"Nadzieja na pokonanie koronawirusa pochodzi z Marsylii". Nawet Macron odwiedził "szarlatana"

W Marsylii od początku uważany był za zbawiciela. Kibice wspierają go transparentami, chcą w mieście jego muralu. W Paryżu uważano go za szarlatana. Didier Raoult już dawno ogłosił, że wie jak pokonać koronawirusa. Po tym, jak o naukowcu wspomniał Donald Trump i odwiedził go prezydent Francji, "szaleńcem" nazywa się go rzadziej.

Po Mario Balotellim i Kostasie Mitroglou to on ma być kolejnym "wielkim napastnikiem Olympique'u Marsylia". Didier Raoult to "ofensywny zwolennik leczenia koronawirusa hydroksychlorochiną" - charakteryzował go sportowy dziennik "L’Equipe". Napastnik specyficzny i oryginalny. Najważniejsze zwycięstwa Raoult ma bowiem odnosić nie na boisku, a w gabinetach swego instytutu chorób zakaźnych.

Jest szefem IHU-Mediterranee Infection w Marsylii i człowiekiem, który w kilka tygodni podzielił Francję. Po tym, jak ogłosił, że wie, jak poradzić sobie z koronawirusem, odwiedził go m.in. prezydent kraju Emmanuel Macron, a o jego badaniach wspomniał Donald Trump. "Szarlatanem", czy "szaleńcem" nazywają go ci, których do siebie nie przekonał. "Idolem" ci, którzy jego pracę cenią. Przy okazji widać, że ci pierwsi reprezentują głównie Paryż, czyli stolicę kraju, a drudzy prowincję, czyli Marsylię. Animozję między tymi regionami czuć, nawet kiedy Olympique nie może zagrać z Paris Saint-Germain.

Zobacz wideo To jest wojna milionerów z miliarderami!

Paryż vs. "wieśniaki"

Te animozje po części związane są kulturą. Przez paryżan wszystko, co poza ich miastem, określane jest mianem prowincji. Marsylia na tej mapie jest jednak szczególnie nielubiana. Inaczej mówiący i zachowujący się przedstawiciele stolicy Delty Rodanu to dla mieszkańców największego miasta we Francji "wieśniaki". Do niechęci społecznej dochodzi niechęć sportowa. Oba kluby od lat 80. toczą wyrównaną walkę o krajowe trofea, bo PSG (założone w 1970 roku) szybko dorównało poziomem gigantowi francuskiej piłki. Od lat była nim Marsylia. To dlatego emocje podczas wspólnych meczów często przekraczają tam normę bezpieczeństwa. Spotkania kibiców przed meczami niemal zawsze kończą się interwencją policji. Często też niestety aresztowaniami, rannymi w szpitalach, a nawet śmiercią. Marsylia nie lubi tego, co paryskie i vice-versa. To dlatego gwiazdy obu drużyn podczas meczów wyjazdowych mają ciężkie życie. Neymar w całej Francji zbiera brawa, fani polują na jego autografy, ale już przy pierwszym meczu na Orange Velodrome kilkunastoletnie dzieci przywitały go środkowym palcem i zwyzywały. Z sektorów zajmowanych przez marsylczyków poleciały też bagietki, pojemniki z sokiem, colą i zapalniczki. Brazylijska gwiazda Paryża nie mogła wykonać rzutu rożnego. Taka niechęć do tego, co pochodzi z przeciwnych miast w niektórych środowiskach przekłada się też na firmy, organizacje, artystów czy szerzej rozumianą kulturę. Wydaje się, że Raoult od początku wpisywał się w ten krajobraz.

"Nadzieja pochodzi z Marsylii"

Kiedy Paryż go krytykował, Marsylia adorowała. Na trybunach Orange Velodrome już czas temu pojawiły się transparenty popierające naukowca mieszkającego w mieście od niemal 60 lat. "Marsylia i świat z profesorem Raoult" - głosił napis na płótnie. Takie zdjęcie umieszczono na oficjalnym profilu klubu na Twitterze, z dopiskiem "Nadzieja pochodzi z Marsylii". W niektórych złośliwych komentarzach pojawiły się dopiski, że Raoult to nadzieja OM na mistrzostwo Ligue 1, bo jeśli sezonu nie uda się dokończyć, 12 punktów straty do Paryża nie będzie jak odrobić.

Kibice Marsylii specjalnie się tym nie przejmują, a wyrazy wsparcia dla człowieka z ich miasta wieszają wszędzie. Ogromna płachta znalazła się też przed jego instytutem. Fani z innej grupy w swym komunikacie wyjaśniają natomiast, że "skuteczność metod walki profesora z koronawirusem, wobec nieefektywnych alternatyw jest tożsama z hasłem klubu". To hasło brzmi "Droit au but", czyli "prosto do celu".

Prezes małego lokalnego klubu Asc Vivaux Sauvagere zorganizował natomiast akcję na Facebooku, by w 10. dzielnicy miasta powstał mural z podobizną profesora. Najlepiej na tym samym budynku, na którym przez ponad dekadę widniała twarz jednego z najsłynniejszych marsylczyków – Zinedine'a Zidane'a. Pomysł omawiano nawet w regionalnym radiu. Raoult dla lubiących sport mieszkańców Marsylii szybko stał się znaczącą postacią.

Jeden z francuskich dziennikarzy opublikował też film na Twitterze, na którym naukowca wsparł sam Eric Cantona. Słynny napastnik Manchesteru United, który grał i urodził się w Marsylii, nie przebierał w słowach.

"To jeden z najwybitniejszych badaczy na świecie. On jest fenomenem. Ale masz też tych paryżan w garniturach i krawatach, którzy uważają go za szarlatana. Ten szarlatan jest zatem jednym z największych naukowców na świecie" - oznajmił Cantona, określając profesora mianem "swojego idola". Czym Raoult zaskarbił sobie takie uznanie, a zarazem naraził się na drwiny?

Najpierw wyśmiał go minister, a potem odwiedził prezydent

Raoult już w lutym, analizując badania Chińczyków i prowadząc własne testy, zakomunikował światu, że jest dobry i prosty sposób na leczenie COVID-19. To wtedy Europa głośniej dowiedziała się o hydroksychlorochinie. To lek stosowany do zwalczania malarii. Tyle że francuskie ministerstwo zdrowia do tych doniesień podchodziło bardzo sceptycznie, by nie powiedzieć, że ustami ministra Oliviera Verana je wyśmiało. Badania Raoulta polegały bowiem na podawaniu leków wszystkim obserwowanym pacjentom, bez koniecznej dla wykazania pożądanego efektu grupy kontrolnej, która otrzymywałaby placebo. Profesor tłumaczył, że na placebo i grupę kontrolną nie mógł tracić czasu, bo mogło to narazić pacjentów na śmierć. On każdemu chciał na wyleczenie dać równe szanse. Takie tłumaczenie nie spotkało się ze zrozumieniem u wszystkich.

Media oskarżały naukowca o rozpuszczanie fake newsów (głównie prorządowe stacje), a on sam miał dostawać pogróżki.

Spokojnie kontynuował jednak swoją pracę. Kolejny raz powrócił z wynikami badań na grupie czterokrotnie większej niż za pierwszym razem i zakomunikował, że leczenie hydroksychlorochiną oraz wspomaganie azytromycyną (antybioktyk) dało znakomite efekty w grupie 80 osób. Okazało się, że ponad 80 proc. pacjentów po tygodniu terapii z udziałem wspomnianych leków, przezwyciężyło wirusa, a w kolejnych dniach te liczby były jeszcze lepsze.

Postawny, długowłosy naukowiec szybko stał się gwiazdą mediów. Swe badania zamieszczał na stronie instytutu, opowiada o walce z koronawirusem na YouTubie, dane publikował też na swoim nowym profilu na Twitterze. Ten od początku marca śledzi już 350 tys. osób. Swym sposobem bycia, pewnością siebie, ale też niektórymi liczbami ściągnął uwagę nie tylko zwykłych ludzi. Wspomniał o nim Donald Trump. Prezydent Stanów Zjednoczonych już w marcu oznajmił, że USA będzie wspierało się w walce z COVID-19 hydroksychlorochiną. Kraj ten zabezpieczył duże ilości leku i zamówił je w Indiach, które są największym producentem specyfiku na świecie. Ponoć by zasięgnąć więcej informacji o leczeniu, otoczenie Trumpa już dawno kontaktowało się z francuskim profesorem.

Po publicznych wypowiedziach Trumpa o nowej metodzie leczenia w amerykańskich aptekach wzrósł popyt na leki z hydroksychlorochiną. Niektórzy zaczęli ją stosować prewencyjnie, bez konsultacji z lekarzem, co w kilku przypadkach skończyło się źle. Jak informowały francuskie stacje informacyjne, także nad Sekwaną zaczęło brakować tego leku, co mogło zrobić się niebezpieczne dla osób leczących schorzenia reumatologiczne (to im do tej pory specyfik był najbardziej potrzebny).

Chociaż eksperci z Paryża ciągle mówią o konieczności dalszych badań potwierdzających skuteczność takiego leczenia, doktor Raoult dalej stawia na swą terapię. Poddał jej już ponad 1000 pacjentów. Niedawno jego klinikę wizytował prezydent kraju Emmanuel Macron. Pod koniec marca Ministerstwo Zdrowia we Francji wydało zgodę, by lekarze w całym kraju przepisywali hydroksychlorochinę pacjentom z poważnymi objawami COVID-19. Nieco wcześniej w Polsce Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych również dodał do opisu działania produkowanego u nas Arechinu (zawierającego chlorochinę) możliwości użycia go jako "leczenia wspomagającego w zakażeniach koronawirusem typu beta".

Didier Raoult to ważny gracz koronawirusowej bitwy

Instytut profesora Raoulta właściwie od początku epidemii przeprowadza badania osób z podejrzeniem koronawirusa i, jeśli trzeba, zajmuje się ich leczeniem. Pod instytutem ustawiono dodatkowe barierki, żeby między osobami czekającymi tam w kolejce utrzymywać bezpieczną odległość. Chętnych na badania lub szukających porady cały czas jest sporo.

We Francji liczby nadal są dramatyczne (137 tys. zainfekowanych, 15 tys. zgonów), a w centralnej części kraju, czy mediach ze stolicy, opowieści o "szarlatanie" jest teraz zdecydowanie mniej. Choć do wygrania walki z koronawirusem jest jeszcze daleko, a efekty kuracji będzie można ocenić z perspektywy czasu, to "wielki napastnik Marsylii" stał się w koronawirusowej bitwie ważnym graczem.

Przeczytaj także:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .