Kontrowersyjny pomysł Amerykanów. Zupełnie nowy program. "Oby nie wyciekły intymne nagrania"

Sportowiec oddaje mocz i pobiera sobie krew, a kontroler obserwuje to na żywo przez FaceTime'a albo Zooma - tak wyglądają testy antydopingowe, które w dobie pandemii koronawirusa wprowadziła Amerykańska Agencja Antydopingowa. - Krajowe agencje się temu przyglądają, przygląda się też Światowa Agencja Antydopingowa. To pierwszy krok w dobrą stronę, ale jeszcze nie rewolucja - twierdzi Michał Rynkowski, szef Polskiego Agencji Antydopingowej.

Amerykańska Agencja Antydopingowa USADA postanowiła działać, bo działać trzeba. Przez pandemię kontrolerzy w mniejszym zakresie jeżdżą do sportowców, więc ci są sprawdzani rzadziej. To problem całego sportowego świata, nie tylko Ameryki.

Zobacz wideo Czołowe ligi planują powrót do gry.

- Pamiętajmy, że kontrole antydopingowe to niejedyny oręż, którym dysponuje środowisko antydopingowe. Bez zakłóceń funkcjonują działania śledcze oraz programy paszportów biologicznych i monitorowania danych pobytowych - mówi w rozmowie ze Sport.pl Rynkowski. Ale szef POLADA przyznaje, że testować zawodników trzeba na większą skalę niż się to obecnie dzieje.

Gwiazdy ochotnikami. Nie boją się?

"Zamierzamy nasz program rozwinąć i podczas tego kryzysu wynaleźć siebie na nowo. Mamy nadzieję wypracować rozwiązania, które będą miały wpływ na przyszłość światowego systemu antydopingu" - mówi cytowany przez Reutersa dyrektor generalny USADA Travis Tygart.

Rynkowski dobrze zna założenia programu, który właśnie ruszył. - To na razie pilotaż. Amerykanie zaczęli zdalną kontrolę na 15 zawodnikach, którzy dobrowolnie zgłosili się do programu - mówi.

Uzupełnijmy, że w gronie ochotników są gwiazdy. To na przykład pływaczka Katie Ledecky, która już jako 15-latka zdobyła swoje pierwsze olimpijskie złoto, a w sumie ma ich pięć. To sześciokrotna mistrzyni olimpijska w lekkoatletyce, sprinterka Allyson Felix. To także Noah Lyles, mistrz świata w biegu na 200 m i w sztafecie 4x100 m z ubiegłorocznych lekkoatletycznych MŚ w Dausze.

- Co do zasady idea jest słuszna i wydaje się obiecująca. Bardzo dobrze, że gwiazdy pomagają promować program. Ale pewne wątpliwości się pojawiają - mówi Rynkowski.

One dotyczą w tej samej mierze wiarygodności testów i bezpieczeństwa testowanych. - Przecież ci znani zawodnicy pokazują się w transmisji wideo w bardzo intymnych sytuacjach. Byłoby to wyjątkowo niefortunne, gdyby takie dane wyciekły. Trzeba się zastanowić czy realizacja kontroli za pośrednictwem ogólnodostępnych platform komunikacyjnych to dobre rozwiązanie, czy nie wypadałoby jednak stworzyć czegoś dedykowanego dla tego programu. Ale rozumiem, że to jest rozwiązanie ad hoc [doraźne], więc korzysta się z tego, co jest aktualnie dostępne - mówi szef POLADA, skupiając się najpierw na bezpieczeństwie sportowców. - O Zoomie wiadomo, że kiedyś doszło do wycieku danych kilku tysięcy użytkowników - dodaje Rynkowski.

Wiarygodność zależna od ustawienia kamery?

Wiadomo też, że nie ma takiej platformy komunikacyjnej, która zawsze zapewni transmisję wysokiej jakości. A niska rozdzielczość znacznie utrudni zadanie kontrolerowi. - Problemem będzie np. plombowanie próbek. Podczas tradycyjnego badania kontroler o to dba, a przy badaniu zdalnym wszystko obserwuje sprzed ekranu i na pewno w niektórych wypadkach będzie mu trudno we wnikliwy sposób nadzorować cały proces - tłumaczy Rynkowski.

USADA ma pewność, że dostanie ten pojemnik, który sportowcowi wysłała, bo każda próbka jest opisana. Ale historia dopingowych oszustw to historia kreatywności oszustów. Skoro potrafili podmieniać mocz, mimo osobistej obecności kontrolera, to teraz - w warunkach bardziej sprzyjających nieuczciwości - też będą w stanie to zrobić. - Może dojść do próby użycia czystego moczu, który zawodnik wcześniej sobie przygotował i przy okazji zdalnej kontroli będzie chciał przelać do próbki, korzystając choćby z tego, jak będzie ustawiona kamera i jaka będzie jakość połączenia - tłumaczy Rynkowski. - W celu zminimalizowania możliwości manipulacji zawodnik powinien dokonać pomiaru temperatury oddanej próbki moczu, która powinna być bliska temperaturze ciała - dodaje.

Sucha krew, gorsza krew

Znacznie trudniej będzie o manipulacje podczas badania krwi. Ale za to metoda jej pobierania przyjęta na potrzeby zdalnego testu nie da szansy wykrycia tak wielu substancji, jak metoda tradycyjna.

- Podczas klasycznego testu kontroler pobiera krew z żyły sportowca tak jak my mamy pobieraną krew w ramach standardowych badań. W zdalnych testach pobranie krwi wygląda trochę tak, jak działanie cukrzyka kontrolującego poziom cukru w swoim organizmie. Testowanemu przysyła się urządzenie mające kształt dysku. Ten dysk przykłada się np. do ramienia, naciska się go, a on dokonuje mikronakłucia, pobiera próbkę krwi i od razu ją zabezpiecza - opowiada Rynkowski. - Niestety, ta "sucha" krew nie daje takich możliwości analitycznych, jak krew w normalnym stanie, a więc jest to metoda o węższym zakresie detekcji. Niemniej jednak, na pewno jest to jakieś rozwiązanie, żeby wykrywać u sportowców konkretne substancje zabronione, np. hormon wzrostu - dodaje szef POLADA.

Polscy kontrolerzy czekają na odmrożenie

Polska Agencja Antydopingowa działaniom swoich kolegów z USA przygląda się z nadzieją, że program będzie się rozwijał. - To na pewno krok w dobrym kierunku. To chęć pójścia w stronę kontroli bez obecności kontrolerów na miejscu. Ale to dopiero pierwsza taka próba, a więc to jeszcze nie jest rewolucja w systemie przeprowadzania testów. Trzeba głębszej refleksji i dopracowania szczegółów - mówi Rynkowski.

Inicjatyw podobnych do amerykańskiej POLADA na razie nie planuje. - My za chwilę wrócimy do wykonywania większej liczby kontroli bezpośrednich. Lada dzień ma się zacząć odmrażanie polskiego sportu, więc równolegle będziemy podejmować działania, oczywiście odpowiednio dostosowane do okoliczności. Będziemy wysyłać kontrolerów do ośrodków, w których nasi sportowcy zaczną trenować. Każdy kontroler będzie w masce, w rękawicach, zachowa wszelkie środki ostrożności. Zdrowie zawodników i personelu POLADA jest najważniejsze, nikogo nie możemy narazić - podsumowuje Rynkowski.