To nie tak, że polska szkoła bramkarska przestała rodzić talenty. Ale na tej trudnej pozycji droga do światowej klasy jest wyjątkowo wyboista. A w ciągu ostatniego półtora roku, odkąd reprezentacyjną karierę zakończył Wojciech Szczęsny, żaden z kandydatów nie dorósł do roli jego naturalnego następcy.
Retoryczne pytanie: "Ale że Dudka nie wzięli na mundial?" już od dwóch dekad służy za zaproszenie do small talku albo kontynuację wymuszonej rozmowy, która ewidentnie się nie klei. Już dawno weszło do powszechnego użycia. To, że akurat ono wykroczyło poza jedynie piłkarski słownik, dowodzi, że debaty o obsadzie reprezentacyjnej bramki to nic nowego. Po prawdzie jednak przynajmniej w XXI wieku były to tematy zastępcze. Można było rozprawiać o minimalnych przewagach jednego kandydata nad innym, ale zazwyczaj były to kłopoty bogactwa. I nawet, jeśli z jakiegoś powodu trzeba było odwołać pierwotny wybór, nic złego się nie działo. Od Jerzego Dudka kończącego kluczowy mecz eliminacji mistrzostw świata 2002 w Oslo za kontuzjowanego Adama Matyska, przez Przemysława Tytonia, wskakującego w miejsce Wojciecha Szczęsnego na Euro 2012, po wszystkie lata, kiedy Łukasz Fabiański, teoretycznie rezerwowy, okazywał się nie gorszy niż domniemany numer jeden, polska bramka zawsze była w bezpiecznych rękach.
W tym sensie rezygnacja Szczęsnego z gry w kadrze po Euro 2024 wydawała się nie zmieniać aż tak wiele. Owszem, schodziła ze sceny wybitna postać, która całe życie spędziła w wielkich europejskich markach, ale w przedbiegach czekało już kilku kolejnych startujących do udanych międzynarodowych karier. Radosław Majecki był numerem 1 w Monaco, Marcin Bułka robił furorę w Nicei, Kamil Grabara, w którym sam Szczęsny widział największy talent, przeprowadzał się wreszcie do czołowej ligi Europy. A wciąż był jeszcze przecież Łukasz Skorupski, trochę od nich starszy i przez lata niedoceniany. W razie potrzeby wydawał się idealnym kandydatem na okres przejściowy, nim ktoś z młodszego pokolenia wysforuje się na naturalny numer jeden.
Bolonia najsilniejszym klubem z Polakiem w bramce
Wciąż niewykluczone, że sprawy jeszcze tak się potoczą. Ale aktualnie, na dwa miesiące przed barażami o mistrzostwa świata i pięć miesięcy przed ewentualnym mundialem, kłopoty bogactwa na tej pozycji są znacznie mniejsze niż zwykle. O ile przyzwyczailiśmy się, że o miejsce w bramce rywalizują zwykle bramkarz czołowego klubu świata (Szczęsny) z bramkarzami średnich klubów z czołowych lig (Fabiański, Boruc, Tytoń, Drągowski, Gikiewicz itp.), o tyle dziś Polska wydaje się mocniej zabezpieczona pod względem liczby bramkarzy zasługujących na powołanie do szerokiej kadry niż na wstawienie między słupki.
Skorupski przez lata w rywalizacji ze Szczęsnym i Fabiańskim był tym trzecim. Nie tylko ze względu na mniejsze umiejętności, ale też klub, który nikomu nie działał na wyobraźnię. Szczęsny zdobywał trofea, bił się w europejskich pucharach. Fabiański wyrobił sobie renomę w najmocniejszej lidze świata. Skorupski natomiast spędził karierę we włoskim średniaku, który nie wyściubiał zwykle nosa do europejskich pucharów. Dziś jednak jedynym polskim bramkarzem broniącym regularnie w Lidze Mistrzów jest Mateusz Kochalski z Karabachu, który na co dzień rywalizuje w słabej lidze azerskiej. Dlatego Bolonia Skorupskiego to najsilniejszy klub, w którym polski bramkarz jest dziś jedynką. Zwłaszcza że z Polakiem w bramce zrobiła postęp. Przed rokiem występował z nią w Lidze Mistrzów, wiosną zdobył pierwsze trofeum i teraz rywalizuje w Lidze Europy. Jego zespół notowany jest wśród 50 najlepszych na świecie.
Przesiedziana kariera Bułki
O ile Skorupski niespektakularnie, ale systematycznie rósł ze swoim klubem w międzynarodowej hierarchii, o tyle kilku jego młodszych konkurentów systematycznie w niej spadało. 22-letni Drągowski był numerem jeden Fiorentiny, co dawało nadzieję na zrobienie naprawdę wielkiej kariery. Od tego czasu regularnie zmieniał jednak kluby na słabsze. Jako 25-latek wciąż był jedynką, ale już w Spezii. Jako 27-latek w Panathinaikosie. Półtora roku później jest już w Widzewie Łódź. Bardzo ambitnym, w dynamicznie rosnącej Ekstraklasie. Ale jednak kto trzy lata temu był podstawowym bramkarzem w Serie A, raczej nie marzył o Ekstraklasie.
Pogmatwała się też kariera Marcina Bułki, która na razie układa się przedziwnie. W ciągu 10 lat od wyjazdu z Polski zdołał rozegrać tylko 105 meczów w pierwszych drużynach w piłce klubowej, co daje mizerną średnią 10,5 meczu na sezon. W wieku 24 lat miał na koncie ledwie 26 meczów w seniorskiej piłce. Gdy wreszcie został numerem jeden Nicei, od razu zrobił furorę i po rozegraniu dwóch pełnych sezonów ponownie był przymierzany do klubów z najwyższej półki, ale już jako pierwszy wybór. Wyjechał jednak do Arabii Saudyjskiej reprezentować klub z poziomu polskiej I ligi, by krótko po podpisaniu kontraktu zerwać więzadła krzyżowe i stracić kolejny sezon. Finansowo swoje pięć minut w piłce Bułka wycisnął do maksimum. Ale to naprawdę było tylko pięć minut.
Gra w kratkę Majeckiego
Nie tak spektakularnie, ale do bramki w silnym francuskim klubie dobił się też Radosław Majecki. Dwa pierwsze lata w Monaco przyniosły mu tylko jedenaście występów, ale wypożyczenie do klubu filialnego w Belgii, gdzie świetnie bronił przez cały sezon, poprawiło jego pozycję w hierarchii. Po powrocie do księstwa zaczął poważnie rywalizować o miejsce między słupkami. Wiosną 2024 roku wreszcie mógł się poczuć pierwszym bramkarzem Monaco, by chwilę później wypaść z powodu kontuzji. Po niej grał już w kratkę. Nie tylko jeśli chodzi o liczbę minut, ale też o poziom występów. Ponownie zszedł więc niżej, do Stade Brest, by ugruntować pozycję w Ligue 1. Po listopadowej kontuzji na razie nie wrócił jednak do bramki. Choć jest już zdrowy, ogląda ostatnie występy drużyny z ławki rezerwowych. On również od Euro 2024 nie tylko nie uczynił w karierze postępu, ale wręcz zanotował regres. Ostatni raz powołanie do kadry dostał cztery lata temu.
To dlatego, gdy Jan Urban przejął we wrześniu reprezentację Polski i w rywalizacji o miejsce w bramce zaczęły się liczyć tylko czynniki sportowe, a nie niechęć Michała Probierza do pracy z silnymi charakterami, jednym z głównych pretendentów do miejsca między słupkami stał się Grabara. Choć jego kariera zaczęła się podobnie do tej Bułki, czyli od wyjazdu jako nastolatek do globalnego superklubu, już jako senior bramkarz ze Śląska budował ją kompletnie inaczej. Odkąd skończył 20 lat, nadrzędnym celem stały się minuty spędzone na boisku.
Systematyczny postęp Grabary
W ich poszukiwaniu odszedł z Liverpoolu na wypożyczenie do Huddersfield. To dla nich wyjechał do duńskiego Aarhus. Zmiana klubu na lokalnego potentata z Kopenhagi dała szansę debiutu w Lidze Mistrzów. Przejście do VfL Wolfsburg, średniaka Bundesligi, obiecywało w miarę bezbolesne przejście do czołowej ligi Europy. Jak Drągowski systematycznie schodził coraz niżej, tak Grabara co kilka lat się piął. W efekcie ma już ćwierć tysiąca meczów w seniorskiej piłce. To 151 (!) więcej niż jego rówieśnik Bułka, który wyjechał z Polski w podobnym wieku. W przeliczeniu to około czterech sezonów większego doświadczenia.
Grabarze, dzięki wspinaczce szczebel po szczeblu, udało się coś, czego dokonywali w przeszłości tylko nieliczni polscy bramkarze – transfer do klubu z ligi top 5 w roli pierwszego bramkarza. Nawet późniejsi giganci, jak Szczęsny, Boruc, czy Fabiański, musieli w Anglii czy Włoszech poczekać na szansę. Rafał Gikiewicz zrobił w Niemczech karierę, ale przebijał się przez drugą ligę, by później w pierwszej przez dwa sezony być rezerwowym. Podobnie wcześniej Tomasz Kuszczak potrzebował sezonu w Premier League, by wygrać rywalizację w West Bromwich Albion i wypromować się do Manchesteru United. Współcześni też zawsze musieli uzbroić się w cierpliwość. Trzeba by się cofnąć o dekadę do Przemysława Tytonia, który po występach w Holandii trafił do La Liga jako numer jeden, by znaleźć ostatniego takiego polskiego bramkarza. Wcześniejszym, który to osiągnął, był kolejną dekadę wcześniej Jerzy Dudek po transferze z Feyenoordu do Liverpoolu.
Niezły wśród słabych
Grabara powoli musi jednak zacząć uważać, by spokojne tempo budowania jego kariery nie okazało się za wolne. Jako 27-latek, wciąż ma przed sobą potencjalnie dekadę gry na najwyższym poziomie. Jednocześnie jednak im będzie starszy, tym mniej chętnie duże kluby będą na niego wykładać pieniądze. Choć trafił do ligowego średniaka, kwota transferu była, jak na tę pozycję, okazała. 13,5 miliona euro, jakie Wolfsburg zapłacił Kopenhadze, oznaczało, że w historii Bundesligi tylko Manuel Neuer z Bayernu Monachium i Gregor Kobel z Borussii Dortmund kosztowali więcej. To z jednej strony wzmacniało od razu jego pozycję, ale z drugiej windowało oczekiwania oraz cenę ewentualnej sprzedaży. Kto będzie chciał wykupić go z obowiązującego jeszcze dwa i pół roku kontraktu, będzie musiał dać "Wilkom" zarobić.
Debiutancki sezon Grabary w Niemczech przebiegł w dużej mierze modelowo. Utrzymał przez całe rozgrywki pozycję numer jeden, był wyraźnie na plusie, jeśli chodzi o statystyki potencjalnych goli, przed którymi udało się mu ochronić zespół. Obecnie jednak, choć wciąż zbiera dobre recenzje, trudno mówić o kroku naprzód. Jego drużyna należy do najsłabszych i najgorzej broniących w lidze, co z jednej strony daje bramkarzowi okazję wykazania się, z drugiej często pozostawia go bezradnym. Jak w niedawnym meczu z Bayernem, przegranym przez VfL 1:8. Polaka można było obwinić tylko za jedno trafienie, ale żaden bramkarz puszczający osiem goli nie może być z siebie zadowolony. Szczegółowe statystyki sugerują obniżkę formy 27-latka, który tym razem jest na minusie i puścił według modeli dwie bramki więcej, niż powinien.
Szeroka ligowa czołówka
W prestiżowych rankingach pozycyjnych publikowanych co pół roku przez "Kicker" Grabarze i tak przypisano za jesień czwarte miejsce w lidze z tytułem "klasa krajowa". To powrót do stanu z debiutanckiej rundy w Niemczech, po tym, jak wiosną nie załapał się w ogóle do zestawienia. Pod względem średniej not jest najlepszym piłkarzem beznadziejnej drużyny i drugim wśród wszystkich bramkarzy. Należy więc do szeroko pojętej ligowej czołówki na pozycji, ale nie do wąskiej szpicy, której transfer do klubu z najwyższej półki byłby tylko kwestią czasu. Na dziś wcale nie wyróżnia się aż tak bardzo, by było jasne, że ktoś w lecie wyrwie go z Wolfsburga.
