Bartosz Kurek: Jasne, że się pod tym podpisuję. Dlatego, że sport w pigułce pozwala przeżyć wiele skrajnych emocji, doświadczyć skrajnych relacji, potrafi zmusić nas do tego, żebyśmy nie polegali wyłącznie na sobie, ale też zaufali innym – trenerowi w dyscyplinach indywidualnych i trenerowi oraz kolegom w dyscyplinach drużynowych. Sport szybko uczy odpowiedzialności. Brak sumiennego treningu i sumiennego wykonywania poleceń trenera daje momentalnie lekcję. Bardzo ważną – taką, że olewatorskie podejście do niczego nie prowadzi.
- Może nie było aż tak, że w naszym domu wszystko się kręciło wokół sportu, ale na pewno sport stanowił ważną część życia naszej rodziny. Z jednej strony to na pewno było dobre dla kariery, jaką zrobiłem – dorastanie w takim domu zdecydowanie pomogło. Z drugiej strony – od najmłodszych lat widziałem nie tylko blaski, ale i cienie sportu. Mam na myśli to, że zawodnicy, których widzimy co jakiś czas przez dwie godziny na boisku, mają swoje codziennie życie prywatne i nierzadko do tego życia zabierają jakieś smutki czy niepowodzenia ze sportu. W sumie od dziecka uczyłem się, że odpowiednia higiena mentalna pozwala poukładać sobie życie prywatne tak, żeby znaleźć wśród bliskich wsparcie i dzięki temu też lepiej sobie radzić.
- Miałem to szczęście, że w szkołach do których uczęszczałem, lekcje wf-u, a więc pierwsze kontakty ze sportem, były bardzo rozbudowane. Nauczyciele starali się nam pokazywać jak najwięcej dyscyplin sportu. Czasami nawet nas zmuszali, żebyśmy popróbowali różnych rzeczy i znaleźli tę, która będzie dla nas najbardziej odpowiednia, a może nawet zamieni się w pasję. Wiadomo, że nie wszystkie moje koleżanki i nie wszyscy moi koledzy zostali profesjonalnymi sportowcami, ale wiem, że kontakt z wieloma dyscyplinami sportu im się przydał. Wiem, że ci koledzy, z którymi wciąż mam kontakt, w czasie prywatnym cały czas lubią organizować sobie aktywności fizyczne.
- Myślę, że byłem całkiem niezły jak na dzieciaka w tenisie stołowym, że nieźle radziłem sobie też w tenisie ziemnym. Ale to nigdy nie były profesjonalne lekcje, to było tylko takie granie wypoczynkowe. I nadal je lubię. Choć teraz czas wolny od siatkówki staram się spędzać aktywnie raczej jeżdżąc na rowerze czy biegając, niż uprawiając jakieś inne dyscypliny. Te dwie aktywności, w sumie podstawowe, są tak fajne, że naprawdę można z nich uczynić pasję w swoim życiu.
- Czyli nie pomyliłem się, podkreślając, jakie miałem szczęście, że trafiłem na naprawdę zaangażowanych nauczycieli.
- Pod tym względem czasy się bardzo zmieniły – w moich szkolnych latach zwolnienia były czymś sporadycznym. Dla mnie iść na wf to była czysta przyjemność. I oczywiście razem z kolegami szukałem aktywności fizycznej jeszcze poza strukturami zorganizowanymi. Teraz dzieci mają bardzo dużo rozpraszaczy. Oferta zajęć pozalekcyjnych jest bardzo szeroka, a do tego dochodzą jeszcze telefony, tablety i komputery, które dzieciakom zabierają bardzo dużą część wolnego czasu. Dzieciaki są poprzykuwane do ekranów. Dlatego trzeba pilnie zadbać o ofertę sportową w szkołach i w ośrodkach sportowych. Ta oferta musi być bardzo, bardzo atrakcyjna. Możliwe, że nigdy nie będzie aż tak atrakcyjna, jak szybki strzał dopaminy z telefonu czy z tabletu, ale myślę, że może być naprawdę na tyle atrakcyjna, żeby mnóstwo dzieciaków jednak zatrzymać na halach gimnastycznych, na Orlikach i na innych obiektach.
- O 16 lat.
- Oczywiście. I właśnie mój brat jest dobrym przykładem tego, że nie trzeba iść tymi samymi, utartymi ścieżkami, że można sobie znaleźć swój własny sposób na życie, na przyszłość.
- On jest na początku drogi wchodzenia w dorosłość, a już bardzo dobrze sobie radzi. Z daleka - z miejsc, w których grałem i mieszkałem jako siatkarz – obserwowałem, jak dorastał i może nie to, że mu współczułem, ale widziałem, ile rzeczy świat ma teraz do zaoferowania dziecku i jak bardzo przez to potrafi rozproszyć uwagę dziecka. Może to dobrze, może niedobrze, ale ja miałem głównie sport, swoich rówieśników, boisko, lekcje wf-u i zajęcia w drużynie. A brat miał dużo, dużo większy wybór różnych opcji. On sobie bardzo dobrze poradził, ale widzę, że dużo innych dzieciaków nie ma sprecyzowanych celów, nie ma wybranych dróg, którymi będą podążać przez życie.
- Tak, u nas w rodzinie naprawdę ciężko byłoby nie uprawiać sportu, nawet tak czysto amatorsko.
- Uwierz, że bardzo rozbudowane są tam grupy młodzieżowe. W klubie, w którym grałem, bardzo dbano o to, żeby zachęcać dzieci do aktywności i żeby łowić je do nas. Do tego są oczywiście potrzebne pieniądze i odpowiednio zmotywowana kadra pracownicza. Ale to jest świetna inwestycja. Japończycy naprawdę bardzo mocno stawiają na aktywność fizyczną i widziałem, z jak wieloma innymi sportami o uwagę dzieciaków musi walczyć siatkówka. My jako zawodnicy byliśmy zaangażowani do promowania siatkówki. Naszym zadaniem było ściąganie jak największej liczby chętnych do trenowania.
- Tak. Może to nie było bardzo częste, ale co jakiś czas jeździliśmy i wtedy to nie było tak, że wpadliśmy do jakiejś jednej szkoły, tylko klub starał się objechać jak najwięcej placówek i najpierw do tych wyjazdów się świetnie przygotowywał. Zawsze staraliśmy się docierać nie tylko do dzieci i nie tylko je przekonywać, że siatkówka to fajny sport, ale też zapraszaliśmy rodziców. Oni dostawali informacje, jakie korzyści daje sport, konkretnie siatkówka. To jest bardzo ważne, żeby impuls do treningów wychodził też od rodziców. To bardzo ułatwia sprawę, jeżeli rodzice wspierają i zachęcają dzieci do sportu, a nie zdają się tylko na trenera i na to, że dziecko chce.
- To była mniej więcej setka dzieciaków. Przestrzał wiekowy od pięciu-siedmiu lat i gier i zabaw z piłką siatkową aż do chłopaków, którzy grali w juniorskiej, japońskiej lidze, do nastolatków. W klubie cały czas zapełnione były wszystkie grupy dziecięce i juniorskie. To jest super, bo to gwarantuje, że jako klub uczestniczymy w wychowywaniu fajnego, sprawnego społeczeństwa, które się uczy współpracy w grupie, a też gwarantujemy sobie stały dopływ świeżych talentów do pierwszego zespołu.
- Nie ma, na pewno. U nas struktura organizacyjna jest trochę inna i kluby profesjonalne koncentrują się raczej na tym, żeby być atrakcyjnym produktem reklamowym i atrakcyjnym produktem sportowym, jeśli chodzi o wyniki pierwszych zespołów. My piramidę szkoleniową tworzymy w innych miejscach – u nas jej podstawy budujemy w szkołach i w małych, lokalnych klubach. Dlatego dobrze by było, gdyby te szkoły i te kluby były jak najmocniej, jak najlepiej wspierane w zachęcaniu młodzieży do aktywności fizycznej.