Bartosz Kurek jeździł po japońskich przedszkolach i teraz dobrze radzi. "Widziałem"

Dawno temu Bartosz Kurek w popularnej reklamie mówił młodszemu o 16 lat bratu: "Ty możesz zostać kimkolwiek chcesz!". Teraz jeden z najlepszych siatkarzy świata ma ważne przesłanie do wszystkich polskich dzieci, ich rodziców i nauczycieli. - Olewatorskie podejście do niczego nie prowadzi - słyszymy od wicemistrza olimpijskiego.
Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl

Łukasz Jachimiak: „Sport to szkoła życia" – wiem, że się pod tym zdaniem podpisujesz. Ale dlaczego?

Bartosz Kurek: Jasne, że się pod tym podpisuję. Dlatego, że sport w pigułce pozwala przeżyć wiele skrajnych emocji, doświadczyć skrajnych relacji, potrafi zmusić nas do tego, żebyśmy nie polegali wyłącznie na sobie, ale też zaufali innym – trenerowi w dyscyplinach indywidualnych i trenerowi oraz kolegom w dyscyplinach drużynowych. Sport szybko uczy odpowiedzialności. Brak sumiennego treningu i sumiennego wykonywania poleceń trenera daje momentalnie lekcję. Bardzo ważną – taką, że olewatorskie podejście do niczego nie prowadzi.

Zobacz wideo Kurek dostał pytanie o kolejne igrzyska. Ależ niespodzianka. "Nieśmiertelni"

Tobie przechodzić sportową szkołę życia było o tyle łatwiej – albo trudniej, to zaraz sam powiesz – że twój tata był świetnym sportowcem, reprezentantem Polski w siatkówce. I chyba nawet twoje najstarsze wspomnienia są takie, że sport jest ważny, że twój rodzinny dom wokół sportu się kręci?

- Może nie było aż tak, że w naszym domu wszystko się kręciło wokół sportu, ale na pewno sport stanowił ważną część życia naszej rodziny. Z jednej strony to na pewno było dobre dla kariery, jaką zrobiłem – dorastanie w takim domu zdecydowanie pomogło.  Z drugiej strony – od najmłodszych lat widziałem nie tylko blaski, ale i cienie sportu. Mam na myśli to, że zawodnicy, których widzimy co jakiś czas przez dwie godziny na boisku, mają swoje codziennie życie prywatne i nierzadko do tego życia zabierają jakieś smutki czy niepowodzenia ze sportu. W sumie od dziecka uczyłem się, że odpowiednia higiena mentalna pozwala poukładać sobie życie prywatne tak, żeby znaleźć wśród bliskich wsparcie i dzięki temu też lepiej sobie radzić.

Wiem, że poza siatkówką trenowałeś koszykówkę. Generalnie lubiłeś każdy sport i on był dla ciebie naturalnym, najlepszym pomysłem na spędzanie wolnego czasu?

- Miałem to szczęście, że w szkołach do których uczęszczałem, lekcje wf-u, a więc pierwsze kontakty ze sportem, były bardzo rozbudowane. Nauczyciele starali się nam pokazywać jak najwięcej dyscyplin sportu. Czasami nawet nas zmuszali, żebyśmy popróbowali różnych rzeczy i znaleźli tę, która będzie dla nas najbardziej odpowiednia, a może nawet zamieni się w pasję. Wiadomo, że nie wszystkie moje koleżanki i nie wszyscy moi koledzy zostali profesjonalnymi sportowcami, ale wiem, że kontakt z wieloma dyscyplinami sportu im się przydał. Wiem, że ci koledzy, z którymi wciąż mam kontakt, w czasie prywatnym cały czas lubią organizować sobie aktywności fizyczne.

W czym jeszcze poza siatką i koszem byłeś dobry?

- Myślę, że byłem całkiem niezły jak na dzieciaka w tenisie stołowym, że nieźle radziłem sobie też w tenisie ziemnym. Ale to nigdy nie były profesjonalne lekcje, to było tylko takie granie wypoczynkowe. I nadal je lubię. Choć teraz czas wolny od siatkówki staram się spędzać aktywnie raczej jeżdżąc na rowerze czy biegając, niż uprawiając jakieś inne dyscypliny. Te dwie aktywności, w sumie podstawowe, są tak fajne, że naprawdę można z nich uczynić pasję w swoim życiu.

Zazdroszczę ci tych nauczycieli pokazujących różne sporty. Mój nauczyciel z podstawówki w czwartej klasie pokazał nam skok wzwyż i był pod wrażeniem, że wyrównałem rekord szkoły należący do chłopaka z siódmej klasy, a drugi raz dał mi poskakać, gdy byłem w ósmej klasie. Wiesz z jakim efektem? Na zawodach międzyszkolnych skoczyłem tyle samo, co cztery lata wcześniej. I słuchałem zdziwienia czy nawet pretensji nauczyciela, że nie zrobiłem postępu.

- Czyli nie pomyliłem się, podkreślając, jakie miałem szczęście, że trafiłem na naprawdę zaangażowanych nauczycieli.

A ja się zastanawiam, jak wielu jest zaangażowanych nauczycieli obecnie. I na ile z braku zaangażowania nauczycieli wynika plaga zwolnień z lekcji wf-u. Wiesz, że jesteśmy pod tym względem w europejskiej czołówce, bo aż 30 proc. uczniów podstawówek na wf-ie nie ćwiczy?

- Pod tym względem czasy się bardzo zmieniły – w moich szkolnych latach zwolnienia były czymś sporadycznym. Dla mnie iść na wf to była czysta przyjemność. I oczywiście razem z kolegami szukałem aktywności fizycznej jeszcze poza strukturami zorganizowanymi. Teraz dzieci mają bardzo dużo rozpraszaczy. Oferta zajęć pozalekcyjnych jest bardzo szeroka, a do tego dochodzą jeszcze telefony, tablety i komputery, które dzieciakom zabierają bardzo dużą część wolnego czasu. Dzieciaki są poprzykuwane do ekranów. Dlatego trzeba pilnie zadbać o ofertę sportową w szkołach i w ośrodkach sportowych. Ta oferta musi być bardzo, bardzo atrakcyjna. Możliwe, że nigdy nie będzie aż tak atrakcyjna, jak szybki strzał dopaminy z telefonu czy z tabletu, ale myślę, że może być naprawdę na tyle atrakcyjna, żeby mnóstwo dzieciaków jednak zatrzymać na halach gimnastycznych, na Orlikach i na innych obiektach.

Masz dużo młodszego brata – o ile lat?

- O 16 lat.

Widzisz wielkie różnice między wami, jeśli chodzi o warunki, w jakich się wychowywaliście?

- Oczywiście. I właśnie mój brat jest dobrym przykładem tego, że nie trzeba iść tymi samymi, utartymi ścieżkami, że można sobie znaleźć swój własny sposób na życie, na przyszłość.

Posłuchał cię, gdy w reklamie, w której wspólnie zagraliście w 2012 roku, mówiłeś mu, że może być kim chce!

- On jest na początku drogi wchodzenia w dorosłość, a już bardzo dobrze sobie radzi. Z daleka - z miejsc, w których grałem i mieszkałem jako siatkarz – obserwowałem, jak dorastał i może nie to, że mu współczułem, ale widziałem, ile rzeczy świat ma teraz do zaoferowania dziecku i jak bardzo przez to potrafi rozproszyć uwagę dziecka. Może to dobrze, może niedobrze, ale ja miałem głównie sport, swoich rówieśników, boisko, lekcje wf-u i zajęcia w drużynie. A brat miał dużo, dużo większy wybór różnych opcji. On sobie bardzo dobrze poradził, ale widzę, że dużo innych dzieciaków nie ma sprecyzowanych celów, nie ma wybranych dróg, którymi będą podążać przez życie.

