Bohater Jagiellonii wyrwał się z piekła. "Słyszeliśmy i widzieliśmy wybuchy, uciekaliśmy 27 godzin"

Jakub Seweryn
- W tym samym tygodniu, gdy to wszystko się zaczęło, miała się rozpocząć runda wiosenna na Ukrainie. Zamiast tego musieliśmy uciekać, bo wybuchy były także w samym Dnieprze. Słyszeliśmy je i widzieliśmy, chowaliśmy się przed nimi w bunkrze. Coś okropnego - mówi Sport.pl Marc Gual, nowy napastnik Jagiellonii Białystok, który do Polski trafił po ucieczce z pogrążonej w wojnie Ukrainy.

Hiszpański napastnik Marc Gual był bohaterem Jagiellonii Białystok w ostatnim meczu ligowym z Zagłębiem Lubin (2:1), strzelając w pierwszym meczu ekstraklasie zwycięskiego gola w ostatniej akcji spotkania. Hiszpana w Białymstoku prawdopodobnie w ogóle by nie było, gdyby nie wojna w Ukrainie, która uniemożliwiła mu grę w Dnipro Dniepr (dawniej Dniepropietrowsk). W rozmowie ze Sport.pl Marc Gual wspomina swoją ucieczkę z Ukrainy, opowiada o swoim wspaniałym debiucie w ekstraklasie, o swoich treningach w Sevilli oraz o tym, jak wiele znaczy dla niego piłka nożna. 

Zobacz wideo Analizujemy rywali Polaków na MŚ. Na to musi być gotowy Czesław Michniewicz

Jakub Seweryn: Jakie to uczucie strzelić w debiucie zwycięskiego gola w ostatniej akcji meczu? Po spotkaniu zareagowałeś bardzo emocjonalnie.

Marc Gual (napastnik Jagiellonii Białystok): Bardzo mi brakowało takich emocji, dla takich chwil trenuję. Znowu mogłem poczuć się piłkarzem, miałem wielką ochotę do gry i zarazem szczęście, że to właśnie mi udało się zdobyć zwycięską bramkę w tak ważnym spotkaniu. Dzięki temu zwycięstwu oddaliliśmy się od strefy spadkowej i możemy w spokoju popracować. A ostatnie tygodnie nie były dla mnie łatwe, długo nie grałem oficjalnego meczu. W Dnipro nie zdążyłem nawet zadebiutować, wojna na Ukrainie wybuchła zaraz po okresie przygotowawczym w Turcji.

Teraz w końcu zagrałeś i od razu zrobiłeś coś wyjątkowego. Gdy w tej bramkowej akcji przejąłeś piłkę w narożniku boiska, planowałeś zrobić coś takiego? Czy tak po prostu to wyszło?

- To tak wychodzi, ale tylko wtedy, gdy tym, czego chcesz, jest strzelenie gola. W tym meczu próbowałem na różne sposoby. Gdy Zagłębie zdobyło bramkę, musieliśmy zaatakować na całego. Wiedziałem, że to ostatnia akcja, a gdy wbiegłem w pole karne, to jedynym, co widziałem, była bramka przeciwnika. Myślałem już tylko o strzale.

Ile z najlepszego Marca Guala widzieliśmy w niedzielnym meczu?

- Nie wiem, jak wiele, ale na pewno nie sto procent. Jak już wspominałem, przez dłuższy czas nie grałem i wejście w ten mecz trochę czasu mi zajęło. Teraz, gdy będę coraz bardziej zgrany z zespołem, zaadaptowany do ligi i w coraz lepszej dyspozycji fizycznej, powinno być tylko lepiej.

Kibice Jagiellonii zacierają ręce.

- I zrobię wszystko, by się nie zawiedli.

Canal+ może stracić ekstraklasę. W grze ponad miliard złotychCanal+ może stracić ekstraklasę. W grze ponad miliard złotych

Jak to się w ogóle stało, że trafiłeś do Jagiellonii?

- Zadecydowało oczywiście to, że nie wiadomo, jak będzie wyglądała przyszłość Ukrainy. Po ucieczce z tego kraju mogliśmy rozmawiać z innymi klubami o kontrakcie obowiązującym do końca obecnego sezonu. Kontaktowaliśmy się z kilkoma drużynami, wśród nich była Jagiellonia, która wykazała duże zainteresowanie. Ja też chciałem trafić do polskiej ekstraklasy, jeszcze przed podpisaniem kontraktu z Dnipro rozmawiałem z innym polskim klubem.

Możesz zdradzić, jaki to był klub?

- Wisła Kraków. Miałem kilku kolegów, którzy tam grali, więc wiedziałem co nieco o klubie i o lidze, która naprawdę się rozwija. Dlatego też, jak zaczęły się rozmowy z Jagiellonią, skorzystałem z tej możliwości i przeniosłem się do Polski, by sprawdzić tu swoje siły przez najbliższe dwa miesiące. Myślę, że ja też mogę się w tej lidze rozwinąć.

A jakie są twoje pierwsze wrażenia z pobytu w Białymstoku i gry w ekstraklasie?

- Póki co, jest tu naprawdę fajnie. Nie widziałem jeszcze zbyt wiele – głównie centrum i ośrodek treningowy. Jestem tu na razie na dwa miesiące, więc mieszkam w hotelu i nie muszę szukać mieszkania. Nie mam tu także samochodu, jeżdżę wszędzie boltem. Wystarczy mi dojeżdżać na treningi, a większość pozostałych rzeczy mogę załatwić na piechotę. Klub ma naprawdę dobrą bazę treningową, ze świetnie wyposażoną siłownią, a ludzie tutaj są życzliwi i pomocni. Możemy tu bardzo dobrze przygotowywać się do kolejnych meczów.

Jeśli chodzi o ligę, to na razie rozegrałem tylko jeden mecz. Kilka innych zdążyłem też obejrzeć i zrobić małe rozpoznanie, jeśli chodzi o drużyny, które tu grają. Poziom jest tu naprawdę niezły, to bardzo dobra liga. Miałem okazję też rozmawiać z kolegami z Hiszpanii, którzy obecnie tu grają.

Z Ivim Lopezem z Rakowa?

- Oczywiście, ale nie tylko. Także z Alexem Serrano [z Górnika Łęczna – red.] czy Diogo Verdascą [Śląsk Wrocław]. Pomogli mi zorientować się w nowej sytuacji i podpowiedzieli mi kilka rzeczy, które mogą mi pomóc.

W Jagiellonii też masz dwóch rodaków – Jesusa Imaza i Israela Puerto. Złapałeś z nimi kontakt?

- Rozmawiałem z nimi już przed przyjściem do Jagiellonii. Teraz mam kontakt przede wszystkim z Jesusem, który przebywa w Białymstoku [Israel Puerto leczy kontuzję barku w Hiszpanii – red.]. Rozmawiamy naprawdę dużo, co mi bardzo pomaga. To prawdziwy przywilej mieć rodaków w swoim zagranicznym klubie. Powinno mi to tylko pomóc.

Kibice czekają, aż zobaczą was wspólnie na boisku. Co powiesz na super duet Imaz – Gual?

- Zobaczymy, czy uda mu się wrócić na ostatnie mecze tego sezonu. Nie da się ukryć, że bardzo chciałbym z nim zagrać, z Hiszpanem. Przed kontuzją strzelał bardzo wiele bramek, może być z nas naprawdę dobry duet.

Stadion Legii WarszawaLegia szuka nowego źródła przychodów. "Siła marki Legii jest magiczna"

Nie wiemy, jak za dwa miesiące będzie wyglądała sytuacja na Ukrainie, ale czy bierzesz pod uwagę możliwość pozostania w Jagiellonii na dłużej?

- To nie zależy tylko ode mnie. Póki co, bardzo mi się tu podoba, ale nie mogę powiedzieć, że tak się stanie. Może być przecież nawet tak, że zgłosi się po mnie klub z jeszcze silniejszej ligi. Nie wiadomo, co się wydarzy za trzy miesiące, ale gdyby dzisiaj pojawiła się taka opcja, to bym chętnie tu został, bo moje pierwsze wrażenia tutaj są naprawdę dobre.

Swojego zwycięskiego gola z Zagłębiem zadedykowałeś właśnie Ukrainie. W tamtejszej lidze nie zadebiutowałeś, ale czy byłeś tam, gdy wybuchła wojna?

- Tak. Na kilka dni przed jej wybuchem wróciliśmy z obozu przygotowawczego w Turcji. W tym samym tygodniu, gdy to wszystko się zaczęło, miała się rozpocząć runda wiosenna W Ukrainie. Zamiast tego musieliśmy uciekać, bo wybuchy były także w samym Dnieprze. Słyszeliśmy je i widzieliśmy, chowaliśmy się przed nimi w bunkrze. Coś okropnego.

W gronie obcokrajowców grających w Dnipro szybko się zorganizowaliśmy, by stamtąd wspólnie jak najszybciej uciekać. Nie było łatwo, ale po dwóch dniach od wybuchu wojny zapakowaliśmy się w cztery samochody i ruszyliśmy na zachód, w kierunku granicy. Nasza podróż trwała całe 27 godzin, a później jeszcze czekaliśmy przez kolejne 6-7 godzin na granicy.

Jechaliście przez Polskę?

- Nie, przez Rumunię. Pierwotnie nasz plan był taki, by jechać przez Polskę, ale raz, że do Polski było nam dalej, a dwa, że na polskiej granicy było zdecydowanie więcej osób, w związku z czym czekalibyśmy jeszcze dłużej. Dlatego powiedziano nam, że lepszą opcją jest podróż przez Rumunię.

A czy twoi ukraińscy koledzy z Dnipro zostali, by walczyć?

- Zostali tam, ale z tego, co wiem, piłkarze nie walczą na froncie. Co innego pozostałe osoby z klubu, część z nich została żołnierzami. Na szczęście, wszyscy wciąż żyją i w dobrym stanie. Przebywają ze swoimi rodzinami na parkingach podziemnych lub w bunkrach w mieście.

Bałeś się, będąc w Dniepropietrowsku po wybuchu wojny?

- Nie, ale prawdę mówiąc, gdy jechałem do Ukrainy, wszyscy mówili mi, że do żadnej wojny tam nie dojdzie i nic złego się nie wydarzy. Zresztą, nie dotyczy to tylko mnie. Wielu zawodników zimą związało się z ukraińskimi klubami. Wszyscy jednak zapewniali, że wojna nam nie grozi. Nawet w samym Dnipro, którego prezes Jurij Bereza jest wojskowym. Nikt tak naprawdę się nie spodziewał, że Rosja jednak zaatakuje. Ja również jechałem do Ukrainy, w ogóle nie myśląc, że to się może wydarzyć.

Frank Castaneda w meczu Ligi Mistrzów przeciwko Realowi MadrytCastaneda: Celowali do mnie. Na szczęście, chcieli "tylko" mnie okraść

Dnipro było twoim pierwszym zagranicznym klubem. Dlaczego zdecydowałeś się wyjechać z kraju?

- Spędziłem sześć sezonów w drugiej lidze hiszpańskiej. Uznałem, że to najlepszy moment na zmiany. Nie miałem okazji grać w La Liga, to chciałem występować w ekstraklasie innego kraju, spróbować innej piłki, by się rozwinąć i być może wrócić jeszcze do Hiszpanii, ale już na ten najwyższy poziom, co pozostaje moim głównym celem. Jeśli jednak będę się czuł dobrze w innym kraju, to oczywiście nie wykluczam, że tam zostanę. Chcę być tam jednak ważnym zawodnikiem, gdziekolwiek bym nie grał.

No właśnie, w La Liga nawet nie zadebiutowałeś, choć na jej zapleczu rozegrałeś kilka naprawdę dobrych sezonów. Trudno uwierzyć w to, że nie miałeś stamtąd żadnych ofert.

- Cóż, gdy byłem przez dwa sezony w Sevilli [w latach 2016-18 – red], to miałem podpisany kontrakt z pierwszym zespołem, ale jednocześnie byłem oddelegowany do drużyny rezerw, która grała w Segunda Division. To tyle.

Grałeś nie tylko w rezerwach Sevilli, ale też Realu Madryt i Espanyolu. W Sevilli Atletico, drugiej drużynie Sevilli, miałeś swój dotychczas najlepszy rok w karierze, w trakcie którego zaliczyłeś w lidze 14 bramek i pięć asyst. Nie było wtedy w ogóle tematu, by zadebiutować w pierwszej drużynie?

- Trudno powiedzieć. Miałem okazję przejść pretemporadę [okres przygotowawczy – red.] w pierwszym zespole Sevilli, strzeliłem nawet gola w jednym ze sparingów, ale to naprawdę wielki klub i kiedy ściągnęli latem kolejnego napastnika, ja zostałem wypożyczony do Realu Saragossa. Być może gdybym został, to doczekałbym się szansy debiutu, ale nigdy tego nie wiadomo. Wierzę jednak, że w Hiszpanii nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa i ten debiut w La Liga wciąż jest jeszcze przede mną.

