Biją absurdalne rekordy świata podczas pandemii. Opinia publiczna oburzona

W dobie pandemii koronawirusa Norwegowie wpadli na pomysł bicia absurdalnych rekordów świata. We wtorek 45-letni biegacz narciarski Henrik Sollie pokonał ponad 520 kilometrów na nartach! Nie był mu potrzebny nawet śnieg na całej długości trasy. To nie pierwszy szalony wyczyn Norwegów w ostatnich 10 dniach. W kraju podniosły się głosy, że takie zachowanie może źle wpłynąć na zdrowie, szczególnie w czasach wielkiej epidemii.

Z powodu pandemii koronawirusa norweskie ministerstwo zdrowia już 12 marca zakazało organizacji wszystkich wydarzeń sportowych na terenie kraju. Właśnie wtedy przerwano turniej Raw Air w skokach narciarskich, czy mistrzostwa świata juniorów w narciarstwie alpejskim. Norwegowie stracili również możliwość oglądania ukochanej rywalizacji w biegach narciarskich, ale niedługo potem okazało się, że same biegi narciarskie stały się polem do rywalizacji na absurdalne rekordy świata. I to w czasie szalejącej pandemii.

Szalona pogoń za ludzkimi możliwościami

Wszystko zaczęło się dokładnie 21 marca, gdy Hans Christer Holund, Johan Tjelle i Sjur Obrestad Gabrielsen zdecydowali się na prawdziwy maraton na nartach biegowych. Pokonali 204 kilometry w około 11 godzin, a swoimi osiągnięciami pochwalili się w internecie. Odpowiedzieli im Joar Thele i Anders Aukland, którzy przebiegli 320 km w 18 godzin. Po kolejny rekord sięgnął zaś Eirik Asdol, który pokonał 376 km w prawie 19 h.

Odpowiedź Andersa Auklanda i Joara Thele w ostatnią niedzielę wydawała miażdżąca. Obaj przebiegli 516 km na nartach biegowych w zaledwie 31,5 h. Wydawało się, że granica ludzkich możliwości została osiągnięta, ale trzy dni później, we wtorkowy poranek do boju ruszył Henrik Sollie. Norweg spędził na nartach 32 godziny i przebiegł minimum 520 kilometrów. Minimum, bo w pewnym momencie zatrzymały się nawet GPS-y, które nie były w stanie zliczać kolejnych kilometrów. - Wszystko zatrzymało się, kiedy pozostało mi 2,5 kilometra okrążenia. Właśnie dlatego przeszedłem dodatkową rundę, aby być absolutnie pewnym rekordu - mówi Sollie w rozmowie z NRK. Zawodnik szacuje, że przebiegł między 520 a 540 kilometrów.

Rekordowy bieg Henrika Sollie miał miejsce w Sondre Heggelivatnet w norweskim Krokskogen. Biegacz miał do dyspozycji 5,5-kilometrową rundę, którą pokonywał przez 32 godziny. Jakby tego było, mało robił to już w skrajnie złych warunkach, bo na części trasy (prawie 1,5 km) nie było już nawet śniegu!

To nie czas na takie zabawy

"Wojna na kilometry" - jak nazywana jest ta rywalizacja w norweskich mediach, spotkała się jednak z bardzo sceptycznym odbiorem innych zawodników i lekarzy. - Kiedy zostały wprowadzone tak rygorystyczne środki dla ludności, których powinni przestrzegać także sportowcy, myślę, że wszystko powinno się utrzymywać w bardziej rozsądnych granicach - powiedział norweski biegacz Jorgen Graabak. Podobnie zaczął myśleć również Joar Thele, który w ostatnią niedzielę przebiegł 516 kilometrów. - To wszystko bardzo się rozrosło w ostatnich tygodniach. Stało się za bardzo ekstremalne - powiedział po niedzielnym biegu. W norweskim internecie można przeczytać także komentarze zwykłych użytkowników, którzy twierdzą po prostu, że to nie jest czas na takie zabawy. 

Do sprawy odniósł się również lekarz sportowy Lars Engebretsen, który przypomniał, że nawet najlepsi sportowcy muszą zdawać sobie sprawę, że istnieje zależność między wyczerpanym przez trening organizmem a podatnością na infekcje. Henrik Sollie, który może pochwalić się nieoficjalnym rekordem świata, przyznał, że ostatnie 27 mil pokonywał wraz z towarzyszącymi mu ludźmi - Chciałem czuć ich obecność. Całkowicie się zgadzam, że takie rzeczy nie są dla kogoś, kto wcześniej tego nie robił. Jeśli nie wiesz kiedy przestać, istnieje duże ryzyko - stwierdził.

Narty przyczyniły się do wybuchu ognisk w Norwegii

Norwescy lekarze mają nadzieję, że wyczyny biegaczy zachęcą Norwegów do zwykłego i zdecydowanie bardziej zdrowego ruchu. Biegi narciarskie to sport, który nie powinien wpływać na rozprzestrzenianie się koronawirusa, ale przykład Norwegii pokazuje, że to właśnie narty wypłynęły na powstanie w Norwegii wielu ognisk koronawirusa. Jeszcze dwa tygodnie temu parkingi pod popularnymi trasami biegowymi pękały w szwach, a przy takim tłoku na trasach trudno mówić o indywidualnym sporcie.

Skalę wpływu sportu na wybuch ognisk koronawirusa w Norwegii po części obrazuje też komunikat norweskiej służby zdrowia z 8 marca. Poinformowała ona, że 491 osób z 1198 zakażonych w wówczas w Norwegii odwiedziło w region Isgchl w Tyrolu. To nie był pierwszy sygnał, że sytuacja w Ischgl jest zła i niebezpieczna nawet dla całej Europy. Norwegowie dociekali, skąd przyszedł do nich wirus. Wiedzieli też o wcześniejszym komunikacie rządu w Islandii. Ten już 5 marca określił Ischgl jako "strefę wysokiego ryzyka", stawiając to małe miasteczko (tysiąc sześćset osób) właściwie na równi z Wuhan, Włochami czy Iranem. Więcej o tym, jak doszło do rozprzestrzenienia koronawirusa w Isgchl i co ma do tego piwny ping-pong, przeczytacie w tekście Kacpra Sosnowskiego.

Więcej o: