Trener Szymański pokonał koronawirusa. "Skończyła się mordęga. Dostawałem potworną dawkę leków. Było gorzej niż w więzieniu"

- Nie mam już żadnych, ale to żadnych objawów nigdzie: ani w układzie trawiennym, ani w układzie oddechowym, ani w układzie moczowym. Koronawirusa to ja już mam w nosie - cieszy się Stanisław Szymański. 72-letni trener kadry florecistów w piątek opuścił Szpital Marynarki Wojennej w Gdańsku. Koronawirusem zaraził się w pierwszej połowie marca w czasie wyjazdu do Anaheim w USA na kwalifikacje olimpijskie.

Wylot do USA 10 marca. Powrót do Polski już 12 marca, bo zawody w Stanach odwołano z powodu pandemii - tak wyglądała wyprawa naszej reprezentacji. W poniedziałek 16 marca trenerowi mającemu wyraźne objawy choroby zrobiono test. Wynik Szymański poznał dopiero w sobotę 21 marca. I wtedy trafił do szpitala. Nie bez smutnych przygód, o których opowiedział w rozmowie ze Sport.pl. Z trenerem Szymańskim rozmawialiśmy 26 marca. - Słyszy pan, jak mówię - cicho, powoli. Mam nadzieję, że jako sportowiec mam mocny organizm. Pewnie po ataku kaszlu, jaki miałem w nocy ze środy na czwartek, przeciętny człowiek by się poddał. Było strasznie, miałem naprawdę okropną noc. Kaszel był bardzo głęboki - mówił wtedy.

Minęło osiem dni i trener czuje się o niebo lepiej.

Zobacz wideo Zbigniew Boniek: Wszystko się zmieni. Będziemy bali się innych ludzi

Stanisław Szymański: Dobry wieczór, Szymański z tej strony.

Łukasz Jachimiak: Dobry wieczór, bardzo miło Pana słyszeć. Brzmi Pan dużo lepiej niż kilka dni temu.

- Bo już jestem w domu! Dzwonię, żeby podziękować za mocne kibicowanie.

Kiedy wyszedł Pan ze szpitala i kiedy nastąpiła taka poprawa?

- Wyszedłem dzisiaj [piątek, 3 kwietnia]. A poprawiło mi się już tydzień temu. W zeszły piątek skończyła się mordęga i z każdym dniem było coraz lepiej. Już nie było żadnych okropnych kryzysów. One były naprawdę straszne w czwartej, piątej i szóstej dobie pobytu w szpitalu. A później dostawałem tylko potworną dawkę leków - kroplówką, doustnie, dożylnie ze strzykawki, znowu kroplówką, znowu dożylnie i doustnie. I czekałem co będzie. Najgorsza była szpryca antybiotyku. Długa na osiem centymetrów strzykawki.

Dostawał Pan antybiotyk?

- Tak, pytałem lekarzy. Antybiotyk, absolutnie. Najpierw się tylko przyglądali, jak wygląda sytuacja i częstowali mnie jedynie inhalacjami oraz tlenem. Nim non stop. Ale to już panu opowiadałem. Codziennie dostawałem też zastrzyk przeciwzakrzepowy w brzuch. Jak już minęło najgorsze, jak pokonałem kryzysy, to lekarze zorientowali się, co w organizmie mam najmocniej zaatakowane. Codziennie pobierali mi po dwa razy krew do badań. Z nich wywnioskowali, co trzeba mi podać. Jakąś metodę opracowali, zacząłem widzieć w ich działaniach taktykę. I wreszcie było coraz lepiej.

Kilka dni temu napisał mi Pan sms, że w ubiegły piątek zrobiono Panu drugi test na koronawirusa. I że on też był pozytywny. Czy w piątek 3 kwietnia miał Pan trzeci test?

- Tak było, troszeczkę się pospieszyli. Ja się czułem trochę lepiej, niż wskazywał na to stan mojego zdrowia i lekarz wpadł w zbytni optymizm. Powiedział: "robimy wymaz i już pana nie ma". W sensie, że w szpitalu mnie nie ma, ha, ha. Niestety, trochę się pospieszył. A jak się zrobi wymaz numer dwa i on też jest pozytywny, to na kolejny wymaz trzeba czekać tydzień. Takie są procedury.

Trzeci wymaz był już negatywny?

- Trzeciego wyniku nie znam, ale lekarz powiedział, że mój stan jest już tak dobry, że nie ma sensu mnie dłużej w szpitalu trzymać. A ja się z lekarzem zgodziłem. Nie mam już żadnych, ale to żadnych objawów nigdzie: ani w układzie trawiennym, ani w układzie oddechowym, ani w układzie moczowym. Lekarz był pewny, że nie ma sensu mnie w szpitalu zatrzymywać. A ja przyznałem, że będąc tam, zaczynam się już psychicznie męczyć. Bo czułem się już dobrze, a byłem uwiązany do łóżka.

Rzeczywiście bardzo się Panu poprawiło. Przecież dwa tygodnie temu prosił Pan, żeby jakiś szpital Pana przyjął.

- Tak. Przyznaję, że nie nie było lekko. No, nie było. Ale teraz to ja już mam koronawirusa w nosie. Zagwarantowano mi, że drugi raz już tego nie będę miał. I że nikogo już nie mogę zarazić. Teraz muszę jeszcze tylko dojść do siebie.

Pańska żona nadal czuje się dobrze i jest zdrowa?

- Czekamy na wynik jej drugiego wymazu.

Drugiego? Miała zrobione badanie i wyszło, że też ma koronawirusa?

- Tak, pewnie w poniedziałek będzie miała drugie badanie. Ona czuje się dobrze, przechodzi to bezobjawowo. Ja przy żonie wyglądam jak jakiś połamaniec. Ale cieszę się niesamowicie. Powiem panu, że to jest wielka radość, że można po takim odizolowaniu wreszcie wrócić do domu. Poczułem, co to znaczy siedzieć w więzieniu. A w więzieniu i tak jest lepiej, bo odwiedziny są.

Słyszę, że jest Pan w świetnym humorze.

- Jestem. No, to przekazałem dobre wieści. Dziękuję wszystkim, którzy mi dobrze życzyli. Po tym jak porozmawialiśmy gdy było źle, dostałem od ludzi bardzo dużo słów wsparcia.

Proszę jeszcze tylko powiedzieć czy zdrowy jest zawodnik, który odebrał Pana z lotniska.

- Na to wygląda, chociaż z tego co wiem, jemu testu nie zrobiono. Z nim widziałem się krótko, na lotnisku przywitaliśmy się z zachowaniem wszelkich zasad bezpieczeństwa, pożegnaliśmy się tak samo, a jechaliśmy razem krótko. Na szczęście żaden z zawodników nie narzekał i nie narzeka na zły stan zdrowia.