Czy to jest twoje marzenie?

- Nie jest tak, że chcę zagrać w La Liga i nic innego mnie nie interesuje. Moim marzeniem jest po prostu gra w piłkę i nie musi to być w Hiszpanii. Chciałbym grać w klubie, w którym byłbym ważną postacią. Tylko tyle i aż tyle.

Można być też ważnym rezerwowym w dobrym klubie, np. właśnie z La Liga.

- Tak, ale mam na razie 26 lat i chcę przede wszystkim grać. Jak będę miał 34 lata, to wówczas spoko, mogę być rezerwowym. Teraz nie, teraz chcę grać jak najwięcej jako podstawowy zawodnik.

Nastoletni zawodnicy marzą tylko o największych klubach Europy – Barcelonie, Realu, City itp., ale kiedy z wiekiem stajesz się realistą, zdajesz sobie sprawę, że tam docierają tylko nieliczni, najlepsi na świecie. Tak jest też ze mną. Stałem się bardziej świadomy swoich możliwości, dlatego chcę być przede wszystkim ważnym ogniwem klubu, w którym występuję. Wtedy czuję się najlepiej.

Grając mało nawet w bardzo dobrym klubie, nie byłbym szczęśliwy. A kiedy jesteś nawet w mniejszym klubie, grasz dużo, ludzie zadowoleni z twojej gry i z tym zaufaniem jesteś w stanie dać z siebie 100 procent, to jesteś szczęśliwy. To jest to, do czego dążę. Futbol jest dla mnie bardzo ważny, ale równie ważne jest dla mnie bycie szczęśliwym.

Piłka nożna daje ci to szczęście?

- Tak, wręcz potrzebuję grać w piłkę. To jest to, co naprawdę lubię. W Sevilli nie grałem w pierwszym zespole, ale przebyłem tam trzy okresy przygotowawcze. Doświadczyłem tego najwyższego możliwego poziomu. Widziałem, jak dobrzy są zawodnicy tej drużyny, wiele od nich się nauczyłem, a także zobaczyłem, ile mi do nich brakuje. Wiem, że mógłbym wejść na ten najwyższy poziom, ale muszę być szczęśliwy w swoim zespole i grać jak najwięcej, by się odpowiednio rozwinąć. Właśnie po to opuściłem Hiszpanię, by znaleźć taką drużynę i zrobić ten krok do przodu.

A jakie uczucia towarzyszyły ci, gdy miałeś okazję reprezentować Hiszpanię w kategoriach do lat 19 i 21?

- Gra dla reprezentacji to jest to, czego pragnie każdy zawodnik. To docenienie całego twojego wysiłku, który wkładasz w ten sport. Szczególnie w Hiszpanii, gdzie poziom piłki nożnej jest tak wysoki. Spotykają się wtedy sami najlepsi zawodnicy w kraju. Jest to niezwykle trudne, a jednocześnie to wspaniała nauka na przyszłość.

Nie czujesz jednak lekkiej zazdrości, że twoi koledzy z kadr młodzieżowych występują w La Liga i innych najlepszych ligach w Europie, a ty trafiłeś do polskiej ekstraklasy? Nie zastanawiasz się, dlaczego to tak wyszło?

- O tym często decydują szczegóły. Jakaś jedna lepsza czy gorsza decyzja. Gdy powoływano mnie do tych reprezentacji, tam już znajdowali się piłkarze, którzy już byli gwiazdami i nimi pozostali. Ja z kolei starałem się od nich nauczyć jak najwięcej. Widziałem rzeczy, które dzisiaj pomagają mi w karierze.

Z częścią tych zawodników do dzisiaj utrzymuję kontakt, niektórzy są moimi przyjaciółmi. Są oni porozrzucani po całym świecie – wielu gra w Hiszpanii, ale też w Indiach, Anglii czy Stanach Zjednoczonych. Rozmawiając z nimi dowiadujesz się, że w każdym kraju odbiera się i przeżywa futbol inaczej. A łączy nas jedno – gra w piłkę, którą kochamy. To mi się bardzo podoba i także dlatego zdecydowałem się wyjechać za granicę, by poznać nowe miejsca, nowe kultury czy też doświadczyć różnego odbioru piłki nożnej.

Więcej o: