Polski olimpijczyk boi się, czekając na wynik testu. "Chciałem rozwozić jedzenie"

- Im bardziej się to przedłuża, tym mocniej się niepokoję. Człowiek sobie myśli, że gdyby wszystko było dobrze, to pewnie już by przyszła informacja - mówi Damian Czykier. Czwarty zawodnik lekkoatletycznych ME 2016 i 2018 w biegu na 110 m przez płotki od poniedziałku jest zamknięty w pokoju w Centralnym Ośrodku Sportu w Spale. Dopiero w środę ma poznać wynik testu na koronawirusa. Jeśli okaże się, że jest zdrowy, zacznie trening w specjalnych warunkach.

Czykier zimą aż cztery razy bił rekord życiowy w biegach w hali. Mocno szykował się do igrzysk olimpijskich w Tokio. Przez pandemię koronawirusa musiał się zatrzymać. Igrzyska przełożono na przyszły rok. Może się okazać, że w bieżącym nie odbędą się żadne zawody. Ale polski sprinter tłumaczy, że musi normalnie pracować. Dla własnego zdrowia psychicznego. 27-latek jest jednym z zaledwie kilku lekkoatletów, którzy zdecydowali się uczestniczyć w specjalnym zgrupowaniu w Spale. W Centralnym Ośrodku Sportu można trenować, ale trzeba przestrzegać surowych zasad sanitarnych.

Zobacz wideo Pobiegł maraton w ogródku. Wcześniej przebiegł 42 kilometry wokół łóżka

Łukasz Jachimiak: Jak tam jest?

Damian Czykier: Na razie dziwnie. Wjazd do Spały wyglądał tak, że trzeba było się zatrzymać przed bramką i przed szlabanem, wyszedł ochroniarz, my cały czas siedzieliśmy w aucie, przedstawiliśmy się, ochroniarz sprawdził, czy jesteśmy na liście, zmierzył nam temperaturę i dopiero nas wpuścił na teren ośrodka. Jak tylko wjechaliśmy z trenerem w bramę, to od razu zobaczyliśmy pierwszą barykadę. Na niej czekał lekarz. Przekazał kilka uwag i wysłał nas do karetki na pobranie wymazów. Badanie jest szybkie. Po 15 minutach byliśmy już na recepcji, każdy z nas dostał zafoliowany klucz do wyznaczonego pokoju. Zajmujemy tu sektor przeznaczony dla lekkoatletyki.

Jak to sektor? Nie mieszkacie w dużych odstępach od siebie?

- Nie, pokoje obok są pozajmowane. Grupa ma się trzymać razem - wspólnie chodzić na posiłki, razem przebywać. Oczywiście na razie dostaję jedzenie pod drzwi i tak będzie, dopóki nie przyjdzie wynik testu na koronawirusa. Dopiero kiedy się okaże, że jestem zdrowy, w kalendarzu posiłków zostanę dopisany do grupy PZLA.

Nie masz jeszcze wyniku?

- Nie mamy obaj z trenerem. Myśleliśmy, że wszystko będzie jasne po dobie, ale okazuje się, że wyniki będą dopiero w środę.

Stresujesz się?

- Tak, dlatego, że to się przedłuża. W poniedziałek rano przyjechaliśmy i spodziewaliśmy się, że we wtorek rano wszystko będzie jasne. Po południu trener dzwonił do lekarza, bo jeszcze nic nie wiedzieliśmy i zaczęliśmy się martwić czy zgodnie z planem będziemy mogli wyjść na trening o godzinie 16.30. Okazało się, że nie możemy, że w zamknięciu musimy być do środy. Im bardziej się to wszystko przedłuża, tym mocniej się niepokoję. Człowiek sobie myśli, że może badanie nie dało pewności i trzeba będzie powtórny test zrobić. Że gdyby wszystko było dobrze, to pewnie już by przyszła informacja.

Po Ci ta Spała? Igrzysk w tym roku nie ma, mistrzostw Europy nie ma. Wielu sportowców zrezygnowało z COS-u.

- Chcę i muszę już potrenować w normalnych warunkach. Potrzebuję tego. Jestem zmęczony kombinowaniem. W Warszawie musiałem się nagłówkować jak załatwić trening. Tu musiałem zapłacić, tam walczyć o miejsce, a w Spale mam wszystko dostępne - stadion, halę, siłownię, sprzęt do regeneracji. I żadnych przekrętów robić nie muszę. Niedawno otwarte zostały stadiony miejskie, ale orientowałem się, jak wygląda sytuacja na warszawskim AWF-ie i chętnych jest tak dużo, że mógłbym pobiegać tylko o 8 rano i to nie każdego dnia. Poranne bieganie w temperaturze 2 stopni Celsjusza i w padającym deszczu to by był trening dla psychiki, a nie wyczynowy. A w Spale będę mógł sobie trenować kiedy będę chciał. Z użytkowników tartanu jestem tylko ja, bo Piotrek Lisek skacze o tyczce, dyskobole też trenują w innym miejscu. Będę miał komfort.

Będziesz trenował z nadzieją na jakieś starty w sezonie? Nie jesteś multimedalistą wielkich imprez, więc pewnie czekasz na możliwość zarabiania na mityngach?

- To prawda, bardzo bym chciał, żeby były jakieś starty, w których mógłbym powalczyć o korzyści i wynikowe, i finansowe. Ale na razie to mi się wydaje bardzo odległe. Chyba minie jeszcze dużo czasu, zanim się uporamy z pandemią i odbędą się jakieś mityngi. W Spale będę trenował bardziej po to, żeby po kilku miesiącach poczuć trochę normalności niż z myślą o wypracowaniu formy na jakieś konkretne zawody. Na takie się na razie nie nastawiam.

Nie wierzysz, że uda się rozegrać mityngi Diamentowej Ligi według opublikowanego we wtorek kalendarza, który mówi, że cykl ruszy 14 sierpnia i do 17 października odbędzie się w nim 11 imprez m.in. w Szanghaju, Dausze i Eugene?

- Ten kalendarz to pozytywna informacja, ale lepiej się nie przywiązywać do zaproponowanych dat i lokalizacji.

Nie wierzysz, że np. Paryż będzie mógł zrobić mityng 6 września, skoro uznał, że nie będzie w stanie przeprowadzić planowanych na ostatni tydzień sierpnia mistrzostw Europy?

- Dziwnie to wygląda. Ale może być tak, że na Diamentowe Ligi będą przyjeżdżali tylko zawodnicy z krajów sąsiadujących z organizatorem. Bo oni mogliby dojechać samochodami. Poza tym mistrzostwa Europy byłyby dużym przedsięwzięciem, kilku-, a nie jednodniowym. Diamentową Ligę będzie łatwiej zorganizować, oby się udało. Będę czekał na jakieś szczegóły i mam nadzieję, że gdzieś w ramach Europy uda się pojechać. Śledzę raporty z państw najmocniej dotkniętych koronawirusem, widzę, że codziennie jest tam coraz mniejsza liczba zachorowań i zgonów, może więc faktycznie w sierpniu i wrześniu uda się odzyskiwać normalność. Chociaż wiem, że to, co dzisiaj zostało ogłoszone, za tydzień czy dwa może zostać odwołane.

Jak finansowo funkcjonujesz, nie mając żadnych startów?

- Mam sponsora, który bardzo mocno mi pomaga. Na szczęście grupa PGE potwierdziła, że nie wycofuje się, że dalej będzie mnie wspierać. Bez PGE miałbym tylko stypendium, bardzo małe, to jest 1300 złotych miesięcznie za trzecie miejsce w biegu w ramach Drużynowych Mistrzostw Europy, które w ubiegłym roku wygraliśmy w Bydgoszczy. Za czwarte miejsca na ME w Berlinie w 2018 roku i w Amsterdamie w 2016 roku, miałem dużo więcej, ponad 2 tysiące.

Byłoby dużo lepiej, gdybyś zdobył gdzieś medal, prawda?

- Zdecydowanie, zwłaszcza że to by się przełożyło na stawki na mityngach i też na liczbę zaproszeń. Menedżerowie mają dużo łatwiej wywalczyć pieniądze dla medalistów, utytułowani zawodnicy dostają startowe, a ja czasami mam takie propozycje, że organizator mówi: "chcesz, to sobie przyjeżdżaj i startuj".

I przyjeżdżasz?

- Tak, bo zarabiam za zajęte miejsca.

W tym roku ostatni raz startowałeś w lutym?

- Tak, w hali. Wtedy udało mi się sporo postartować, ale hala jest o połowę mniej płatna niż zawody na stadionie. Czyli zastrzyk finansowy był, ale wcale nie taki duży. Teraz z konta ubywa. Powiem ci, że niedawno się zastanawiałem nad podjęciem pracy. Takiej, żeby ją godzić z treningami.

Jaka by to miała być praca?

- Uwielbiam jeździć samochodem po Warszawie, więc zacząłem robić kroki w kierunku pracy w roli dostarczyciela jedzenia. Czas pracy nie jest tam sztywny, śmiało mógłbym to pogodzić z treningami. Już założyłem konto, zacząłem uzupełniać dokumenty, ale wtedy dostałem informację, że będzie możliwy wyjazd na obóz do Spały. Uznałem więc, że nie będę się rozdrabniał, tylko wezmę się do swojej prawdziwej roboty. Oczywiście łatwiej podjąć taką decyzję, kiedy dostaje się pieniądze od sponsora. PGE płaci mi normalną pensję, ja myślałem tylko o dorabianiu, a nie zarabianiu na życie.

PGE ogłaszała, że będzie musiała zmniejszyć wydatki na sportowy sponsoring. Ciebie cięcia dotknęły?

- Rozmawialiśmy o tym, ale firma uznała, że swoich sportowców dalej będzie wspierała w pełnym wymiarze. Jest nas pięcioro - poza mną z lekkiej jeszcze Klaudia Siciarz oraz pływacy Alicja Tchórz i Konrad Czerniak i łyżwiarz Artur Nogal. Super, że już możemy normalnie pracować i wkrótce będziemy mogli się odwdzięczać. W ostatnich tygodniach zrobiłem świetną pracę siłową. W prywatnej siłowni mojego kolegi, w przybudówce do jego domu, pobiłem sporo rekordów życiowych. Ale biegowo było już naprawdę słabo - sprawdzałem się tylko w lesie i przed domem. Bez płotków, bo nie było jak i gdzie ich rozstawić. Dwa razy, dla psychiki, rozstawiłem sobie nawet 30-centymetrowe pachołki i przez nie skakałem. Dobrze, że to już koniec tych wszystkich kombinacji.