Ostatniego pacjenta pożegnali owacją, ale śmiertelny wirus wrócił. "Tykająca bomba zegarowa"

W Demokratycznej Republice Konga walka ze śmiertelną ebolą toczyła się przez ostatnie dwa lata. Kiedy wydawało się, że właśnie zakończy się sukcesem, stwierdzono nowy przypadek zakażenia. Zaledwie trzy dni przed tym, jak kraj miał ogłosić koniec epidemii. - To też może dawać pewne wnioski na temat koronawirusa - czytamy w "New York Timesie".

- Mam nadzieję, że ta choroba opuści nas raz na zawsze - mówiła Semida Masika Muhasu. Sprzedawczyni warzyw w kongijskim mieście Beni, która pokonała ebolę, a sama wcześniej straciła córkę z powodu tej choroby. Muhasu została wpisana ze szpitala na początku marca. Żegnana była owacyjnie, bo lekarze myśleli, że będzie to ostatni przypadek. Że kraj poradził sobie z epidemią, która dwa lata temu wybuchła ponownie i w samej Demokratycznej Republice Konga zabrała 6 tysięcy ludzi, z czego 1/3 zgonów stanowiły dzieci.

Zobacz wideo Koronawirus dotarł tam na samym końcu.

Zmarła 11-letnia dziewczynka

W poniedziałek kraj miał ogłosić koniec epidemii. Nie mógł tego zrobić od razu, bo by stwierdzić, że jest wolny od eboli, musiało minąć 42 dni. Czyli dwa pełne cykle inkubacji wirusa. Ale nie minęły. Zabrakło 72 godziny. Nowy przypadek zakażenia ebolą został potwierdzony właśnie w mieście Beni, gdzie na początku marca wyleczona została Muhasu. Reuters z kolei informuje, że po sześciotygodniowym okresie, kiedy nie odnotowano żadnego nowego przypadku zakażenia, w DR Kongo zmarły już dwie osoby, a ostatnią ofiarą wirusa była m.in. 11-letnia dziewczynka.

- Niestety, rząd Demokratycznej Republiki Konga nie będzie mógł ogłosić zakończenia epidemii eboli w poniedziałek, jak się spodziewano. Został wykryty nowy przypadek. WHO cały czas pozostaje na miejscu i jest zaangażowana we współpracę z rządem, dotkniętymi społecznościami i wszystkimi naszymi partnerami w celu zakończenia tej epidemii - napisał w piątek na Twitterze Tedros Adhanom Ghebreyesus, szef Światowej Organizacji Zdrowia.

Koronawirus może zagrozić walce z ebolą

Na razie to tylko jeden nowy przypadek. Ale to niepowodzenie pokazuje, jak trudno wyeliminować ebolę, która odkryta została w 1976 roku podczas epidemii w Zairze, a więc dawnej DR Konga (ognisko znajdowało się prawdopodobnie koło rzeki Ebola, dlatego też tak nazwano tego wirusa), która przecież teraz tak samo jak inne kraje na świecie, mierzy się także z epidemią koronawirusa. - Ten kolejny przypadek eboli może być znamienny. Też może dawać pewne wnioski na temat koronawirusa, z którym obecnie zmaga się cały świat - czytamy w "New York Timesie", który nie wieści szybkiego zakończenia się pandemii. I wskazuje, że skuteczną szczepionkę na ebolę udało się opracować i zatwierdzić stosunkowo niedawno, w 2016 roku.

"New York Times" zauważa, że drenaż zasobów spowodowany przez koronawirusa może zagrozić w walce z ebolą. W DR Kongo już teraz brakuje personelu medycznego. Także pieniędzy. WHO twierdzi, że luka finansowa wynosi 20 milionów dolarów i że kraj może sobie nie poradzić, jeśli w jednym momencie zacznie przybywać zakażeń koronawirusem i ebolą.

Koronawirus długo omijał Afrykę

Ale ebola to inny rodzaj wirusa. Przenoszony jest przez kontakt z chorymi i martwymi ludźmi lub zwierzętami. Powoduje gorączkę, krwawienie, osłabienie i ból brzucha. Chociaż jest mniej zaraźliwy niż koronawirus, zabija około połowy tych, których zakaża. A więc znacznie więcej niż koronawirus, który długo omijał Afrykę. Tak długo, że pojawiła się nadzieja, że ją oszczędzi albo że wirus będzie miał utrudnione życie w gorącym klimacie. Niestety, były to tylko złudzenia, a Afryka - jak już dwa tygodnie temu pisało "Deutsche Welle" - to tykająca bomba zegarowa. I tylko kwestią czasu jest, kiedy epidemia rozprzestrzeni się na dobre również i po tym kontynencie.

Na razie Światowa Organizacja Zdrowia informuje o nieco ponad 13 tysiącach przypadków zakażeń i 742 zgonach w przynajmniej 52 z 59 afrykańskich państw. Niby niewiele - patrząc choćby na Hiszpanię, gdzie zakażonych jest 166 tysięcy osób - ale to tylko kwestia danych. Bo tych Afryce brakuje. Tak samo, jak na ogół brakuje tam dostępu do wody pitnej czy pożywienia, nie wspominając o braku testów na koronawirusa czy słabo rozwiniętej opiece medycznej.

- W DR Konga jest świadomość, że panuje pandemia koronawirusa. Rząd o tym informuje. Kraj ma dość bogatą historię z ebolą, więc z jednej strony infrastruktura sanitarna istnieje, ale z drugiej to też wzmaga element paniki, którą potęgują jeszcze rozterki typowo egzystencjalne. Bo tam są miliony ludzi, którzy ani nie mają lodówki, ani środków, żeby ją zapełnić zapasami na tydzień czy dwa. Już teraz docierają do mnie telefony, że ludzie są bezradni, a to dopiero czwarty dzień kwarantanny - mówił dwa tygodnie temu Dominik Ebebenge, były pracownik Legii Warszawa, a obecnie doradca zarządu Rakowa Częstochowa, który ma korzenie w DR Konga.

"Żyje tam się dosłownie z dnia na dzień"

Ebebenge bywa w rodzinnym kraju, po śmierci swojego dziadka został nawet wodzem plemienia Lobala. - W przypadku DR Konga, czy innych krajów Afryki, ale również dużego odsetka populacji Indii - a to przecież setki milionów ludzi - społeczeństwo jest na tyle ubogie, że żyje dosłownie z dnia na dzień. Pozbawienie go możliwości swobodnego przemieszczania, drobnego handlu, spowoduje, że ci ludzie realnie nie będą mieli co jeść. To kolejny potężny problem, z którym świat będzie musiał się niedługo zmierzyć - dodał Ebebenge, który jest także prezesem "Fundacji Na Rzecz Rozwoju Demokratycznej Republiki Konga".

W najbiedniejszym państwie na świecie, a więc właśnie w DR Konga, które od blisko dwóch dekad cierpi z powodu głodu i chorób, ale także ogromnej korupcji, na razie wykryto 234 przypadki zakażeń koronawirusem i odnotowano 20 zgonów. Wszystkie w 15-milionowej Kinszasie, ale pochodzą one z różnych regionów kraju, bo w Kinszasie, gdzie pod koniec marca prezydent państwa Felix Tshisekedi ogłosił stan wyjątkowy i zamknął stolicę, te przypadki zostały jedynie potwierdzone.

Przeczytaj też:

Więcej o: