Minister chce odmrażać polski sport. "Pokojowe i kucharki mogą przynieść wirusa"

- Każdy musi zdać sobie sprawę z ryzyka. Pokojowe czy kucharki nie będą odizolowane razem ze sportowcami, tylko po kilku godzinach pracy będą wracały do swoich domów. Obsługa może przynieść wirusa - mówi Grzegorz Kotowicz. Z byłym kajakarzem i byłym dyrektorem Centralnych Ośrodków Sportu rozmawiamy o planie otwarcia COS-ów tylko dla olimpijczyków szykujących się do igrzysk w Tokio. Minister sportu Danuta Dmowska-Andrzejuk chce, by rząd pozwolił umieszczać zawodników w COS-ach od 20 kwietnia.

Kotowicz to brązowy medalista igrzysk olimpijskich Barcelona 1992 i Sydney 2000. Po zakończeniu kariery przez dziewięć lat prowadził Centralne Ośrodki Sportu w Szczyrku i Zakopanem. Czy jego zdaniem mimo wciąż zagrażającej nam pandemii koronawirusa COS-y można przekształcić w domy dla kilkuset sportowców?

Zobacz wideo Jarosław Cecherz o walce z koronawirusem: Spojrzałem w lustro i się przestraszyłem

Łukasz Jachimiak: Olimpijczycy szykujący się do igrzysk w Tokio mają zostać rozlokowani do COS-ów i w nich trenować. Bazując na swoim doświadczeniu, potrafi Pan ocenić, jak trudna do przeprowadzenia będzie ta operacja?

Grzegorz Kotowicz: Na pewno będzie to bardzo trudne i nie widzę możliwości, żeby sportowców całkowicie zabezpieczyć przed zarażeniem koronawirusem. Oczywiście trzeba będzie ich maksymalnie od świata odizolować, od siebie nawzajem też. Wszystkie pokoje trzeba będzie uznać za jednoosobowe. Trzeba będzie opracować system posiłków, bo nie może być tak, że wszyscy się na nich spotykają. Takich technicznych kwestii do opracowania jest bardzo dużo. Oczywiście można wszystko zaplanować. Ale najpierw - moim zdaniem - trzeba się jeszcze uważnie przyjrzeć skali epidemii. Jasne że w którymś momencie trzeba podjąć decyzję o powrocie do treningów, ale nie wiem czy już jest na taką decyzję dobry moment. Wydaje mi się, że jeszcze nie, że dobrze byłoby jeszcze poczekać. Łatwiejsze do realizacji byłoby to w połowie maja niż już od 20 kwietnia. Najbezpieczniej jest wciąż trenować w domu, samemu. Ale oczywiście tak się nie da pracować w pełnym wymiarze.

Po pięciu-sześciu tygodniach takiej pracy chyba trudno byłoby znaleźć sportowca, który powiedziałby, że to mu wystarcza i nie wybierze się do któregoś z mających się zaraz otworzyć COS-ów?

- Jasne, że pływacy muszą mieć dostęp do basenów, że kajakarze i wioślarze potrzebują pobytu w Wałczu i dostępu do jeziora, że przedstawiciele sportów walki muszą się spotkać z kolegami, żeby normalnie potrenować. Muszą być też sztaby, żeby poprowadzić sportowców w normalnej pracy. Ale tym samym przybywa nam ludzi, których trzeba zakwaterować w COS-ach. A skoro tak, to trudno będzie o izolację. Przecież dodać trzeba jeszcze pracowników kuchni, pokojowe czy pracowników obsługi technicznej obiektów. Im większa grupa, tym większe będzie ryzyko zarażenia. A byłoby bardzo źle, gdyby przez koronawirusa zaczęła chorować elita polskiego sportu. Osoby decydujące o tym wszystkim stoją przed bardzo trudnym zadaniem. Ja nie jestem już wśród nich, nie jestem też już sportowcem i w tej sytuacji naprawdę trudno mi powiedzieć, co bym zrobił. Pytań jest bardzo dużo - których sportowców gdzie umieścić, jak dopasować dyscypliny do konkretnych COS-ów. Starałbym się działać tak, żeby w każdym ośrodku byli przedstawiciele tylko jednego sportu lub odseparować od siebie poszczególne grupy sportowców, tak by nie miały z sobą styczności. Posiłki powinny być dostarczane do pokoi lub oddzielnych pomieszczeń, powinny być osobne sale treningowe do wyłącznego użytku przez daną grupę sportowców. To może pomóc zniwelować ryzyko zakażenia.

Chyba tak ma być. I już mówi się, że w Spale będą przebywać siatkarze, w Wałczu kajakarze i wioślarze, gdzie indziej pojedzie kadra lekkoatletów.

- Ale COS-ów mamy sześć, a dyscyplin olimpijskich jest dużo więcej.

Sześć, bo warszawskiego nie liczymy, ponieważ tu tak naprawdę ośrodka nie ma?

- Zgadza się. Mamy za mało COS-ów, żeby każdy oddać przedstawicielom tylko jednego sportu.

Zna Pan bardzo dobrze wszystkie COS-y?

- Oczywiście. Jako zawodnik kadry narodowej, olimpijskiej, trenowałem głównie w Wałczu, trochę w Spale, Cetniewo poznałem później, a ośrodkami w Szczyrku i w Zakopanem kierowałem.

Który COS jest największy i przez to najpewniej stanie się ośrodkiem kwarantanny dla sportowców z różnych dyscyplin?

- Zakopane się rozbudowało i jest największe razem ze Spałą i z Cetniewem. Wałcz też ma naprawdę dużą bazę noclegową i budynki ma trochę rozproszone.

Miał Pan kiedyś przygotowania do igrzysk zakłócone chociaż w małej części tak jak sportowcy szykujący się na Tokio 2021?

- Takiego zamieszania jak dziś nie było na pewno. Ale pamiętam zatrucia salmonellą w 1991 roku, kiedy ja też zachorowałem, i w 1992 roku. Wtedy mieliśmy szczęście, to było krótko przed igrzyskami w Barcelonie. Jeden trener wyjechał później i on zachorował. A ja z grupą zawodników opuściłem ośrodek wcześniej. W przypadku zatrucia pokarmowego od razu ścina wszystkich, na jakiś czas wyłącza z normalnego funkcjonowania. Ale oczywiście to nieporównywalnie mniejszy problem niż pandemia. Teraz jest o wiele większe niebezpieczeństwo. Mówi się, że koronawirus atakuje starszych ludzi, ale im dłużej obserwujemy, jak świat z nim walczy, tym częściej zauważamy, że młodzi ludzie też chorują i umierają, że to dotyczy i sportowców, i dzieci, a nie tylko ludzi w podeszłym wieku.

Z jednej strony trudno w obliczu pandemii myśleć o sporcie i walczyć z władzami, żeby przejęły się losem sportowców, którzy nie bardzo mają jak trenować. Z drugiej strony to zrozumiałem, że na przykład polskie kajakarki denerwują się, gdy słyszą, że ich rywalki z Niemiec czy Węgier cały czas trenują w odpowiednikach COS-ów w swoich krajach.

- Dlatego nasi sportowcy trenują, gdzie tylko mogą. Nie mają możliwości w szkoleniu centralnym, więc starają się lokalnie, w miejscach dostępnych tylko dla nich. Każdy musi zdać sobie sprawę z tego, że zamykając się w COS-ie będzie się w jakiejś mierze narażał. Zawodnicy wraz ze swoimi sztabami szkoleniowymi i związkowymi muszą ocenić ryzyko. Przecież pracownicy COS-ów nie będą odizolowani razem ze sportowcami, tylko po kilku godzinach pracy będą wracać do swoich domów, wychodzić na zakupy itd.

Planów skoszarowania obsługi chyba nie ma. Sportowiec zgodzi się na zamknięcie w COS-ie nawet na kilka miesięcy, bo chce wypracować formę na olimpijski medal. Ale kucharka takiego celu nie ma.

- Gdyby grupa była zamknięta i nikt z zewnątrz by do niej nie wchodził, wtedy byłoby bezpiecznie. Ale personel opiekujący się tą grupą będzie po pracy wracał do rodzin, załatwiał różne sprawy, czyli spotykał się z ludźmi potencjalnie zakażonymi. Będzie ryzyko, że ktoś z obsługi przyniesie wirusa do sportowców. Może warto pomyśleć o wyjazdach sportowców do takich miejsc, w których będą mieszkać i trenować naprawdę sami. Mogliby sami sobie robić jedzenie, sami sprzątać. Sztaby powinny o tym pomyśleć. Ja na razie byłbym jeszcze bardzo ostrożny. Szkoda ryzykować.

Mimo wszystko trudno oczekiwać, że sportowcy dalej będą siedzieli w domach.

- Jestem przekonany, że każdy z naszych olimpijczyków nawet będąc tylko w domu i nie mając do dyspozycji żadnego miejsca do treningu w pobliżu, robi dużo na własną rękę. Pewnie, że nie tak jak zwykle, ale są w ruchu. Mam nadzieję i życzę wszystkim, by ta sytuacja trwała jak najkrócej i żeby sportowcy mogli wrócić bezpiecznie do treningów w COS-ach jak najprędzej.

Wracamy do pływaka bez basenu.

- Na pewno pływacy są w szczególnie trudnej sytuacji. Ale jakąś aktywność fizyczną i oni utrzymują. To zawsze coś. A o pełnym treningu najlepiej pomyśleć wtedy, kiedy będzie zagwarantowane pełne bezpieczeństwo.