Polscy wioślarze zamknięci w hotelu w Portugalii. "Czujemy się jak w 'Lśnieniu'"

- Hotel jest dla naszego bezpieczeństwa zamknięty. Z nami przebywają tylko trzy osoby: menedżer, osoba pracująca na kuchni i osoba sprzątająca. Trochę się podśmiewamy, że mamy tu "Lśnienie" - mówi Weronika Deresz. Troje wioślarzy i dwóch trenerów przygotowuje się w portugalskim Lago Azul. Tylko do czego?

Łukasz Jachimiak: Tydzień temu duża grupa polskich sportowców skróciła zgrupowania w Portugalii i wróciła do kraju. Pani została, żeby razem z Jaclyn Stelmaszyk przygotować się do olimpijskich kwalifikacji. I chyba cały czas pracujecie, nie wiedząc kiedy i czy w ogóle te eliminacje będą?

Weronika Deresz: Zgadza się, wszystko jest wciąż w zawieszeniu. Zdając sobie z tego sprawę, podjęliśmy decyzję, żeby zostać w Portugalii i trenować w bardzo dobrych warunkach. Skoro jest szansa, że igrzyska się odbędą, a MKOl wciąż ma nadzieję, że będą rozegrane w planowanym terminie, to my chcemy się przygotować.

Zobacz wideo

Mimo wszystko trudno wierzyć, że igrzyska nie zostaną przełożone.

- Rzeczywiście wszystko jest w zawieszeniu. My mamy odwołane kwalifikacje olimpijskie, a przecież w wioślarstwie jeszcze połowa stawki nie jest obsadzona, wyłoniono dopiero 50 proc. uczestników igrzysk. Czekamy na decyzję Międzynarodowej Federacji Wioślarskiej czy będą rozdawać kwalifikacje na podstawie zeszłorocznych, światowych rankingów, co prawdopodobnie dałoby nam miejsce na igrzyskach, czy wymyślą inne rozwiązanie. To się ma wyjaśnić na początku kwietnia. My czekając, chcemy szlifować formę.

Musicie to robić nawet jeśli polska dwójka dostanie miejsce w Tokio bez kwalifikacji, bo poza Wami to miejsce chciałaby jeszcze zająć osada Joanna Dorociak/Katarzyna Wełna i z nimi musicie mieć wewnętrzne kwalifikacje?

- Zgadza się. Trenuje się przede wszystkim pod kątem celu długofalowego, ale to Polska ma dostać albo wywalczyć sobie miejsce na igrzyskach, a nie Weronika Deresz. Trzeba będzie wyłonić skład, który Polskę będzie reprezentował.

Wasze koleżanki i zarazem rywalki mają gorzej, bo są teraz w Polsce?

- Z tego co wiem, przygotowują się w domach. Pływanie na wodzie to opcja lepsza, trzeba na niej wypływać dużo kilometrów, żeby dobrze wszystko poczuć. To jest jak z tańcem - kroków może się nauczyć każdy, ale trzeba więcej popracować, żeby mieć czucie ruchów, muzyki. Dziewczyny w kraju muszą bazować na ergometrach. Na pewno jak już w Polsce będzie sytuacja bezpieczniejsza, to zostaną przeprowadzone wyścigi kwalifikacyjne. Moment konfrontacji nastanie, ale na razie nie mamy informacji kiedy.

A macie wyznaczony termin powrotu z Portugalii, czy na razie po prostu planujecie być tam jak najdłużej?

- Termin powrotu też jest w zawieszeniu, jak wszystko. Początkowo mieliśmy tu zostać do końca marca. Teraz trenerzy będą się kontaktować z naszą federacją, będą dyskutować, czy możemy tu zostać dłużej. Organizacja powrotu na ten moment może być zresztą problematyczna, bo kraje pozamykały swoje granice. Ale na razie się tym nie martwimy. Przebywamy w hotelu, w którym wcześniej była cała kadra, mamy tu świetne zaplecze, doskonałe warunki, codziennie pracujemy na wodzie, wykonujemy 100 procent treningowej normy.

Kto poza Wami jest w ośrodku?

- Nikt, i hotel jest dla naszego bezpieczeństwa zamknięty. Z nami przebywają tu tylko trzy osoby: menedżer, osoba pracująca na kuchni i osoba sprzątająca.

Czyli mieszkacie trochę tak jak bohaterowie filmu "Lśnienie" Stanleya Kubricka na podstawie powieści Stephena Kinga.

- Właśnie trochę się podśmiewamy, że mamy tu "Lśnienie", bo jesteśmy zamknięci w odludnym pensjonacie. Tak naprawdę jest tu bardzo bezpiecznie, jesteśmy z dala od skupisk ludzkich, a do tego bardzo dbamy o przestrzeganie zasad higieny. Każdy cały czas dezynfekuje ręce, mimo że epidemia nie powinna tu dotrzeć, chociaż w Portugalii bardzo narasta.

Ale Wasz ośrodek jest chyba całkiem niedaleko granicy z Hiszpanią, w której koronawirus szaleje?

- Jesteśmy położeni raczej centralnie, 30 km od miasta Tomar.

Jednak Portugalia jest mała i do granicy z Hiszpanią macie chyba nie więcej niż 100 km?

- Może i tak, ale w kierunku granicy hiszpańskiej są może nie same lasy, bo to by było naciągane, ale nie ma dużych miast. A wirus przenosi się tam, gdzie są skupiska ludzkie, czyli nie tu. Tu jest odludzie.

Na torze też nie spotykacie nikogo? Nie ma osad z innych krajów?

- Zostaliśmy tylko my. W ubiegłym tygodniu byli jeszcze Niemcy, ale jakimś dekretem państwowym czy zarządzeniem ministerialnym zostali ściągnięci do kraju i tam mieli zacząć treningi w wydzielonych dla nich, a dla innych zamkniętych ośrodkach sportowych. Każda osada miała się znaleźć gdzie indziej.

Czyli oni mają system na trudne czasy, a my mamy zamknięte Centralne Ośrodki Sportu i pozamykane obiekty w poszczególnych miastach.

- Zamknięcie COS-ów to rzeczywiście problem. Zamknięte są na razie do 29 marca, ale w związku z rozwijającą się sytuacją epidemiologiczną pewnie nie zostaną otwarte po 29 marca. Chyba teraz nie ma takiej możliwości, żeby w Polsce uprawiać sport. Dlatego chcielibyśmy w Portugalii zostać tak długo, aż w Polsce stanie się bezpiecznie i będzie można trenować. Albo tak długo, aż tu się stanie niebezpiecznie i trzeba będzie wyjechać, co - mamy nadzieję - się nie stanie.

Niemcy mają o wiele więcej przypadków koronawirusa, ale przygotowania swoim olimpijczykom jakoś organizują, więc może mimo bardzo trudnej sytuacji w naszym kraju trzeba apelować do odpowiednich osób, żeby i Wam stworzone zostały możliwości treningu?

- Byłoby bardzo źle, gdyby się okazało, że igrzyska odbędą się w terminie, a polscy sportowcy nie będą mogli się przygotować. Oczywiście trening to w sytuacji epidemiologicznej sprawa drugorzędna. Liczą się przede wszystkim bezpieczeństwo, życie, zdrowie. Ale jeśli już o sporcie mówimy, jeśli rozpatrujemy sytuację, to rzeczywiście sportowcy będący teraz w Polsce przy aktualnych rozporządzeniach znajdują się w bardzo trudnej sytuacji. Wioślarze jeszcze popracują na ergometrach, ale co mają zrobić pływacy albo tyczkarze? Czytałam rozmowę z dyrektorem COS-u w Wałczu, że są pomysły, żeby wszystkie COS-y wydzielić na ośrodki kwarantanny dla sportowców. Ale wola COS-ów to jedno, a drugie to jaka będzie wola rządu. Wiadomo, że mamy stan wyjątkowy i takie decyzje podlegają ustawie o stanie wyjątkowym. Generalnie trudno myśleć o sporcie, nawet będąc sportowcem. Patrząc na to, co się dzieje we Włoszech, widzi się rzeczy, których nie ma nawet w najgorszych filmach katastroficznych. Ciężarówki pełne ciał jadące do krematorium, bo nie ma co z ciałami zrobić - to wstrząsające. Aż mi się czasem wydaje nieprzyzwoite i małe, że wobec czegoś takiego rozmawia się o sporcie.

Z jednej strony tak, ale z drugiej powiedzenie, że dla olimpijczyków sport to całe życie czy bardzo ważna część życia jest banalne, ale prawdziwe.

- Tak, to nasza ścieżka życia. Dla sportowca igrzyska to jest całe życie. To nasz zawód, nasz wybór, nasza praca, nasze marzenia. Ale patrzeć trzeba z odpowiedniej perspektywy i najpierw myśleć o życiu i zdrowiu. Tak naprawdę nasze pozostanie w Portugalii to była decyzja nie tyle podjęta ze względu na sport, ile na bezpieczeństwo. Bo jeszcze raz podkreślam, że jesteśmy tutaj totalnie na odludziu, w tym pensjonacie z "Lśnienia".

Na szczęście śnieg Was nie zasypie.

- Nie zapowiada się na to. Mamy piękną pogodę, słoneczko przygrzewa, wokół kwitną drzewa pomarańczowe, więc jest przepięknie, idyllicznie. Cisza, spokój, jak przejedzie jeden samochód dziennie przed hotelem, to wszyscy się zastanawiamy, co się stało, że ktoś aż tu zabłądził. Szkoda, że to tylko specyfika tego miejsca. I że ogólnie wiemy, że nic nie wiemy.