomie okazuje się, że wysoka kwota odstępnego niczego nie gwarantuje. Trudno kupić dobrego zawodnika, nie mając pieniędzy. Ale sam fakt wydania dużych pieniędzy nie oznacza, że kupiło się właściwych zawodników.