Jest tak, że twój brat nie został sportowcem, ale sport – jako zdrowe hobby – jest obecny w jego życiu?

- Tak, u nas w rodzinie naprawdę ciężko byłoby nie uprawiać sportu, nawet tak czysto amatorsko.

Kiedy powiedziałeś, że dorastanie brata obserwowałeś z różnych miejsc, w których grałeś, to od razu przyszło mi do głowy, że szczególnie jestem ciekaw twoich obserwacji, ale dorastania japońskich dzieci. One mają pewnie jeszcze więcej możliwości i przeróżnych bodźców niż dzieciaki w Polsce, powiedz więc proszę, jak tam sport walczy o ich uwagę.

- Uwierz, że bardzo rozbudowane są tam grupy młodzieżowe. W klubie, w którym grałem, bardzo dbano o to, żeby zachęcać dzieci do aktywności i żeby łowić je do nas. Do tego są oczywiście potrzebne pieniądze i odpowiednio zmotywowana kadra pracownicza. Ale to jest świetna inwestycja. Japończycy naprawdę bardzo mocno stawiają na aktywność fizyczną i widziałem, z jak wieloma innymi sportami o uwagę dzieciaków musi walczyć siatkówka. My jako zawodnicy byliśmy zaangażowani do promowania siatkówki. Naszym zadaniem było ściąganie jak największej liczby chętnych do trenowania.

Czyli wizyty w szkołach i przedszkolach to były raczej akcje cykliczne niż jednorazowa sprawa?

- Tak. Może to nie było bardzo częste, ale co jakiś czas jeździliśmy i wtedy to nie było tak, że wpadliśmy do jakiejś jednej szkoły, tylko klub starał się objechać jak najwięcej placówek i najpierw do tych wyjazdów się świetnie przygotowywał. Zawsze staraliśmy się docierać nie tylko do dzieci i nie tylko je przekonywać, że siatkówka to fajny sport, ale też zapraszaliśmy rodziców. Oni dostawali informacje, jakie korzyści daje sport, konkretnie siatkówka. To jest bardzo ważne, żeby impuls do treningów wychodził też od rodziców. To bardzo ułatwia sprawę, jeżeli rodzice wspierają i zachęcają dzieci do sportu, a nie zdają się tylko na trenera i na to, że dziecko chce.

Orientujesz się, ile dzieciaków regularnie trenowało w Wolf Dogs Nagoya, gdy tam grałeś?

- To była mniej więcej setka dzieciaków. Przestrzał wiekowy od pięciu-siedmiu lat i gier i zabaw z piłką siatkową aż do chłopaków, którzy grali w juniorskiej, japońskiej lidze, do nastolatków. W klubie cały czas zapełnione były wszystkie grupy dziecięce i juniorskie. To jest super, bo to gwarantuje, że jako klub uczestniczymy w wychowywaniu fajnego, sprawnego społeczeństwa, które się uczy współpracy w grupie, a też gwarantujemy sobie stały dopływ świeżych talentów do pierwszego zespołu.

W polskim sporcie siatkówka ze swoim systemem jest wzorem dla innych dyscyplin, ale u nas nie ma klubu, który miałby kilka drużyn dziecięcych i młodzieżowych i tym bardziej nie ma klubu, w którym stale trenowałaby setka dzieciaków, prawda?

- Nie ma, na pewno. U nas struktura organizacyjna jest trochę inna i kluby profesjonalne koncentrują się raczej na tym, żeby być atrakcyjnym produktem reklamowym i atrakcyjnym produktem sportowym, jeśli chodzi o wyniki pierwszych zespołów. My piramidę szkoleniową tworzymy w innych miejscach – u nas jej podstawy budujemy w szkołach i w małych, lokalnych klubach. Dlatego dobrze by było, gdyby te szkoły i te kluby były jak najmocniej, jak najlepiej wspierane w zachęcaniu młodzieży do aktywności fizycznej.

Więcej o: