Zagadka niebywale niskiej śmiertelności w Japonii. W czasach hiszpanki było podobnie

- Jeśli nie da się rozegrać igrzysk w Tokio w 2021, to je odwołamy. Kolejna zmiana terminu nie wchodzi w grę - mówi szef komitetu organizacyjnego. W sprawie igrzysk zapanowało w Japonii czarnowidztwo, choć dane z ostatnich dni o koronawirusie są pocieszające. Japoński lockdown był wykpiwany jako bezzębny, siedem tysięcy testów dziennie na 125-milionów mieszkańców nie robiło wrażenia, a premier był atakowany za brak zdecydowania. Ale liczba nowych zakażeń maleje.

24 marca 2020 roku władze Japonii i Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego zgodziły się, że koronawirus postawił je w sytuacji bez wyjścia. Muszą zrobić coś, co nigdy się jeszcze nie zdarzyło: przełożyć igrzyska. Tokio 2020 zostało przesunięte na 2021 rok, bez zmiany nazwy. A przez następnych pięć tygodni nastroje w Japonii w sprawie koronawirusa i igrzysk ciągle falowały. I na szybkie uspokojenie się nie zanosi. Codziennie pojawiają się nowe głosy, podważające szanse na rozegranie igrzysk w 2021. Mimo że sytuacja epidemiczna w Japonii ostatnio się poprawia. Ale japoński rząd nie chce już podejmować żadnego ryzyka, bo podczas pandemii zebrał od opinii publicznej wiele ciosów. Najpierw uspokajał obywateli, że Japonii koronawirus już właściwie nie zagraża i nie trzeba zmieniać terminu igrzysk. Potem jednak termin zmienił i akurat po tym z dnia na dzień krzywa zakażeń wystrzeliła w górę. Podsycając spekulacje, że władza wcześniej nie mówiła całej prawdy.

Zobacz wideo Igrzyska w Tokio przełożone.

Dlatego teraz premier Shinzo Abe jest w sprawie igrzysk bezkompromisowy. Powiedział w środę, odpowiadając na pytania w parlamencie, że Japonia nie chce igrzysk bez publiczności, a pojawiły się już takie pomysły. – To muszą być igrzyska przeprowadzone w taki sposób, żeby pokazać, że świat już zwyciężył w walce z pandemią. Inaczej tego sobie nie wyobrażam – mówił Abe.  – W tych igrzyskach muszą bezpiecznie wziąć udział i sportowcy, i widzowie. Takich igrzysk nie da się zorganizować, jeśli sytuacja z wirusem nie będzie opanowana – tłumaczył premier.

To kolejna bardzo mocna wypowiedź japońskich organizatorów igrzysk. We wtorek bardzo kategoryczny był Yoshiro Mori, były premier Japonii, a teraz szef komitetu organizacyjnego Tokio 2020.- Jeśli nie będzie szansy rozegrania igrzysk w 2021, to je odwołamy, a nie przełożymy na kolejny termin - powiedział w wywiadzie dla "Nikkan Sport". - Przełożenie igrzysk na 2021 to jest zakład, jaki zrobiła ludzkość. Jeśli przesunięte o rok igrzyska będą znakiem zwycięstwa nad wirusem, to ich wartość będzie dużo większa, niż byłaby w pierwotnym terminie – mówił Mori. Jeśli za rok o tej porze wynik walki z pandemią będzie wciąż niepewny, to Japonia – sugeruje Mori – takich igrzysk nie chce. – Nie da się igrzysk przełożyć drugi raz. To niemożliwe ani dla organizatorów, ani dla sportowców. Nadal walczymy z niewidzialnym przeciwnikiem. Chcielibyśmy igrzyska zorganizować w warunkach pokoju. Ale trzeba poczekać, czy to będzie możliwe – tłumaczył.

- Nie ma szczepionki, nie ma igrzysk – mówi japoński epidemiolog. – To tylko opinia – odpowiada MKOl

Przypomnijmy: plan jest taki, że igrzyska zaczną się 23 lipca 2021, niemal dokładnie rok po pierwszym terminie (ceremonia otwarcia miała być 24 lipca 2020). Ale coraz więcej ekspertów zgłasza wątpliwości, czy to realne. Szef Japońskiego Towarzystwa Medycznego – czyli naczelny lekarz kraju - Yoshitake Yokokura powiedział, że trudno będzie utrzymać ten termin, jeśli nie powstaną skuteczne szczepionki na koronawirusa. 

 – Jestem ogromnym pesymistą – mówi Kentaro Iwata, szef instytutu chorób zakaźnych uniwersytetu w Kobe. – Uważam, że Japonia może sobie w ciągu roku poradzić z opanowaniem epidemii. Ale na igrzyska nie przyjeżdżają reprezentanci 40, 50 czy 60 krajów, tylko z całego świata. Ponad 200 reprezentacji. Czy za rok epidemia będzie opanowana na całym świecie? Wątpię. Chyba że zorganizujemy igrzyska zupełnie inaczej – mówi Iwata. I proponuje igrzyska albo bez publiczności, albo z bardzo ograniczoną liczbą uczestników. Premier Abe, mocno zaangażowany w olimpijski projekt, już powiedział, co sądzi o Tokio 2020 bez widzów.

Tego pesymizmu nie podziela najważniejszy dla Tokio 2020 działacz MKOl, John Coates, szef komisji koordynującej przygotowania do igrzysk.  - Nie można zorganizować igrzysk bez szczepionki? To tylko opinia – odpowiada Coates. - Widziałem tę opinię, ale my się konsultujemy ze Światową Organizacją Zdrowia, od niej słyszymy, że możemy planować igrzyska w tym terminie i nie jest to zależne od szczepionki. Choć miło by było, gdyby szczepionka była  - mówi, dodając obowiązkową formułkę, że zdrowie sportowców oraz innych uczestników igrzysk jest najważniejsze. Z kolei Brytyjczyk Brian McCloskey, który odpowiadał za sprawy zdrowotne w komitecie organizacyjnym igrzysk 2012 w Londynie i współpracuje z WHO przy organizacji wielkich wydarzeń, zapewnia w wywiadzie dla Reutersa, że nawet bez szczepionki można sobie będzie poradzić, jeśli tylko zastosuje się specjalne procedury.

Japonii i MKOl-owi trudno ostatnio uzgodnić wspólną wersję. Kilka dni temu MKOl na swojej stronie internetowej umieścił wypowiedź premiera Shinzo Abe, że Japonia bierze na siebie pokrycie kosztów przełożenia igrzysk. W myśl olimpijskich kontraktów tak zapewne będzie, ale władze Japonii uznały, że to nieeleganckie zachowanie, skoro rozmowy jeszcze się toczą. MKOl zdjął wiadomość ze strony. Problem jednak pozostaje, głównie dla Japonii. Ona dodatkowe koszty będzie liczyć w miliardach – dokładnych prognoz nie opublikowano, w szacunkowych widełki to od 3 do 6 mld dolarów, czyli nawet połowę pierwotnego, oficjalnego budżetu igrzysk. MKOl swoje straty szacuje na kilkaset milionów (przychód ruchu olimpijskiego z czteroletniego cyklu olimpijskiego to 5,7 mld dolarów).

Bezzębny stan wyjątkowy: rząd apeluje do Japończyków, ale ich nie karze

Te dyskusje toczą się akurat w tych dniach, gdy dane o koronawirusie w Japonii są bardzo pokrzepiające. Liczba nowych zachorowań zaczęła spadać. W poniedziałek było w Tokio tylko 39 nowych zakażeń, co jak pisał Bloomberg, jest najniższą liczbą od marca. W porównaniu z połową kwietnia to są liczby nawet trzykrotnie niższe. Pierwsza połowa kwietnia była w Japonii nerwowym czasem. Krzywa zachorowań, inaczej niż w Korei Południowej czy na Tajwanie, stowarzyszenia lekarskie informowały o szpitalach obciążonych do granic wytrzymałości, pacjentach odsyłanych od izby przyjęć do izby przyjęć, o niewystarczających środkach ochrony dla lekarzy, o systemowym problemie, jakim jest - na tle wielu innych wysoko rozwiniętych krajów - bardzo mała liczba oddziałów intensywnej terapii. Władzom wytykano, że ich taktyka - mało testów, ale za to dokładnie wycelowanych w ogniska choroby - przestaje nadążać za rzeczywistością pandemii. Japonia nawet teraz wykonuje dziennie nie więcej niż 7 tysięcy testów. Dla porównania, Niemcy już od tygodni mogą robić ich dziennie ok. 100 tysięcy.

Premier Shinzo Abe rozciągnął 16 kwietnia na cały kraj stan wyjątkowy, zarządzony wcześniej w siedmiu prefekturach, w tym Tokio i Osace. Ale nie uchroniło go to przed zarzutami, że jest pozbawiony słuchu społecznego, że jego komunikaty dla narodu są niejasne, a działania niezdecydowane i spóźnione. Gubernator Tokio Yuriko Koike, polityczna rywalka premiera, już w ostatnich dniach marca wzywała swoich mieszkańców, by rezygnowali z wszelkich aktywności, które nie są niezbędne, a rząd jeszcze się wahał. A gdy już stan wyjątkowy został wprowadzony, wyśmiewano go jako bezzębny, bo zakłada wprawdzie dużo specjalnych uprawnień dla władz, jeśli chodzi o organizowanie środków do walki z pandemią, ale nie daje policji prawa do karania obywateli za ryzykowne zachowania. Japońskie władze nie nakazały zamknięcia biznesów, lokali gastronomicznych, nie ograniczyły obywatelom swobody poruszania się. One tylko zaapelowały o to, licząc na odpowiedzialność obywateli i samodyscyplinę.

Skąd tak niska śmiertelność? Podczas epidemii hiszpanki śmiertelność w Japonii też była niska

Japońska konstytucja bardzo dobrze chroni obywateli przed ograniczeniami narzucanymi przez władzę, ale mimo wszystko rząd mógł narzucić nieco ostrzejsze warunki. Nie zdecydował się na to, co niektórzy uznali za stawianie dobra gospodarki nad dobro obywateli. Ale Japonia nawet podczas najbardziej kryzysowych dni walki z koronawirusem była, w porównaniu do wielu krajów, w bardzo dobrej sytuacji. Współczynnik śmiertelności jest w Japonii bardzo niski, dziś to ledwie 2,7 proc. (dane Johns Hopkins University). Stawiana za wzór na świecie Korea Południowa ma śmiertelność na poziomie 2,3 proc., stawiane za wzór w Europie Niemcy - 3,9. A jeśli chodzi o liczbę zgonów na 100 tysięcy mieszkańców, Japonia jest lepsza nawet od Korei Południowej: 0,31 przy 0,48 w Korei. Zakażeń było w Japonii już ponad 13,7 tys., ale mowa jednak o 125-milionowym kraju. Polska, mając ponad trzykrotnie mniej ludności, ma ponad 12 tysięcy przypadków.

- Skąd taka niska śmiertelność? Nie ma jednego czynnika, jest ich wiele. I raczej nie chodzi o jakość ochrony zdrowia, choć w porównaniu do USA mamy przynajmniej dobry system ubezpieczeń zdrowotnych – analizowała dla Bloomberga Yoko Tsukamoto, profesor uniwersytetu medycznego z wyspy Hokkaido. Jako możliwe wytłumaczenie wskazywała niski wskaźnik otyłości Japończyków. Zwracała też uwagę, że Japonia miała zaskakująco niską śmiertelność również w czasach epidemii hiszpanki. Ale sytuacja na Hokkaido (tutaj mają się odbyć m.in. olimpijskie maratony i zawody chodziarzy, przeniesiono je ze zbyt upalnego na przełomie lipca i sierpnia Tokio) jest akurat przestrogą dla całego kraju. Wyspa jest jedną z najmocniej dotkniętych przez chorobę części kraju, a sytuacja się tutaj ostatnio pogorszyła, ponieważ wcześniej za szybko poluzowano niektóre ograniczenia.

Rząd będzie więc bardzo ostrożny w znoszeniu ograniczeń w innych częściach kraju. Jak informowała w ostatni weekend telewizja NHK, stan wyjątkowy, wstępnie ogłoszony do 6 maja, zapewne zostanie przedłużony.

Przeczytaj także:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .