Polki od miesiąca trenują w Portugalii. "Pozostanie tutaj to najlepsze, co mogłyśmy zrobić"

- Te święta będą inne dla wszystkich, nie tylko dla kajakarek ze zgrupowania w Portugalii - mówi Karolina Naja. Dwukrotna medalistka olimpijska już od miesiąca przebywa na zagranicznym zgrupowaniu. Święta spędzi ze swoim dwuletnim synkiem i koleżankami z kadry.

Karolina Naja ma 30 lat, jest brązową medalistką olimpijską z 2012 i 2016 roku w kajakowej dwójce. Ma też worek medali z mistrzostw świata i Europy. I ma nadzieję, że mimo pandemii koronawirusa będzie mogła normalnie przygotować się do przełożonych na 2021 rok igrzysk olimpijskich w Tokio.

Zobacz wideo Adam Waczyński o sytuacji w Hiszpanii: Wszystko jest zakazane. Na autostradę trzeba specjalnego pozwolenia

Łukasz Jachimiak: Od miesiąca jesteś w Portugalii, gdzie normalnie trenujesz mimo pandemii koronawirusa. A teraz przed wami Wielkanoc, która chyba nawet dla przyzwyczajonego do wyjazdów sportowca będzie wyjątkowo dziwna?

Karolina Naja: Szczerze? Wielkanoc tutaj to najmniej martwiąca mnie rzecz. Naprawdę się martwię o to, jak sobie zorganizuję treningi, gdy zdecydujemy się wrócić do kraju. Pewnie będzie nas obowiązywała kwarantanna. Myślę, że zostanie w Portugalii to najlepsze, co kajakarska reprezentacja Polski mogła zrobić. Gdy w połowie marca bardzo duża grupa naszych sportowców wracała do kraju specjalnie zorganizowanym lotem, my zdecydowaliśmy, że wrócimy nie wcześniej niż 21 kwietnia, ponieważ od Ministerstwa Sportu dostaliśmy pozwolenie na dokończenie zaplanowanego wcześniej zgrupowania. Jak wiemy, w Polsce są cały czas nowe zasady ograniczające możliwość treningów i nasi koledzy nie mogą normalnie trenować, bo chociaż już dawno skończyli kwarantannę, to pozamykane są stadiony, sale treningowe, kluby - wszystko.

Nawet lasy.

Dokładnie, nawet lasy. W Polsce nie ma warunków do pracy dla sportowców. A my w Portugalii na 100 procent realizujemy plan treningowy. Bardzo się cieszymy, że nie poddaliśmy się panice i nie wróciliśmy. Igrzyska olimpijskie zostały przeniesione o rok, ale i tak wciąż szalenie ważne jest, żeby kontynuować pracę na najwyższym poziomie. Jeśli chcemy walczyć o medale w Tokio, nie można się rozstawać z normalną aktywnością na półtora miesiąca. A może nawet na dłużej, bo przecież wiemy, że jeszcze przez dwa tygodnie w Polsce nie będzie warunków do treningu, ale za dwa tygodnie ten okres może zostać znów przedłużony. Nikt mi nie powie, że wyczynowy sportowiec, który na igrzyskach ma się na centymetry ścigać z rywalami o medal, może sobie normalne przygotowania zastąpić ćwiczeniami dobrymi dla pani Chodakowskiej czy pani Lewandowskiej. W warunkach domowych można podtrzymać aktywność, ale na pewno taki łagodny trening nie jest dobry dla kajakarek, które chcą stanąć na olimpijskim podium. Rozumiem, że w tym roku się nie ścigamy, że zawody zostały poodwoływane, ale przecież ciągle jesteśmy w cyklu olimpijskim, a prawdziwa, mocna praca w nim trwa cztery lata.

Albo pięć lat.

Okazuje się, że tak. I na taką zmianę trzeba być gotowym. Nie można się zatrzymać, jeśli ma się możliwość, żeby się nie zatrzymywać. Czy rok temu wiosną, mając w perspektywie igrzyska za rok, ktokolwiek robił sobie przerwę w pracy na dwa miesiące albo nawet na dłużej? Przerwę to my mamy tylko po sezonie i wtedy zachowujemy taką aktywność, jaką teraz próbują zachować sportowcy w Polsce. A nawet wtedy aktywność jest dużo większa. I po góra 30 dniach wracamy do reżimu treningowego. Po to, żeby osiągnąć topową formę.

Widzę, że nie muszę pytać, czy twoim zdaniem Ministerstwo Sportu robi wszystko, żeby pomóc polskim sportowcom próbującym przygotowywać się do igrzysk w Tokio.

Oczywiście z jednej strony rozumiem, że ministerstwo ma bardzo ograniczone możliwości ze względu na to, co się dzieje na świecie. Ale z drugiej patrzę na siebie jako na sportowca, który będzie rozliczany na podstawie wyniku z igrzysk. I wydaje mi się karygodne zostawienie takich zawodników bez pomocy.

Od waszego trenera, Tomasza Kryka, wiem, że kajakarze z Niemiec i Węgier mają w swoich krajach stworzone warunki do treningu, że im przydzielono miejsca w ośrodkach takich jak nasze Centralne Ośrodki Sportu.

Dlatego my nie chcemy odpuścić. Na igrzyskach będziemy musieli stanąć w torach obok nich. I bardzo nie chcemy stanąć w tych torach z myślą, że przeciwnicy mogli się normalnie przygotować, a my nie. Poza tym państwo dużo w nas zainwestowało przez kilka lat, więc niech teraz nie robi takiego błędu, że przekreśli te lata i zmarnuje wydane pieniądze. Na razie wiem, że bardzo dużo wygraliśmy, zostając w Portugalii. I mam nadzieję, że kiedy wrócimy do Polski, to jednak nie będziemy musieli siedzieć w domach niemal bezczynnie.

Jak będzie wyglądała twoja świąteczna przerwa podczas tego długiego portugalskiego zgrupowania?

Te święta będą inne dla wszystkich, nie tylko dla kajakarek ze zgrupowania w Portugalii. Wiemy, że nasze rodziny w Polsce i wszyscy ludzie w Polsce będą spędzać Wielkanoc w małych gronach, zupełnie inaczej niż zwykle. Jest zalecenie, żeby być w gronie domowników mieszkających pod jednym dachem, więc będzie dziwnie. Ale trzeba w tym wszystkim zachować optymizm i może znaleźć chwilę na refleksję o tym, jak zmienia się świat. Zacznijmy się cieszyć z tego, co mamy, doceniać życie, bliskich. Mnie jakoś szczególnie nie smuci fakt, że święta spędzę w Portugalii, z dala od większości najbliższych mi ludzi, bo już w październiku wiedziałam, że tak będzie. Wtedy poznałam plan zgrupowań i już wtedy było jasne, że święta spędzimy w gronie kadry. To nie pierwszy raz. Jeśli ktoś pyta o poświęcenia sportowca, to jednym z nich są właśnie święta nie w gronie najbliższych. Ale moja rodzina to akceptuje, rozumie i wspiera mnie. Nikt nie ma pretensji.

W Portugalii jesteś z dwuletnim synkiem i z kimś z rodziny do opieki nad nim czy z nianią?

Mieciu ma już prawie dwa i pół roku, jest już zaawansowanym uczestnikiem zgrupowań, ale też zaawansowanym żłobkowiczem. Fajnie nam się na co dzień sprawdza taki system, w którym synek jest w żłobku do godziny 15 i nie na wszystkie zgrupowania ze mną wyjeżdża. Ale wiadomo, że nie byłabym się w stanie rozstawać z dzieckiem tak bardzo, że zupełnie bym go ze sobą nie zabierała. Żyję w takich cyklach, że wyjeżdżam na trzy tygodnie, wracam do domu na cztery-pięć dni i znów lecę na zgrupowanie. Kiedy Mieciu leci ze mną, to leci też ktoś z rodziny. Teraz szczęśliwie się wszystko poskładało i jesteśmy razem z Łukaszem, moim partnerem, byłym kajakarzem, olimpijczykiem i również trenerem. Łukasz nie na wszystkie zgrupowania może ze mną jeździć, ponieważ pracuje jako żołnierz zawodowy i nie byłby w stanie tego pogodzić. Na całe szczęście święta spędzimy razem. Super, bo byłoby mi cholernie ciężko, gdyby Łukasz nie mógł tu być. Wtedy byłabym w Portugalii sama, synka nie widziałabym przez półtora miesiąca, a jeszcze przecież po powrocie do Polski doszłaby mi dwutygodniowa kwarantanna. Czyli wyjechałabym na początku marca, a zobaczyłabym synka dopiero po majówce. Dla matki-sportsmenki długi czas bez dziecka jest szkodliwy, odbiera zapał do treningu. Stuprocentową możliwość realizowania siebie w sporcie matka ma tylko wtedy, kiedy marzenia o sukcesach na igrzyskach może godzić z byciem ze swoim dzieckiem. A co do niani, to nie stać mnie na opłacanie opiekunki, więc kiedy Mieciem nie może się zajmować jego tata, to angażuję do pomocy kogo tylko mogę z rodziny. Już i moja siostra pomagała, i dziadkowie.

Ale czytałem, że niedawno zmieniłaś klub, bo w Gorzowie z miasta miałaś tylko 400 złotych miesięcznego stypendium, a w Poznaniu dostajesz aż 13 tysięcy.

Ha, ha, niektórzy dziennikarze lubią podkręcać informacje i pewne kwoty mnożyć. Oczywiście zdecydowałam się na zmianę klubu również ze względów finansowych. Ale przede wszystkim czułam, że chociaż jestem medalistką olimpijską i szykuję się do kolejnych igrzysk, to miasto nie interesuje się ani mną, ani moją dyscypliną sportu. Czułam się niedoceniana i nie chodziło tylko o finanse. Po co się dusić, jeśli są inne opcje? Dostałam propozycję z klubu i miasta Poznania, za tym poszedł Urząd Marszałkowski z Wielkopolski, który zaczął wspierać sportowców mających już kwalifikacje olimpijskie. Miło być docenianym, szanowanym. Sportowcom naprawdę chodzi nie tylko o pieniądze, ale też o poczucie, że ktoś podziela nasze podejście do takich spraw jak na przykład idea olimpijska.

Pewnie, że to ważne rzeczy, ale myślę, że jednak kiedy dwukrotna medalistka olimpijska dostaje stypendium w wysokości 400 złotych, to jednak jak bardzo by jej ktoś nie szanował, kwota mówi, że stara się za słabo.

- Faktycznie, w Gorzowie było słabo. Tam miasto interesuje się żużlem i nie znalazło pomysłu na promowanie dwóch kajakarek i jednej wioślarki, które osiągnęły kwalifikacje olimpijskie i mają bardzo duże szanse na start w Tokio. Ale nie chciałam i nie chcę się wyżalać. Postanowiłam się przenieść, jestem już 30-letnią kobietą, wychowuję dziecko i dla samej idei trenować nie mogę. I nie chcę, widząc, że w polskim sporcie jest dziś znacznie lepsze finansowanie zawodników niż jeszcze kilka lat temu. Teraz już młodzi sportowcy z wynikami mogą sobie zarobić i odłożyć, mają pieniądze na specjalistów od diety, fizykoterapii, osteopatii, psychologii. Mogą inwestować w karierę, dbać, żeby szła w dobrym kierunku. Dziesięć lat temu takie rzeczy były nie do pomyślenia. Pamiętam, że wszystkich środków na miesiąc miałam 800 złotych i z tego musiałam zainwestować w siebie, kupując buty do biegania, bo szybko się zużywały, opłacić czynsz za mieszkanie i na nic już nie zostawało. Kolorowo nie było, ale wspominam tamte czasy z uśmiechem i bardzo doceniam to, co teraz mam.

Mimo przesunięcia igrzysk jesteś spokojna, jeśli chodzi o finanse?

Moim sponsorem jest grupa Lotos i bardzo się cieszę, że umowy ze sportowcami Lotos postanowił wypełnić bez względu na przełożenie igrzysk. Co prawda umowy mamy podpisane do końca 2020 roku, ale wierzę, że zostaną automatycznie przedłużone tak, żebyśmy mieli pełne wsparcie w przygotowaniach do igrzysk. Moja deklaracja jest jasna - trenuję do igrzysk, dla mnie nie ma żadnego znaczenia, że je przełożono, cały czas chcę w Tokio osiągnąć sukces.

Z kim teraz będziesz tworzyła dwójkę? Z Anną Puławską, z którą zdobyłaś wicemistrzostwo świata i wywalczyłaś olimpijską kwalifikację, czy z drugą mamą, Beatą Mikołajczyk-Rosolską, z którą zdobyłaś medale na igrzyskach Londyn 2012 i Rio 2016?

Nie wiadomo, jak to będzie. W naszym sporcie o takich kwestiach decyduje nasz indywidualny poziom. Żeby mieć prawo do reprezentowania Polski, musimy przedstawić odpowiedni poziom podczas zawodów krajowych. Moment wewnętrznej weryfikacji przyjdzie. Trener kadry wybierze najmocniejsze dziewczyny, stworzy taką osadę, która będzie miała największe szanse na zdobycie złotego medalu. Sytuacja jest czysta.

A teraz, w Portugalii, trenujecie w trzech różnych konfiguracjach?

To jest taki okres, że wszyscy trenujemy na kajakach jednoosobowych K1, czyli jedynkach. Ostatni raz w osadzie siedziałam w ubiegłym roku, na mistrzostwach świata i po nich na mistrzostwach Polski. Teraz mamy kwiecień i nawet gdyby igrzyska nie zostały przełożone, to jeszcze i tak nie trenowalibyśmy w osadach, tylko na jedynkach.

Czy wasza kadra ma już decyzję o powrocie do Polski? Wiem, że zgrupowanie kończy się wam 21 kwietnia, ale znając trenera Kryka, spodziewam się, że to wcale nie musi być data waszego powrotu.

21 kwietnia to data, którą mamy wpisaną w łączkę, czyli w plan zgrupowań [Trener Tomasz Kryk poinformował nas, że kadra zdecydowała się na powrót do Polski 21 kwietnia - dop. red.]. Ale bilety na lot z Lizbony do Warszawy zostały anulowane i żadne nowe na powrót do kraju nie są zakupione. Na razie wiemy, że do 26 kwietnia w Polsce ograniczony jest ruch lotniczy. Trener analizuje sytuację, cały czas kombinuje, zastanawia się, co będzie dla nas najlepsze. Musimy wiedzieć, czy jest sens wracać, czy nie będzie tak, że przylecimy i zostaniemy zmuszeni do przejścia kwarantanny. Trener nam powiedział, że najlepiej jak najdłużej powtarzać schemat, który znamy z ubiegłych lat. I że po okresie przygotowawczym jak najszybciej będziemy chcieli poszukać startów, choćby w wewnętrznych zawodach. Musimy tego nie stracić, żeby za rok nie bać się stanąć w torach. Oby jak najszybciej wszystko wracało do normalności, która wydaje się już tak odległa.