Kwiatkowski tworzy ekstremalne warunki w łazience. "Tracę do 2 litrów wody w organizmie"

Michał Kwiatkowski wchodzi do łazienki, włącza ogrzewanie i odkręca gorącą wodę. Ubiera się jak na minus 30 stopni i zaczyna trening, gdy temperatura osiągnie +39 stopni Celsjusza. To imitacja warunków, jakie zastanie na igrzyskach olimpijskich w Tokio. - Nie wiem czy ja ciężko trenuję - mówi kolarski mistrz świata z 2014 roku. Ale wie, że czas kwarantanny spędzany we Francji jest dla niego wyjątkowy. - Traktuję go jak szansę od życia - opowiada.

W czerwcu Kwiatkowski skończy 30 lat. Od kilku dobrych lat jest czołowym kolarzem świata. Wygrywał wielkie klasyki, zajmował wysokie miejsca na etapach wielkich tourów, Tour de France potrafił kończyć na 11. miejscu w klasyfikacji generalnej i jako najmocniejszy pomocnik Chrisa Froome'a, który wygrywał wyścig. W 2014 roku wywalczył złoty medal mistrzostw świata, a w 2016 roku pomógł Rafałowi Majce zdobyć brąz igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro. Teraz - na długiej, przymusowej przerwie od startów - Kwiato prowadzi się tak, by po powrocie z niej kolekcjonować kolejne sukcesy. I jednocześnie żeby nie stracić z oczu tego, co ważne poza sportem.

Zobacz wideo Włoszczowska o problemach z igrzyskami. Zwraca uwagę na kontrole antydopingowe

Łukasz Jachimiak: Cały czas przebywasz we Francji i cały czas nie możesz trenować poza domem?

Michał Kwiatkowski: Zgadza się. Kiedy ogłosili tu prawdziwy lockdown, to z przepisów jasno nie wynikało czy możemy trenować, czy nie. Myślałem, że skoro mam licencję zawodowca, to mogę trenować na zewnątrz, bo to moja praca. Ale ludzie rzucili się na promenady, zaczęli biegać, jeździć na rowerach. I wtedy wszedł przepis dokładnie mówiący, że nie można uprawiać sportu. Od tego czasu nie trenuję normalnie. Straciłem rachubę i nie powiem, ile to już trwa. Ale w kalendarzu mam to zaznaczone, ten dzień znajduje się w kółeczku. Mógłbym pójść i sprawdzić, tylko że ja zupełnie nie myślę o tym, kiedy wrócę na rower. Niby pojawia się data 11 maja. Ale nie chcę sobie tej daty wbijać do głowy, bo lepiej się za wcześnie nie nastawiać, nie robić sobie nadziei, że się trenażer w końcu zamieni na wyjście na szosę. Teraz trenuję bez patrzenia na daty. To by było za trudne. Skupiam się na celach, które są tuż przede mną: co zrobić rano, a co wieczorem, jak przebrnąć przez dzień.

Nie masz dość trenażerów? Peter Sagan powiedział, że jest kolarzem prawdziwym, a nie wirtualnym i zrezygnował ze startów na Zwifcie.

- Sagan od zawsze jest showmanem i wie, co powiedzieć w mediach. Ale nie wiadomo czy robi to, co mówi. Może niektórzy też wszystko odstawią i powiedzą, że chcą być jak Sagan, a mi się nie wydaje, żeby to było zdrowe podejście. Ja siebie traktuję teraz niekoniecznie jak sportowca, który się do czegoś przygotowuje, tylko jak człowieka, który przez wiele lat był na wysokich obrotach i nie może nagle zrezygnować ze wszystkiego dlatego, że nie ma przed sobą konkretnego celu. Uprawiam sport, podtrzymuję się w ruchu codziennie, pracuję nad tym, żeby mój organizm cały czas dostawał bodziec, żeby moje serce nie zgłupiało i żebym nie dostał arytmii, gdy za jakiś czas przyjdzie mi wystartować w Tour de France. Ale to, że nie staram się odtworzyć wszystkiego, co robiłem na szosie nie znaczy, że nie jestem wydajny. Z każdej minuty spędzanej na trenażerze i w siłowni wyciskam 100 procent. Nie ma ani jednej pustej minuty. Jak coś robię, to na maksa. Nie może być tak, że siadam na trenażer, kręcę i jednocześnie oglądam sobie Netfliksa albo do kogoś dzwonię. Koniec z multizadaniowością. Jak trenujesz, to tylko trenuj. Jak jesz śniadanie z rodziną, to tylko jedz śniadanie z rodziną. Jak gotujesz, to gotuj.

Ty gotujesz?

- Raczej gotuje moja żona, Agata. Ale ja też lubię. Oboje w kuchni skaczemy z inspiracji na inspirację i uczymy się robić kolejne rzeczy. Na przykład wypiekać chleb.

Chleb to Twoja specjalność?

- Dwa razy upiekłem. Zacząłem od zera, od wytworzenia zakwasu, co mi zajęło siedem dni. Nigdy nie wybieram półśrodków, nie myślę, że coś trwa za długo. No i moje pieczenie chleba trwało 24 godziny. Nie spodziewałem się, że tyle potrwa, przestrzeliłem z rozpoczęciem tego wszystkiego i w efekcie ciasto skończyłem wyrabiać o drugiej w nocy. Ale dopiąłem swego, rano chleb wypiekłem.

Przebywasz we Francji, najlepiej widzisz, jak Francuzi są zdeterminowani, żeby zorganizować Tour de France. Wyobrażasz sobie, że w tym roku to będzie taki wyścig, jaki znasz z tylko takim zastrzeżeniem, że przesunięty w czasie o dwa miesiące?

- Nie jestem epidemiologiem, żeby takie rzeczy przewidzieć. Ale odsunięcie wszystkiego w czasie jak najdalej to dobra decyzja UCI. Międzynarodowa Unia Kolarska próbuje pogodzić interesy wszystkich organizatorów wielkich imprez. Nie wiem czy Tour de France jest możliwy do zorganizowania, ale mam nadzieję, że każdy zachowa zdrowy rozsądek i że walka z koronawirusem dalej będzie szła w dobrym kierunku, a jeśli będzie jakiekolwiek ryzyko, to nikt nie będzie chciał żadnego wydarzenia sportowego organizować na siłę. Jeśli naprawdę będzie bezpiecznie, to jak najbardziej będę za startem.

Ty jesteś pewny miejsca w składzie swojej grupy na Tour de France?

- Zawsze się poczuwam, że jestem w tej drużynie. Ciąży na mnie odpowiedzialność, przygotowuję się do tego.

Podobno Chris Froome strasznie haruje, bo chce skorzystać z przełożenia TdF o dwa miesiące i ma nadzieję zdążyć wypracować wielką formę po kontuzji. Ty już trochę o swoim aktualnym treningu powiedziałeś, a potrafisz ocenić, jak daleko jesteś od swojego maximum?

- Trudno mi ocenić gdzie jest maximum.

Może wyraź to kilometrami - ile przejechałbyś od początku sezonu do teraz, gdyby to był normalny sezon, a ile przejechałeś?

- Normalnie na szosie trenuję przez 20-30 godzin tygodniowo. To jest wyznacznik objętości. Natomiast teraz bodźcuję się na wiele różnych sposobów, nie tylko jeżdżę na trenażerze. I trudno przeliczyć wszystko co robię, bo żaden trener nie ma doświadczenia co i jak robić przez tak długi okres dziwnego trenowania. Każdy teraz próbuje nowych rzeczy. Tak naprawdę nie wiem co robi Chris. A ja trenuję tak, jak powinienem. Tak czuję. Nie chodzi o to, żeby się ścigać kto więcej przejedzie na trenażerze, tylko o to, żeby znaleźć swój złoty środek. Przez cały okres kwarantanny nie miałem ani jednego dnia zwątpienia, kryzysu. A skoro tak, to wszystko co robię jest wyważone. Podtrzymuję poziom, który bym chciał podtrzymać. Dbam o siłę, wytrzymałość, szybkość. Gdybym teraz wrócił na szosę, to czułbym, że nie straciłem nic poza objętością treningu.

Co to znaczy, że bodźcujesz się na wiele różnych sposobów?

- Od wielu tygodni śpię na wysokości, w namiocie tlenowym. Codziennie rano robię coś, co miało być moim przygotowaniem do Tokio. To jest trening w warunkach ekstremalnych, w bardzo wysokiej temperaturze i wilgotności. Codziennie przed śniadaniem robię sesję 30-, 35-minutową, kiedy podnoszę temperaturę ciała do 39 stopni. Objętości w tym za dużo nie ma, ale efekt jest naprawdę odpowiedni. Po śniadaniu mam 90-minutową sesję na trenażerze z konkretnymi ćwiczeniami. Później mam półgodzinną sesję na siłowni. Mam cztery dni takiego treningu i jeden dzień wolny. Tak wygląda mój plan od początku kwarantanny.

Jak podnosisz temperaturę ciała do 39 stopni? Czujesz się wtedy jak w gorączce?

- Nie mam sauny, ale w łazience robię sobie podobne warunki. Mam ogrzewanie podłogowe i grzejnik, z prysznica puszczam gorącą wodę. Podnoszę wilgotność w pomieszczeniu do ponad 90 proc. W Tokio na przełomie lipca i sierpnia właśnie wilgotność i temperatura są głównym przeciwnikiem. Podczas takiej 35-minutowej sesji mój "sweat rate" [wskaźnik pocenia się] jest bardzo wysoki i tracę od 1,5 do 2 litrów wody w organizmie. Łatwo zrobić sobie trudne warunki.

Zrozumiałem, że podnosisz temperaturę swojego ciała, a nie pomieszczenia, w którym trenujesz.

- Ciała też.

W jaki sposób?

- Jak się jedzie w takich warunkach, a ubiera się jak na minus 30 stopni, to łatwo jest to zrobić. Gdybym miał saunę, wolałbym wskoczyć do niej, w 90 stopni. Ale nie mam. Nigdy na taki trening nie miałem czasu, teraz mam. Nie wiem czy ja w sumie ciężko trenuję, trudno mi to ocenić, odnieść do poprzednich lat, miesięcy. Ale chyba nie chodzi o to, żeby schodzić z trenażera i umierać, tylko żeby utrzymać mentalność dążenia do czegoś, do doskonalenia siebie, do bycia coraz lepszym. Chęć tylko wykrzesania z siebie wszystkiego byłaby ślepa. W takim przypadku tylko czekać, kiedy organizm zostanie przetrenowany. To droga donikąd.

Wyścigi na Zwifcie traktujesz jak zabawę czy jest to namiastka rywalizacji, bo jednak sterujesz zawodnikiem, pedałując na trenażerze?

- Wyścig wewnętrzny grupy Ineos był trochę rywalizacją, chociaż wyniki zobaczyłem dopiero na koniec i się zdziwiłem, bo nie wiedziałem, że jestem w takiej formie, żeby robić takie rzeczy [Kwiatkowski był trzeci w gronie 30 zawodników swojej grupy]. Ale ogólnie trudno to ściganie odnieść do ścigania się na szosie. Nie da się. Takie występy są przede wszystkim szansą, żeby mieć stały kontakt z kibicami. Tak było w przypadku Wyścigu z Pokoju w Eurosporcie. To jest fajna alternatywa w tym okresie. Było wiele zabawy, o to chodziło. Jestem otwarty na kolejne występy. To jest też tak, że nie startując nie jestem w stanie zapewnić sponsorom tego, za co płacą. Dlatego chociaż nie ścigam się w normalnych wyścigach, to ścigam się wirtualnie, jestem nadal aktywny w social mediach, robię co do mnie należy, wywiązuję się z kontraktu na ile mogę. Robię swoje.

Twój kontrakt wygasa z końcem sezonu. Negocjujesz nowy?

- Tak, jestem na dobrej drodze, żeby zostać w drużynie na dłużej. Chociaż teraz to nic nie wiadomo.

To jesteś na dobrej drodze czy nic nie wiadomo?

- Wydaje mi się, że jestem na dobrej drodze, żeby zostać na dłużej, szczególnie w tej sytuacji, w jakiej jest teraz kolarstwo. Biorę pod uwagę, jak szefostwo mojej grupy podchodziło do kolarzy, gdy ci mieli kontuzje. Szefowie zawsze stawali za zawodnikami. Często słyszymy, że kolarze po trzech miesiącach od kontuzji mieli obcinane pensje, mimo że kontuzji doznawali w wyścigach. W grupie Ineos nigdy tak nie było, kolarze zawsze dostawali wsparcie. Teraz wszyscy są w trudnej sytuacji, my, kolarze, nie mamy na to wpływu. Spodziewam się, że kolarze, którym kontrakt się kończy, swoją szansę na dalszą jazdę w ekipie dostaną.

Pandemia sprawiła, że wiele grup martwi się swoją sytuacją, niektóre mogą tego czasu nie przetrwać. Ineos ma jakieś kłopoty?

- Nie odczuwam żadnych kłopotów poza tym, że nie ma ścigania. Ekipa nie mówi o problemach finansowych. W naszej drużynie są osoby, które nie widzą sytuacji bez wyjścia. Przykładem stworzenie linii produkcyjnej żeli antybakteryjnych. Czapki z głów dla osób, które - jak Dave [Brailsford - szef grupy] - nie stały w miejscu, nie zamartwiały się, tylko będąc zatrudnionym w ekipie kolarskiej pomagały w realizacji zadań, które nie mają nic wspólnego z kolarstwem. Widzę, że oni sobie nie zaprzątają głowy tym, co się złego stanie, jeśli długo nie będziemy się ścigać. I ja sobie też tym nie zaprzątam głowy. Słyszymy o obniżkach pensji, o tym, że niektóre grupy mogą nie przetrwać. Ale i tak sportowcy z innych dyscyplin cierpią bardziej niż kolarze. Nasz sport jest zbudowany w oparciu o kontrakty, często wieloletnie. To sport zawodowy. Nie podlegamy tylko wynikom z igrzysk olimpijskich.

Widać i słychać, że jesteś spokojny, że Ciebie pandemia nie wytrąca z równowagi, a czy jesteś w stanie zrozumieć Rohana Dennisa? Twój kolega z grupy nie wytrzymał i w mediach społecznościowych pochwalił się złamaniem kwarantanny, komentując, że COVID-19 i kwarantanna mogą go pocałować w d...

- Ciężko mi się wypowiadać na ten temat, bo ludzie różnie mogą reagować na zamknięcie. Ja mam swój sposób na kwarantannę i jestem szczęśliwy, że jestem tu gdzie jestem, że przebywam ze swoją żoną i z naszym pieskiem. Świetnie się bawię. Traktuję kwarantannę jako szansę od życia, żeby zrealizować coś innego, żeby spędzić czas z Agatą, żeby później nie mieć wyrzytów, że miałem tyle czasu, a go zmarnowałem. Nie chcę oceniać dlaczego inne osoby, w tym mój kolega z zespołu, sobie z tą sytuacją nie radzą.

Pozostańmy w temacie człowieczeństwa i powiedz, co się dzieje z Twoimi apartamentami w Toruniu. Mieszkają w nich lekarze?

- Głównie pielęgniarki. Jest dużo zapytań. W tym momencie kilka apartamentów jest zajętych i zgłaszają się kolejne osoby. To była szybka decyzja, chciałem pomóc. Jednak teraz widzę, że to nie jest rozwiązanie problemów pierwszej potrzeby. Przede wszystkim medycy powinni mieć dostęp do maseczek, kombinezonów i wszelkich innych środków do walki z koronawirusem. Moja pomoc to odpowiedź na apel prezydenta Torunia. Trudno było patrzeć, jak bardzo on się martwi [Kwiatkowski zareagował na nagranie TVN24, na którym widać, jak prezydent Michał Zaleski płacze, mówiąc o trudnej sytuacji torunian]. Możliwość skorzystania z apartamentu, żeby nie narażać rodziny we własnym domu, to nie jest rozwiązanie problemu. Ale skoro chociaż tak mogłem ich wesprzeć, to cieszę się, że ktoś z tej pomocy korzysta.

Wyobrażasz sobie pierwsze wyścigi po pandemii? Spodziewasz się zaskakujących wyników?

- Na pewno wiele osób sobie nie radzi z tym, co się teraz dzieje, a wiele osób wyjedzie z tego okresu będąc dużo silniejszymi. W tym, mam nadzieję, ja. Chciałbym, żeby sezon znów ruszył, bo to by znaczyło, że sobie poradziliśmy z koronawirusem. Ale jeżeli ruszy, to nie chciałbym, żeby stał się sezonem wymówek. "Nie miałem dobrych przygotowań", "Przeszkadzał mi koronawirus" - tak pewnie wielu sportowców będzie tłumaczyło swoje niepowodzenia. Ja tak nie będę mówił, ja się będę cieszył, że mogę się ponownie ścigać.

Chciałbyś się ścigać tak dużo, żeby chwilę przed Tour de France pojechać w Tour de Pologne?

- Etapówka? Jak najbardziej. Tyle że wciąż ostatecznego kalendarza nie ma. Gdybamy. Jeżeli się da, to chętnie pojadę i w Tour de Pologne, i w Dauphine Libere. Dwie etapówki przejechać przed Tour de France - to by nawet było wskazane. Tylko nie wiem czy się nie złapię na 14 dni kwarantanny, jak przyjadę do Polski. Najwyżej będę musiał przyjechać wcześniej.

O igrzyskach myślisz czy po przełożeniu ich na rok 2021 kompletnie nie?

- Mam nadzieję, że nie będę musiał robić moich sesji tropikalnych aż do 2021 roku, bo mogę nie wytrzymać, ha, ha. Igrzyska były ważne przez kilka ostatnich miesięcy. Nie zmieniam priorytetów, chociaż ciężko mi teraz planować sezon 2021, skoro nie mam sygnałów jak ma wyglądać rok 2020. Ale biorąc pod uwagę prestiż i trasę w Tokio, na pewno igrzyska będą jednym z moich ważnych celów.