Chińczycy straszą nową chorobą! "Znacznie bardziej zabójczą niż koronawirus"

Chińska ambasada w Kazachstanie właśnie ostrzegła przed nowym "nieznanym zapaleniem płuc". Napisała, że to choroba bardziej zabójcza niż COVID. Chociaż te oświadczenia traktowane są przez Kazachów jako fakenewsy, to najbardziej zaludnione państwo na świecie funkcjonuje, jakby gdzieś obok tykała bomba, a zagrożenie miało przyjść z zewnątrz. Na międzynarodowy sport w Chinach nie ma zgody do końca roku. Krajowe rozgrywki wznawiane są z wielką ostrożnością.

W tym roku w Shenzhen nie będzie bitwy tenisistek o wygraną w WTA Finals. W Szanghaju nie odbędzie się turniej panów Masters 1000 i nikt nie usłyszy tu ryku silników bolidów Formuły 1. Nie będzie też m.in. dwóch prestiżowych turniejów golfowych i wyczekiwanych mistrzostw świata League of Legends. Władze Chin nie patrząc na prestiż, jakie niosą te i dziesiątki innych wydarzeń i nie zważając na straty, jakie spowoduje ich brak, zadecydowały, że międzynarodowych imprez sportowych do końca roku u siebie nie chcą. Nie mogły co prawda odciąć się od całego ogólnoświatowego sportu, bo na początku 2022 roku czekają ich zimowe igrzyska olimpijskie w Pekinie. Dlatego decyzja generalnej administracji sportowej uznaje wyjątki od tej reguły. Na razie wiadomo, że będą nimi przedolimpijskie próby.

Zobacz wideo Genoa - Napoli 1:2. Skrót meczu [Eleven Sports]

Czy Chińczycy obawiają się drugiej fali koronawirusa? Jeszcze w czerwcu wydawało się, że pierwszą bitwę z chorobą wygrali. Przez 56 dni w Pekinie nie odnotowywali nowych przypadków zarażeń COVID-em. Tyle że w ostatnim czasie mieli tam koronawirusowe ognisko. Chińczycy coraz głośniej informują i skupiają uwagę na nowych odmianach choroby, tudzież chorobach od koronawirusa groźniejszych. Ostatnio pod lupą znalazł się Kazachstan.

Jedna iskra, a pożar może być wielki

Jeszcze miesiąc temu kombinowano jak bezpiecznie zorganizować w Chinach wyścigi F1. Nawet Wuhan miało pewne nadzieje, że na jesieni będzie gospodarzem badmintonowych mistrzostw Azji

Wielki kraj zaczynał żyć normalnie - działały baseny, siłownie, szkoły a w komunikacji miejskiej nie trzeba było nosić maseczek. Tyle że w połowie czerwca wykryto koronawirusa na targu owoców Xinfadi w Pekinie. To targowisko 20 razy większe niż te, które ponad pół roku temu okazało się problemem w Wuhan. Xinfadi zajmuje powierzchnię prawie 160 boisk piłkarskich, dziennie odwiedza je nawet 100 tys. osób. Ślady koronawirusa odkryto tam na deskach do krojenia ryb. Zainfekowanych zostało kilku sprzedawców i pacjentów. Na kilku chorych w takiej masie ludzi się nie skończyło. Do dzielnicy miasta leżącej koło targowiska weszło wojsko i zamknęło cały teren. Wraz z nim pobliskie lotnisko. Tym razem władze Chin nie chciały powtórki z niedawnej przeszłości. Po niecałym tygodniu podano, że na targu zainfekowało się ponad 100 osób, co było największym ogniskiem koronawirusa w Chinach od lutego. W części Pekinu znów pozamykano placówki edukacyjne i obiekty rekreacyjne, ograniczono transport, wróciły obowiązkowe maseczki. Zaczęło się też dochodzenie skąd COVID-19 wziął się na targu.

Yang Peng, Epidemiolog z pekińskiego Centrum Kontroli Chorób zasugerował w krajowych mediach, iż wirus mógł przybyć z Europy. Nie jest jasne czy był w mięsie sprowadzanych z Norwegii ryb lub, czy pojawił się na opakowaniach podczas transportu. Tak czy inaczej, z powodu patogenu z targu spożywczego, do końca czerwca w Pekinie było w sumie ponad 300 nowych przypadków infekcji.

Na początku lipca sytuacja się uspokoiła do kilku nowych wewnętrznych infekcji dziennie. W ostatnich dniach nowych przypadków w Pekinie już nie zgłaszano. Czerwcowa sytuacja na targu Xinfadi pokazała jednak jak niewiele potrzeba, by od iskry zrobił się pożar. Teraz tą iskrą dla Chińczyków mogą być właśnie osoby, czy też towary przybywające z zagranicy. Chiński system kontroli zdrowia codziennie wykrywa do 10 przypadków osób, które z infekcją przylatują czy też próbują wjeżdżać na chińskie terytorium z zewnątrz. Ostatnio stanowiły one 81 proc. wszystkich wykrytych w kraju nowych przypadków (dane za państwową agencją Xinhua). Jeśli zagraniczni goście oznaczają możliwe problemy i potencjalne zagrożenie, to chiński lockdown sportu zrozumieć jest łatwiej. Nawet przy zamkniętych dla kibiców imprezach, mówilibyśmy o wydarzeniach, które obsługuje i bierze w nich udział po kilkaset osób. W przypadku wyścigów Formuły 1 nawet kilka tysięcy.

Zainfekowana Floryda rajem dla sportu, Włosi na boiskach. W Chinach na spokojnie

Zresztą Chińczycy w sprawach związanych ze sportem postępują zupełnie inaczej niż np. Europa czy Stany Zjednoczone, gdzie sytuacja związana z koronawirusem jest zła. W najbardziej zaludnionym państwie na świecie zawodowy sport zamarł na początku roku. Mimo że sytuacja w kraju wydaje się dobra, to rywalizacja wraca tam bardzo wolno. Podczas gdy krajowym sportem emocjonują się Włosi, Hiszpanie, Anglicy, Niemcy, czy Polacy, a Floryda, która notuje obecnie około 10 tysięcy nowych przypadków infekcji dziennie, już dawno zezwala na zamknięte dla kibiców imprezy sportowe.

Chińczycy natomiast do hal i na boiska dopiero wchodzą lub chcą wchodzić. Pod koniec czerwca ruszyła Chińska Liga Koszykówki. Jej pierwszy mecz poprzedziła minuta ciszy. W ten sposób oddano cześć tym, którzy przegrali walkę z koronawirusem. Sama liga wygląda inaczej niż przed pandemią. Podzielono ją na dwie grupy, a drużyny ściągnięto do dwóch miast, w których są rozgrywane mecze (Qingdao i Dongguan). W ten sposób zminimalizowano cotygodniowe podróże i rozwiązano problem ewentualnego braku możliwości spotkania się rywali w przypadku zamkniętych lotnisk czy częściowego wyłączenia różnych miast. Choć wiele ekip nie może korzystać ze swoich zagranicznych zawodników, plan na razie działa. W taki sam sposób rozgrywki wznowić ma Chińska Superliga Piłkarska. Od 25 lipca piłkarze mają grać w miastach Suzhou i Dalian. W każdym z nich będzie rywalizowało po osiem klubów. Po części zasadniczej cztery najlepsze kluby przystąpią do walki o mistrzostwo, najsłabsze będą się broniły przed spadkiem. Członkowie drużyn będą systematycznie przechodzili testy na koronawirusa. Ich aktywności ograniczą się do przebywania na stadionach, boiskach treningowych i przestrzeni hotelowej. Krajowy Sport w Chinach wyłączony był jako pierwszy na świecie, wraca ostatni i to w sposób bardzo spokojny i bezpieczny. Przy Amerykanach czy Włochach można uznać, że Chińczycy wręcz dmuchają na zimne. Może są ostrożni, a może mają swoje powody.

Strach przed nieznaną chorobą?

Sporo uwagi na świecie zwrócił właśnie komunikat urzędników chińskiej ambasady w Kazachstanie. Ci przestrzegając swoich obywateli, poinformowali, że w sąsiadującym z Chinami państwie odkryto "nieznane zapalenie płuc", które może być bardziej niebezpieczne niż koronawirus. Mimo prac miejscowych lekarzy i naukowców na razie nie udało się rozpoznać wirusa, który zapalenie wywołał. W komunikacie podawanym przez chińskie media i cytowanym przez Reutersa są też zawarte dane dotyczące poszczególnych regionów Kazachstanu, które mają najwięcej przypadków nowej choroby. W komunikacie pojawia się stwierdzenie, że nowe zapalenie płuc spowodowało 1 772 zgony w Kazachstanie, z czego połowę w czerwcu. "To choroba znacznie bardziej zabójcza niż koronawirus” - napisano. Kazachska agencja informacyjna ostatnio rzeczywiście podawała, że w czerwcu 2020 roku notuje się dwa razy więcej przypadków zapalenia płuc niż w tym samym okresie roku ubiegłego tyle, że gdy informacje o nowym problemie rozeszły się po świecie, ministerstwo zdrowia Kazachstanu określiło chińskie wiadomości jako fake newsy. Nie rozwiano jednak wątpliwości czy kazachskie zapalenia płuc wywołane były przez COVID-19 czy innego, nieznanego wirusa. Ministerstwo zdrowia zakomunikowało, że na razie w tej sprawie prowadzone są badania porównawcze.

Sytuacja z koronawirusem w Kazachstanie jest zła. Codziennie przybywa tam średnio ponad tysiąc nowych infekcji (jednego dnia były to prawie 2 tys.), a w kraju odnotowano łącznie blisko 55 tysięcy zakażeń. Ostatnie wzrosty infekcji zmusiły tamtejszy rząd do przywrócenia zniesionych czas temu obostrzeń. Chińczycy przyglądają się temu z niepokojem. Informują, że wśród osób zmarłych w Kazachstanie w wyniku zapalenie płuc, są także ich obywatele.

Przeczytaj także: