Tajemnica La Plagne. "Mój zawodnik leżał trzy dni, dochodził do siebie dwa tygodnie. Był wyczerpany"

- Wydawało mi się, że chorowało sporo zawodników. Objawy mieli podobne. Gorączka i suchy kaszel - przyznaje Sport.pl Dawid Kupczyk, trener bobslejowej reprezentacji Czech. Do dziś zastanawia się, czy to co przyplątało się w styczniu jego zawodnikom we Francji było grypą, czy koronawirusem? Problemy zdrowotne mieli odczuwać też inni.

Styczniowe zawody pucharu świata w La Plagne i Innsbrucku były dla niektórych bobsleistów i skeletonistów pechowe.

- Wydawało mi się, że chorowało wtedy sporo zawodników. Wszędzie objawy były podobne. Gorączka, suchy kaszel. Ja miałem rozłożonych dwóch sportowców, a w sumie trzy osoby - mówi Sport.pl Dawid Kupczyk, trener czeskiej kadry bobsleistów i skeletonistów. Stan zdrowia jednego z jego podopiecznych, Dominika Dvoraka pogorszył się dość poważnie. Zawodnik nie był w stanie normalnie funkcjonować przez kilka dni.

Zobacz wideo Sportowa rozmowa dnia. Władysław Kozakiewicz

Pechowa grypa? A może coś więcej? Czescy sportowcy i polski trener, który też przez moment czuł się gorzej, zaczęli zastanawiać się nad tym dopiero w marcu, gdy COVID-19 był już dobrze znany w Europie. Nie znaczy to jednak, że nie zawitał do niej wcześniej. Tym bardziej że w świecie lodowych torów i ogromnej prędkości mocniej zaczęli być obecni Chińczycy. To w ich państwie rozpoczęła się epidemia.

"Wszędzie objawy były podobne: gorączka, suchy kaszel"

Jak sygnalizuje Kupczyk problemy zdrowotne sportowców, zaczęły się podczas zawodów w La Plagne. We Francji większość zawodników pojawiła się około 6 stycznia, by wziąć udział w zaczynających się następnego dnia treningach. Sportowcy z całego świata zostali tam przez tydzień. Na sam tor raczej nikt nie narzekał, choć wokół niego było tłoczno.

- W La Plagne są małe szatnie. Cały czas zapełnione były ludźmi. Jak wchodziliśmy do nich my, to byli tam skeletoniści. Jak wychodziliśmy, to wciąż pełno było bobsleistów. Pomieszczenia małe ludzi zdecydowanie za dużo - podsumowuje Kupczyk. Dla rozprzestrzeniania się każdej wirusowej infekcji można uznać to za warunki znakomite.

Czy, a jeśli tak to, czym mogli zarażać się zawodnicy w La Plagne? Można będzie się domyślać. Infekcja grypowa i COVID-owa mogą przebiegać podobnie. W przypadku tej pierwszej reakcja organizmu przychodzi nieco wcześniej. Objawy przy grypie pojawiają się od dnia do tygodnia po zarażeniu (zwykle w ciągu dwóch dni). Według Światowej Organizacji Zdrowia inkubacja koronawirusa trwa od jednego do 14 dni, a średnio dzieje się to w ciągu 5 dni. Tak czy inaczej, kilku czeskich kadrowiczów pod koniec pobytu w La Plagne czuło się źle. Ponoć nie tylko oni.

- Wydawało mi się, że chorowało sporo z zawodników pucharu świata. Wszędzie objawy były podobne: gorączka, suchy kaszel. Ja miałem ostatecznie rozłożonych dwóch zawodników, w sumie trzy osoby – opisuje to Kupczyk, sygnalizując, że na zdrowie narzekali też Rosjanie.

"Dvorak leżał trzy dni. Dochodził do siebie dwa tygodnie"

W zawodach we Francji wszyscy wzięli udział, ale najgorsze było przed nimi, po przeprowadzce do Innsbrucka. Czesi tydzień między zawodami wykorzystali po części właśnie na regenerację i walkę z chorobą.

- Mój pilot Dominik Dvorak po La Plagne leżał trzy dni. Dochodził do siebie prawie dwa tygodnie. Nieco tylko lepiej przeszedł chorobę Jakub Nosek. Kolejny był nasz fizjoterapeuta. Też miał temperaturę. Ja miałem gorączkę chyba jednego dnia, wtedy bardzo pociłem się w nocy - mówi nam Kupczyk. Przyznaje, że jego pilot słabo jadł i ogólnie był wyczerpany. Przez wzgląd na jego stan zdrowia zrezygnowano z części zjazdów treningowych.

- Odpuściliśmy w sumie ze dwa treningi, tak żeby łapać siły do samych zawodów. Leczyliśmy się tak, jak mogliśmy, raczej naturalnymi specyfikami: witaminą C, miodem, imbirem. Sportowcy muszą uważać na to, co przyjmują - relacjonował polski trener. Według niego na problemy zdrowotne narzekali wtedy też Rosjanie, a późniejsze kłopoty miała jedna z czeskich skeletonistek.

Staraliśmy się skontaktować z różnymi zawodnikami, którzy brali udział w rywalizacji w La Plagne i Innsbrucku i dopytać, czy walczyli podczas nich z jakąś infekcją? Nikt z Rosjan na razie nie udzielił w tej kwestii odpowiedzi, podobnie jak część zawodników z kilku innych drużyn. O tym, że podczas wymienionych zawodów nie narzekali na zdrowie, zapewnili nas natomiast Francuzi i Monakijczycy.

Czy możliwie było, aby koronawirus pojawił się na bobslejowych zawodach we Francji i Austrii już w styczniu? Prawdopodobnie musiałby przyjść tam z Chin, co nie było nierealne. Chińczyków, którzy przygotowują się do zimowych igrzysk olimpijskich w Pekinie, na zimowych arenach ostatnio nie brakuje. Tyle że jeszcze w grudniu COVID był sprawą nową także dla nich. Przynajmniej oficjalnie.

Masa Chińczyków na zimowych zawodach

Według informacji ukazującego się w Hongkongu dziennika "South China Morning Post" na koniec 2019 r. w chińskich szpitalach znajdowało się 266 pacjentów z infekcją COVID-19 (oficjalnie mniej). Tyle że tamtejszy rząd i lekarze zdawali sobie sprawę, że rzeczywista liczba osób zainfekowanych koronawirusem może być dużo większa. Światowa Organizacja Zdrowia przyjmowała, że pierwsze zakażenie nową chorobą miało miejsce 8 grudnia w Wuhan. Były to dane podawane za informacjami z Chin. Te się zmieniały. Chińscy naukowcy w poszukiwaniu "pacjenta zero" z SARS-CoV-2 dotarli ostatnio do 17 listopada 2019 roku. Ich poszukiwania opisał wspomniany już "South China Morning Post". Jego dziennikarze zasugerowali, że być może dalsze śledztwo potwierdzi jeszcze wcześniejsze przypadki nosicieli wirusa.

Chińczycy w ramach przygotowań do ZIO 2022 w Pekinie, w ostatnim czasie bardzo poważnie podchodzą do wszelkiej rywalizacji na sportowych arenach. W świat bobslejów i sanek weszli dobrze. Najchętniej trenują w Europie i Stanach Zjednoczonych. Ich kadra liczy kilkudziesięciu zawodników, a na zawody sportowcy nie przyjeżdżają sami.

- Chińczycy na bobsleje przeznaczają teraz spore środki. Mają sztab szkoleniowy, a wokoło nich jeszcze dziesiątki osób do pomocy – opisuje Kupczyk. Oni bardzo dużo trenują. My w ciągu sezonu możemy zrobić około 150 ślizgów. Oni w trakcie sezonu i po nim jeżdżą około 400 razy. Czyli w rok robią tyle, co my w niemal 3 lata. Sprzęt już mają najlepszy, trenera najlepszego, mechaników też topowych, a do tego ogromne pieniądze - mówi Kupczyk. Obecnie trenerem ich kadry jest Pierre Fritz Lueders. To kanadyjski zdobywca medali na igrzyskach olimpijskich w bobslejach, a ostatnio trener reprezentacji Rosji i Korei Południowej. Z tymi krajami też cieszył się z olimpijskich medali już jako szkoleniowiec.

Chińczyków na zimowych zawodach widać zatem sporo, byli oni również w La Plagne czy poprzedzających te zawody rywalizacji w niemieckim Winterbergu. Polacy na żadnych ze wspomnianych zawodów nie wystąpili.

Zawody Pucharu Świata w bobslejach i skeletonie udało się rozegrać do końca. Trwały do początku marca. Z powodu koronawirusa pod koniec marca odwołano mistrzostwa świata parabobsleistów. Amerykanie zawiesili też swoją krajową imprezę.

Do tej pory na to, że sportowcy mogli przejść koronawirusa już w styczniu tego roku, uwagę zwrócił belgijski piłkarz Romelu Lukaku grający w Interze Mediolan- 23 zawodników było chorych, przysięgam, to nie żart - mówił napastnik w jednym z wywiadów. 

- Graliśmy z Cagliari, każdy z nas kasłał, większość miała gorączkę. Po 25 minutach Milan Skriniar musiał zejść boiska. Nie miał siły dalej grać, mało brakowało, a po prostu by zemdlał - dodał. Ja podczas rozgrzewki przed tamtym meczem poczułem nagłe uderzenie gorąca, nie miałem czegoś takiego od wielu lat. Po meczu miałem spotkanie biznesowe, ale musiałem je odwołać - relacjonował 26-latek.

Jak podało potem BBC, Inter sprawie zaprzeczał, sygnalizując, że u kilku graczy drużyny na początku roku leczono na grypę. Lukaku został upomniany ze swoje stwierdzenia i za wszystko przeprosił klub, choć oficjalnych informacji z dwóch stron już się w tej sprawie nie doczekaliśmy.

Przeczytaj także: