Tomasz Kryk: Przełożenie igrzysk może oznaczać, że wcale ich nie będzie i doprowadzić do wielu tragedii

- Zobaczymy, czy po Wielkanocy środki ostrożności będą większe. A może już wcześniej ministerstwo sportu zapewni nam miejsca w Centralnych Ośrodkach Sportu. Wtedy będziemy mogli wrócić, poddać się kwarantannie w takim ośrodku i jednocześnie normalnie przygotowywać się do igrzysk. Tak już robią Niemcy i Węgrzy - mówi Tomasz Kryk, trener kadry kajakarek, która do 21 kwietnia przebywa w Portugalii. I która liczyła, że mimo pandemii koronawirusa, igrzyska w Tokio odbędą się zgodnie z planem. No właśnie, liczyła, bo CNN właśnie podał, że te zostaną przesunięte na następny rok.

Kryk od 12 lat prowadzi kadrę i zdobywa z nią medale na wszystkich imprezach mistrzowskich. Na igrzyskach w Rio w 2016 roku srebro wywalczyła Marta Walczykiewicz, a brąz Beata Mikołajczyk i Karolina Naja. Dla nich były to już odpowiednio trzeci i drugi medal olimpijski w karierze. Teraz, gdy prawie wszyscy nasi sportowcy wrócili z zagranicznych zgrupowań do kraju, grupa Kryka postanowiła aż do 21 kwietnia zostać w Portugalii i tam szykować się do igrzysk. Trener przekonuje, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski ma rację, gdy mimo nacisku z różnych stron stara się nie zmieniać terminu igrzysk planowanych na przełom lipca i sierpnia. Ale naciski są. I to duże. CNN podaje właśnie, że decyzja została już podjęta - igrzyska zostaną przełożone na następny rok.

Z Krykiem rozmawialiśmy jednak przed informacjami CNN o przesunięciu igrzysk.

Zobacz wideo Co z igrzyskami w Tokio?

Łukasz Jachimiak: MKOl chyba jeszcze próbuje bronić od dawna ustalonej daty igrzysk w Tokio, a Pan ma nadzieję, że obroni, prawda?

Tomasz Kryk: Analizuję wszystko na chłodno, patrząc nie tylko z punktu widzenia trenera, który się do igrzysk szykuje i za cztery miesiące ma mieć swoje spełnienie. Biorę pod uwagę choćby kwestie ekonomiczne. Od wyboru Tokio na gospodarza igrzysk minęło już prawie siedem lat. Przez ten czas wydano ogromne pieniądze na przygotowania. To raz. Dwa: mnóstwo pieniędzy przez cztery lata od igrzysk w Rio do teraz wydały wszystkie narodowe komitety olimpijskie na przygotowania swoich sportowców. To są olbrzymie kwoty, miliardy nie do policzenia. Patrząc ekonomicznie, trudno zgodzić się na zmarnowanie tych wszystkich środków. Należy wspólnie poszukać rozwiązania. Podkreślam słowo wspólnie.

Jakie rozwiązanie można znaleźć?

- Sprawa się rozbija przede wszystkim o zapewnienie bezpieczeństwa grupie ludzi, którzy przyjechaliby na igrzyska.

To by była bardzo duża grupa, więc i problem wygląda na bardzo duży.

- To około 10,5 tysiąca sportowców i do tego dwa razy tyle osób im towarzyszących, czyli trenerów, lekarzy, działaczy, dziennikarzy. W sumie 30 tysięcy ludzi, może więcej. Nie wierzę, żeby na przykład Stany Zjednoczone ze swoim potencjałem gospodarczym nie mogły zadbać o około 700 swoich przedstawicieli. Tych ludzi amerykańscy lekarze mogliby zbadać, upewnić siebie i świat, że wszyscy są zdrowi i wysłać ich na przygotowania w jedno z miejsc już bezpieczniejszych. To samo dotyczy co najmniej kilku innych narodowych ekip. A krajom bardzo dotkniętym epidemią koronawirusa - Włochom, Hiszpanii - międzynarodowe towarzystwo powinno zorganizować możliwość przygotowań, opłacić pobyt w Australii czy Nowej Zelandii. Myślę, że MKOl oczekuje współpracy i pomocy od grupy G7. To byłby pokaz, że w dobie kryzysu gospodarczego i medycznego jesteśmy solidarni. Naprawdę danie młodym, zdrowym ludziom możliwości przygotowania się do igrzysk i startu w nich byłoby ważne i wcale nie byłoby tak niebezpieczne, jak wielu uważa. Pamiętam raport z Włoch z 17 marca. Wtedy liczba zmarłych z powodu koronawirusa wynosiła 2003 osoby, z czego tylko 17 było przed 50. rokiem życia. I wszystkie te osoby miały choroby współistniejące. Uważam, że warto się zastanowić, czy igrzyska trzeba przekładać. Oczywiście ich zorganizowanie w lipcu i sierpniu to byłby duży wysiłek. Ale postanowienie o przełożeniu zawodów może zrodzić mnóstwo tragedii, o których teraz nikt nie chce pomyśleć.

Chodzi Panu o los zawodników, którzy mogą stracić nie tylko marzenia, ale też finansowanie?

- Tak, przesunięcie igrzysk powiedzmy na 2021 rok tak naprawdę może się skończyć tym, że one się nie odbędą, bo w 2021 roku świat będzie w wielkim kryzysie gospodarczym. Odwołanie igrzysk tylko go pogłębi. Już przez ich przełożenie mnóstwo ludzi nagle przestanie mieć środki do życia, a co dopiero mówić, gdyby igrzysk miało nie być. Wiele dyscyplin sportu może się promować tylko przez igrzyska. Tylko dzięki nim wielu sportowców może uzyskać różne prawa, jak chociażby polscy olimpijczycy, którzy przez wywalczenie medali zyskują prawo do olimpijskich emerytur. Kierujący MKOl-em pan Bach musi mieć to wszystko na uwadze. On ma bardzo twardy orzech do zgryzienia i trzeba o tym pamiętać, rozumieć, gdy apeluje o solidarność z MKOl-em i wsparcie. Zwłaszcza że nie znamy wszystkich zależności, nie wiemy jakie umowy MKOl wiążą z Japończykami, z telewizjami, ze sponsorami igrzysk. I moja refleksja, podobno buntownika, ale oparta na faktach historycznych. 1972 rok - ginie 11 sportowców z Izraela i jeden niemiecki policjant niemiecki, a igrzyska dokończono. 1980 rok - 63 narodowe federacje bojkotują start, igrzyska się odbywają. 1984 rok - 13 krajów socjalistycznych nie jedzie do Los Angeles, igrzyska się odbywają. I jeszcze z historii: 1992 rok - igrzyska w Barcelonie i piłkarskie Euro, 1994 rok - mundial w USA. A przecież wtedy na Bałkanach trwała wojna w której zginęło nawet do 200 tysięcy ludzi , a 1,8 mln ludzi opuściło domy. Może w tamtych trudnych czasach gest Kozakiewicza dawał ludziom nadzieję? Naprawdę prezydent Bach ma pod górkę i to bardzo mocno. Lubię nazywać rzeczy po imieniu, dlatego powiem, że narodowe komitety olimpijskie wywierają dużą presję na MKOl mówiąc o bojkocie i chcąc przyspieszenia decyzji.

A jakich działań oczekuje Pan od Polski? Otwarcia Centralnych Ośrodków Sportu i poumieszczania w nich w małych grupach olimpijczyków? Wtedy wróciłby Pan z kajakarską kadrą z Portugalii?

- To trzeba zrobić. Przecież sprawa nie rozbija się o wielkie grupy ludzi. Toru kolarskiego potrzebuje grupa niespełna 20 osób. Pływaków będzie około 15. Kajakarze: na dzisiaj to pięć kobiet, trzech kanadyjkarzy, jedna kanadyjkarka i dwóch górali - w sumie 11 osób. Nie trzeba dalej wyliczać. Już widać, że to naprawdęnie jest organizacyjnie wielki wysiłek, żeby takim grupom zapewnić wsparcie, dać możliwość trenowania. Wiemy od kolegów z Niemiec i Węgier, czyli kajakarskich potęg, że to się da zrobić. W tych krajach przebadano i skoszarowano ludzi w różnych ośrodkach sportowych. Upewniono się, że wszyscy są zdrowi i nie dano im możliwości kontaktu z kimkolwiek z zewnątrz. To jest wysoka cena, bo zawodnicy i trenerzy zupełnie nie widzą się z rodzinami. Ale za to mogą normalnie szykować się do igrzysk.

Mówi Pan o pięciu kajakarkach zakwalifikowanych na igrzyska, ale na zgrupowaniu w Portugalii ma Pan aż 15 zawodniczek?

- Tak, z 15 zawodniczkami jest tu dwóch trenerów i dwóch fizjoterapeutów. Poza zawodniczkami, które zdobyły kwalifikacje olimpijskie, jest też Justyna Iskrzycka, która na MŚ w Szeged była 10. i przy podziale dodatkowych kwalifikacji na podstawie zeszłorocznych wyników przyznano by jej prawdopodobnie miejsce w konkurencji K1 500 metrów. Jest też grupa młodzieżowa, która akurat w newralgicznym momencie była tu na zgrupowaniu. I te dziewczyny też podjęły decyzję, że zostają. Przeanalizowaliśmy sytuację z punktu widzenia medycznego, konsultowaliśmy się z naszymi lekarzami. Przeanalizowaliśmy procent umieralności w naszym przedziale wiekowym. I uznaliśmy, że nie wracamy i nie narażamy bliskich, na to, że zarazimy się w podróży i później zarazimy ich. Zostajemy tu do 21 kwietnia. Pierwotny plan był taki, że od 26 marca przez sześć dni mieliśmy być w Polsce i wrócić do Portugalii. Postanowiliśmy uniknąć podróży i kwarantanny. Ministerstwo sportu dopełniło wszelkich starań, umożliwiło nam powrót 15 marca, gdybyśmy chcieli, ale wspólnie z zawodniczkami uznaliśmy, że lepiej będzie zostać.

Nikt w tak dużej ekipie nie miał wątpliwości?

- Początkowo było w zawodniczkach trochę niepokoju. Ale ja jestem pewny, że są bezpieczne, a one mi ufają. Przestały się bać, mają poczucie, że niebezpiecznie byłoby dopiero gdyby wracały do kraju. Zrobiłem wszystko, żeby miały tu optymalne warunki i sportowe, i po prostu życiowe. Bardzo dbamy o higienę, jesteśmy w miejscu, w którym problemu z wirusem nie ma. Wkrótce zmienimy ośrodek, ale na również bezpieczny. Przeniesiemy się do wioski, która ma tylko 150 mieszkańców i małe jezioro. Zamieszkamy przy nim i będziemy mieli idealne warunki do pracy w tym momencie. Na tym jeziorze jest dziewięć torów, ich długość to 1000 metrów, czyli będzie jak na zawodach. Tu już miały być przygotowania pod starty w Pucharze Świata.

Czy to w pełni bezpieczne, żeby jechać do wioski nawet z tylko 150 mieszkańcami?

- Na dzisiaj to zupełnie bezpieczne miejsce. Władze też wiedzą, że nam już minęły ponad dwa tygodnie od przylotu do Portugalii i że jesteśmy zawodową drużyną sportową, która bardzo dba o wszystkie środki bezpieczeństwa. Przyjedziemy tam w czwartek.

Przebywacie tylko we własnej grupie, nie ma z Wami innych reprezentacji?

- W niedzielę wyjechała 64-osobowa reprezentacja Chin, która z nami mieszkała.

Bardzo duża reprezentacja.

- Ale oni utknęli w Portugalii na bardzo długo, byli tutaj od listopada. Przyjechali przed koronawirusem. Mieli tu być do 5 lutego, ale kiedy w Chinach wybuchła epidemia, to zdecydowali się bardzo przedłużyć swój pobyt. Jeszcze niedawno planowali zostać w Europie na jeszcze dłużej, ale w niedzielę czarter z Lizbony zabrał całą drużynę do Chin, bo u nich jest już bezpiecznie. Co ciekawe, pomagaliśmy im przewieźć sprzęt, który wysłali nie do Chin, tylko do Tokio.

Spodziewają się, że igrzyska odbędą się zgodnie z planem?

- Z rozmów z nimi wynika, że spodziewają się przesunięcia igrzysk, ale nieznacznego, o miesiąc, dwa. Liczba zachorowań i przypadków śmiertelnych spada w Chinach, w Iranie, Japonia deklaruje, że poradziła sobie z epidemią. W Azji jest coraz lepiej. Może za dwa-trzy tygodnie w Europie też tak będzie. Oglądam wystąpienia wirusologa Włodzimierza Guta, czyli doradcy Głównego Inspektora Sanitarnego. On twierdzi, że koronawirus nie zbierze aż takiego wielkiego, śmiertelnego żniwa, jak się boimy. Ten człowiek na pewno zna się na rzeczy. Dobrze, że MKOl dał sobie jeszcze cztery tygodnie zwłoki na decyzję, bo tu każdy dzień może mieć znaczenie. Pewnie, że pod pewnymi względami najłatwiej byłoby igrzyska mocno odsunąć w czasie, nie czekać, nie narażać się na wielką krytykę. Ale naprawdę warto popatrzeć na sprawę z wielu stron.

Cztery tygodnie na ostateczną decyzję MKOl dał sobie 22 marca. Czyli tę decyzję podejmie tuż przed 21 kwietnia. Wtedy kończy się Wasze zgrupowanie w Portugalii i na pewno już wiele dni wcześniej będzie Pan musiał wiedzieć, co robicie dalej. A może plan już powstał?

- Liczę, że wkrótce będzie wiadomo, co się ma dziać w Polsce. Zobaczymy, czy po Wielkanocy środki ostrożności będą dalej windowane, czy pójdzie to w inną stronę. A może już wcześniej ministerstwo sportu zapewni nam miejsca w Centralnych Ośrodkach Sportu. Wtedy będziemy mogli wrócić, poddać się kwarantannie w takim ośrodku i jednocześnie normalnie przygotowywać się do igrzysk. A jeżeli igrzyska przesuną się w czasie, to trudno, pogodzimy się z tym i będziemy zmieniać plany. Może latem pojedziemy na lodowiec, na narty biegowe. Bo wtedy szczyt formy będzie trzeba przesunąć.