Jego drużyna na pewno po raz kolejny nie awansuje do europejskich pucharów, o jakichkolwiek trofeach nie wspominając. Nie można zresztą przesądzać, że się utrzyma. A historia pełna jest piłkarzy, którzy pełnię talentu pokazali dopiero po wyjeździe z Wolfsburga. Do przykładów zaliczają się choćby Omar Marmoush z Manchesteru City, czy Victor Osimhen z Galatasaray albo Jakub Kamiński, który w Kolonii wyrósł na jednego z najciekawszych skrzydłowych ligi, a w Wolfsburgu marniał z każdym miesiącem. O ile dla Grabary wybranie tego klubu na rozpoczęcie kariery w Niemczech było optymalne, o tyle pozostanie tam zbyt długo, może mu szkodzić.
Szansa dla Ekstraklasy
Urban we wrześniu i w październiku wybrał więc Skorupskiego, który w kadrze nie tylko zwykle nie zawodzi, ale też dzięki świetnej grze na linii, potrafi zachwycić. Grabara wydaje się bramkarzem bardziej wszechstronnym, lepszym na przedpolu i w grze nogami, a przez to mającym większe szanse na wylądowanie kiedyś w naprawdę dużym klubie. Bramkarz Bolonii zawsze miał w tych elementach większe deficyty, ale i on zrobił w tych elementach duży postęp. Inaczej nie utrzymałby się jako numer jeden najpierw u Thiago Motty, a później u Vincenzo Italiano, czyli trenerów myślących ofensywnie i opierających się na budowaniu akcji od tyłu. On jednak również musi teraz walczyć pozycję w klubowej hierarchii. Po kontuzji, która wykluczyła go z listopadowego zgrupowania kadry, przesiedział ostatnio dwa mecze ligowe na ławce. To, że trener wprowadził go jednak do gry w Lidze Europy, daje nadzieję, że to był tylko etap czekania na pełny powrót do formy. Jeśli tak będzie i Skorupski faktycznie wkrótce zacznie bronić także w lidze, będzie miał dość czasu, by przed marcowym zgrupowaniem złapać rytm i stanąć do walki z Grabarą.
O ile jednak przez lata trzy pierwsze miejsca przy powołaniach do reprezentacji były zarezerwowane dla bramkarzy z lig top 5, a najlepsi w Ekstraklasie jeździli na kadrę tylko po nauki, teraz można się spodziewać zmiany. Oprócz Grabary i Skorupskiego, Polacy broniący w najsilniejszych klubach to dziś Kochalski z Karabachu, Bartosz Mrozek z Lecha, Oliwier Zych lub Kacper Trelowski z Rakowa Częstochowa. Kilka lat temu transfer do Widzewa zamykałby Drągowskiemu drogę do kadry. Dziś, jeśli zostanie wiosną czołowym bramkarzem Ekstraklasy, będzie miał pełne prawo myśleć o byciu trójką w kadrze. Tak, jak był, broniąc w Panathinaikosie.
Daleko od klasy światowej
Obniżenie pozycji polskich bramkarzy w światowej hierarchii widać na podstawie wartości rynkowych Transfermarkt.de. Bułka, jako wciąż najwyżej wyceniany polski bramkarz, zajmuje 28. miejsce na świecie. Wyżej są przedstawiciele nie tylko największych piłkarskich nacji, ale też Ukrainiec, Gruzin, Irlandczyk, Słoweniec i aż trzech Serbów. Wiedząc, że Bułka i tak jest niedostępny, a Urban nie powołał go z Arabii Saudyjskiej nawet zdrowego, trzeba by jednak raczej patrzeć na Grabarę, który jest wyceniany na 52. miejscu na świecie. Wyżej notowanych bramkarzy mają dziś Duńczycy, Grecy, Rosjanie, Turcy, Kameruńczycy, czy Czesi.
To nie tak, że tzw. polska szkoła bramkarska przestała wydawać na świat kolejne talenty, bo nawet w Ekstraklasie widać ciekawych młodych kandydatów do zagranicznych transferów. To jednak na tyle specyficzna i trudna pozycja, że modelowej kariery nie sposób zaplanować, a różnice pomiędzy bramkarzami dobrymi, bardzo dobrymi i wybitnymi są często mikroskopijne. Mimo że kariery kilku ciekawych polskich bramkarzy w ciągu ostatniego półtora roku nie potoczyły się po ich myśli i aktualnie żadnego Polaka nie można przypisać do półki "klasa światowa", którą przez lata zapewniał Wojciech Szczęsny, selekcjoner wciąż może wzdychać, że chciałby mieć podobne problemy na każdej pozycji.