Minister z rządu PO chwali obecną minister. "Zna się na sporcie. Ale po epidemii nie to będzie priorytetem"

- Pani minister zna się na sporcie, sama była bardzo dobrą zawodniczką i wie, że ważny jest nie tylko sportowiec, ale i wszyscy ludzie, którzy razem z nim pracują na medal - mówi były minister sportu Adam Korol. Mistrz olimpijski i czterokrotny mistrz świata jest dziś wiceprezesem Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich. I uważa, że jesienią trzeba będzie stworzyć listę dyscyplin z największymi szansami na medale w Tokio i mimo kryzysu postarać się zapewnić im jak najlepsze finansowanie.

Łukasz Jachimiak: Pytam byłego ministra sportu: jak według Pana w dobie pandemii koronawirusa z prowadzeniem resortu radzi sobie Danuta Dmowska-Andrzejuk? Podkreślmy, że zadanie ma bardzo trudne. Może ma Pan jakieś dobre podpowiedzi?

Adam Korol: Pani minister dobrze sobie radzi. Przede wszystkim w zapisach tarczy antykryzysowej ministerstwa pojawił się punkt o przedłużeniu stypendiów, a to jest sprawa kluczowa. Wypłata takich samych świadczeń jak do tej pory zapewnia sportowcom komfort przygotowań. Teraz zapewnienie ciągłości wynagrodzenia powinni mieć też trenerzy, lekarze, fizjoterapeuci - sztaby opiekujące się naszymi olimpijczykami. Dla tych ludzi środków też nie może zabraknąć. Myślę, że pani minister na tym się skupi. Ona się zna na sporcie, sama była bardzo dobrą zawodniczką i wie, jak wszystko działa. Wie, że ważny jest nie tylko sportowiec, ale i ci wszyscy ludzie, którzy razem z nim pracują na medal.

Zobacz wideo Czołowe ligi planują powrót do gry.

Ci wszyscy ludzie są finansowani przez związki sportowe. Oni nie dostają stypendiów ministerialnych za dobre wyniki zawodników.

- Zgadza się. Ale związki pieniądze na trenerów mają z ministerstwa.

Obawia się Pan, że finansowanie związków sportowych na rok 2021 nie będzie takie, jak jest w roku 2020?

- Cięcia dotkną każdej dziedziny życia, więc związków sportowych też. Trzeba działać tak, żeby elita nie ucierpiała, żeby nadal mogła się optymalnie przygotowywać do przełożonych na przyszły rok igrzysk.

Jak to zrobić? Wskazać grupę sportów, którym finansowania absolutnie nie wolno zmniejszyć, bo one przynoszą nam najwięcej olimpijskich medali?

- Każdy, kto jedzie na igrzyska, ma szansę zdobyć medal.

Teoretycznie tak, ale w praktyce są tacy kandydaci, jak kiedyś wioślarska czwórka z panem w składzie i tacy, którym medalowych szans nie można odmówić tylko przez grzeczność.

- To prawda. Trzeba się będzie oprzeć na wynikach z ostatniego czasu. Mamy kilka mocnych dyscyplin. Lekkoatletyka, wioślarstwo, kajakarstwo, kolarstwo, siatkówka, żeglarstwo, pływanie, szermierka, zapasy czy podnoszenie ciężarów - tu zdobywamy medale. Trzeba przeanalizować, gdzie są największe szanse i dać pieniądze w pierwszej kolejności na te dyscypliny. Myślę na szybko, ale wiem, że to wszystko będzie szalenie trudne do zrealizowania.

Trudne, tym bardziej że decyzje dotyczące finansowania związków sportowych będą podejmowanie jesienią, a nie teraz. A jesienią sytuacja gospodarcza kraju będzie pewnie znacznie gorsza niż teraz.

- Dokładnie. Niestety, sport bardzo mocno odczuje kryzys gospodarczy. Ubolewam nad tym, bo jako człowiek sportu chciałbym, żeby sport był jedną z głównych gałęzi życia. Ale wiem, że sport priorytetem nie będzie, że w kryzysie sportowcami nikt się nie będzie przejmował w pierwszej kolejności.

Co słychać teraz u Waszych sportowców? Wiem, że większość wioślarskiej kadry od połowy marca trenuje w swoich mieszkaniach, garażach i ogrodach, a co się dzieje z trójką z Portugalii?

- Jaclyn Stelmaszyk wróciła kilka dni temu, a w poniedziałek dotarli do Polski pływająca z nią w dwójce Weronika Deresz oraz Natan Węgrzycki-Szymczyk. Ich łódki są już w Wałczu, a oni - jak my wszyscy - czekają, aż się Wałcz otworzy. Oczywiście jasne jest, że zawodnicy, którzy wrócili z Portugalii, przechodzą teraz kwarantannę. Reszta jest już dawno po kwarantannie, wszyscy trenują u siebie i wszyscy stosują się do zaleceń narzucanych przez rząd.

Od poniedziałku sportowcy mogą biegać i jeździć na rowerach poza domem, a czy mogą trenować na wodzie? Pytam, bo nie znalazłem informacji na ten temat.

- Tego nie można znaleźć, bo zapisu na ten temat nie ma. O rowerze i o bieganie postanowienia są, a o sportach wodnych nie ma nic. Trudno, na razie trzeba się cieszyć z tego, że rower stacjonarny można zmienić na zwykły, że można wyjść pobiegać. A pływać trzeba nadal sztucznie, na ergometrze. Na wodę nikt nie zejdzie na własną rękę, bo najpierw trzeba wyciągnąć łódkę, która stoi w klubie. A kluby nadal są pozamykane.

Nasi olimpijczycy denerwują się, że to tak wygląda? A może wobec tego, że nie ma żadnych zawodów na horyzoncie, specjalnie nie zależy im, żeby zaraz pływać i zgrupować się w Wałczu?

- Zależy im, wszyscy chcą wrócić do normalnej pracy. W marcu w Portugalii robili mocną pracę, bo w kwietniu miał się odbyć pierwszy Puchar Świata. Łapali wysoką formę. Sprawdziany na ergometrach to pokazują. Jest forma, nie ma co z nią zrobić, więc jest tęsknota za zejściem na wodę, za popływaniem.

Macie informacje od dyrektora COS-u w Wałczu albo od kogokolwiek, kiedy ten ośrodek może się otworzyć? Z ministerstwa wyszła informacje, że COS-y mogą się otworzyć po 20 kwietnia, no i 20 kwietnia minął.

- Wszystko zależy od rządu i od ministerstwa sportu. Na pewno trzeba trochę czasu na przygotowanie ośrodków. Pewnie zdaje pan sobie sprawę z tego, że umieszczenie zawodników w COS-ach pociąga za sobą konieczność zamknięcia razem ze sportowcami całej obsługi.

Wiem, że tak być powinno, jeśli sportowcy faktycznie mają być w COS-ach bezpieczni. Ale nie wiem, czy tak będzie. Bo czy naprawdę przykładowy kucharz zgodzi się zamknąć na kilka tygodni ze sportowcami? Dlaczego miałby zrezygnować z życia w swojej rodzinie?

- Nie wyobrażam sobie, żeby w COS-ach zostali zamknięci sportowcy, a jednocześnie, żeby pracownicy obsługi wracali do domu i następnego dnia znów przyjeżdżali do COS-u. Ryzyko byłoby ogromne, ktoś w końcu przyniósłby koronawirusa i zaraził sportowców. Nie wiem, czy pracownicy obsługi będą gotowi zrezygnować ze swojego normalnego życia, ale słyszałem, że COS-y będą funkcjonowały tylko z dużymi obostrzeniami, więc wyobrażam sobie, że ta sprawa zostanie rozwiązana tak, żeby nikogo nie narażać. Minie jeszcze chwila, zanim COS-y ruszą. Ale spokojnie, zróbmy to dobrze, pędzić nie trzeba. Na przykład w wioślarstwie mistrzostwa Europy w Poznaniu mają się odbyć w październiku. Czyli czasu na przygotowanie trochę jest. Zwłaszcza że przygotowania zawodnicy zaczną z wysokiego poziomu, bo przecież są w ciągłym treningu.

Są, ale w jakim? Panu zdarzyło się kiedykolwiek w sezonie mieć półtoramiesięczną przerwę od mocnego treningu?

- Nigdy takiej przerwy nie miałem. Najdłuższe przerwy, miesięczne, były zawsze po głównej imprezie. Wtedy można było nic nie robić, ale i tak zawsze każdy z naszej czwórki wybierał inne formy ruchu niż wioślarstwo.

Jako mistrz olimpijski i czterokrotny mistrz świata przeżył Pan pewnie niejedne bardzo trudne przygotowania, ale chyba nigdy nie miał Pan aż tak zaburzonego okresu pracy przed wielką imprezą jak olimpijczycy szykujący się do igrzysk w Tokio?

- To prawda, nigdy czegoś takiego nie miałem. Najtrudniejszy moment naszej czwórki przyszedł w końcówce przygotowań do igrzysk w Pekinie w 2008 roku. Pojechaliśmy do Chin na zgrupowanie aklimatyzacyjne na dwa i pół tygodnia przed startem. Czuliśmy się fatalnie, bardzo źle się nam pływało. Mieliśmy problem z prędkością łodzi, z przestawieniem się na tamten czas, z jedzeniem, z wilgotnością - ze wszystkim. Jak nam nie szło pierwszego dnia, to każdego kolejnego nie szło nam jeszcze bardziej. Bardzo długo szukaliśmy przyczyny i nie potrafiliśmy nic wymyślić. W końcu na trzy dni przed startem pojechaliśmy na tor w Pekinie. I nagle poczuliśmy się, jakby ktoś machnął na nad nami złotą różdżką. Od pierwszego zejścia na wodę łódka nam zaczęła frunąć. Ale nigdy nie zapomnę, że jechaliśmy na olimpijski tor z bardzo ciężkimi sercami. Tak bardzo, że trudno opowiedzieć. Nie mogliśmy się nadziwić, gdzie my zgubiliśmy naszą jazdę. W Polsce w przygotowaniach pływało nam się bardzo dobrze, a w Chinach nagle przyszła bezradność. Na szczęście skończyło się dobrze, wywalczyliśmy upragnione złoto.

Wróćmy do COS-ów, do Wałcza - czy zarząd Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich nie zastanawiał się nad inną opcją? Może warto byłoby kadrę olimpijską wysłać do jakieś małego ośrodka - nawet w innym kraju, jeśli w Polsce nie byłoby odpowiedniego - bez obsługi? Sportowcy i trenerzy na pewno poradziliby sobie z gotowaniem i sprzątaniem.

- Nie rozważaliśmy takiego scenariusza. Kadra olimpijska jest duża, zakwalifikowanych na igrzyska mamy już 20 zawodników, a kilkoro kolejnych szykuje się do kwalifikacji. Do tego dochodzi sztab. Taka grupa musi mieć zagwarantowany najwyższy poziom i komfort przygotowań. Trudno nagle znaleźć inny tak dobry ośrodek jak Wałcz. Tam nasi zawodnicy nie tylko schodzą na wodę, ale też pracują na siłowni, na sali gimnastycznej, korzystają z gabinetów fizjoterapii, z odnowy biologicznej. Wynajmowanie domu nie wiadomo gdzie, szukanie czegoś w tak trudnym czasie, przetransportowanie łodzi? Nie wyobrażam sobie tego wszystkiego. Wałcz od lat nam się sprawdza, nie można teraz na wariata szukać innej opcji. To miejsce daje nam komfortowe warunki przygotowań. Lepszego sobie nie wyobrażam.