"Myślałam, że nie przeżyję kolejnego dnia. Młodszy syn też miał dodatni wynik"

Agnieszka Albińska-Szafran, rzeczniczka żużlowego Orła Łódź, została zakażona koronawirusem. - Jestem młodą osobą, lecz momentami myślałam, że nie przeżyję kolejnego dnia - opowiedziała o swojej chorobie, w rozmowie z łódzkim oddziałem "Gazety Wyborczej".

Pandemia koronawirusa sprawiła, że nie udało się rozpocząć żużlowego sezonu ligowego w Polsce. Na razie nie wiadomo, kiedy możliwy będzie jego początek. Sport zszedł jednak na dalszy plan, bo wiele osób związanych z klubami przeżywa swoje dramaty. Jedną z takich osób jest Agnieszka Albińska-Szafran, rzeczniczka Orła Łódź.

Zobacz wideo Sportowa rozmowa dnia. Z Zygmuntem Smalcerzem, mistrzem olimpijskim w podnoszeniu ciężarów z 1972 roku, rozmawia Michał Gąsiorowski

W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" przyznała, że ona i jej najmłodszy syn walczą z zakażeniem koronawirusem. - Początkowy stan można porównać do typowej grypy. Należę do osób przestrzegających restrykcji, bez powodu nie wychodzę z domu, starszy syn nie chodzi do szkoły. Wychodziłam tylko do osiedlowego sklepu po niezbędne zakupy, wracałam szybko do domu i tak mijał dzień za dniem - opowiada o swojej chorobie.

"Sytuacja stała się bardzo poważna"

Sytuacja bardzo szybko stała się jednak znacznie trudniejsza. - Na drugi dzień pojawiły się objawy zaniku smaku i węchu. Bardzo dziwne. Okropnie się przestraszyłam. Zadzwoniłam na infolinię do NFZ, skąd skierowano mnie do łódzkiego sanepidu. Stamtąd odesłano mnie do pogotowia ratunkowego, gdzie z kolei usłyszałam, że w ciągu 24 godzin przyjedzie do mnie karetka, a najpóźniej następnego dnia, aby lekarz mógł zrobić nam wymazy. Nikt się jednak nie pojawił. Zadzwoniłam więc znów do sanepidu, w którym zostało wreszcie wystawione zlecenie na pobranie wymazów. Przyjechała pani, pobrała próbki i po 24 godzinach się okazało, że ja i mój młodszy syn mamy wynik pozytywny. Starszy syn, ośmioletni, miał wynik ujemny - dodała Albińska-Szafran.

Sytuacja po kilku dniach stała jednak znacznie bardziej poważna. - Kilka dni temu ponownie wezwałam pogotowie, bo ból w klatce piersiowej znów stał się okropny. Przyjechało pogotowie, a lekarz chciał mnie nawet przewieźć do szpitala. Ale był problem z dwójką malutkich dzieci, bo nikt obcy nie mógł wejść do mojego mieszkania. Młodszy syn miał wynik dodatni, a drugi chłopiec przechodził kwarantannę. Dziś mogę otwarcie powiedzieć, że cały program walki z wirusem jest źle zorganizowany. Konieczne jest błaganie, by został wykonany test. Konieczne jest wykonanie miliona telefonów, mnóstwo próśb do różnych instytucji. To był prawdziwy koszmar - zakończyła rzeczniczka Orła Łódź.

Przeczytaj także: