Władysław Kozakiewicz: Niech Polska zacznie myśleć o swoich sportowcach. Zakazy są zbyt surowe

- Myślę, że igrzyska w Tokio odbędą się zgodnie z planem. Dlatego trzeba trenować. PKOl musi o to walczyć. Niech nasza pani minister sportu się odezwie, niech się upomni o prawa olimpijczyków do przygotowań - mówi Władysław Kozakiewicz. Mistrz olimpijski w skoku o tyczce z igrzysk Moskwa 1980 opowiada też w rozmowie ze Sport.pl, jak z koronawirusem walczą Niemcy. Kozakiewicz od wielu lat mieszka pod Hanowerem.

Łukasz Jachimiak: Jest Pan mistrzem olimpijskim i sportowcem, któremu kiedyś z powodów politycznych nie pozwolono na igrzyskach wystartować. Co Pan myśli, obserwując pandemię koronawirusa i słysząc zapewnienia MKOl-u, że igrzyska w Tokio odbędą się zgodnie z planem?

Władysław Kozakiewicz: Wiadomo, że problem dotyczy całego świata, jest bardzo poważny. Ale nie ma chyba innej tak trudnej do przełożenia wielkiej imprezy jak letnie igrzyska olimpijskie. Spodziewam się, że one rzeczywiście odbędą się zgodnie z planem, czyli na przełomie lipca i sierpnia. I - mam nadzieję - że Polska lada chwila zacznie troszeczkę myśleć o swoich sportowcach i da im możliwość treningu.

Zobacz wideo Koronawirus mocno uderza w świat sportu

Zakazy są zbyt surowe?

- Tak, sportowcy powinni być wpuszczani na obiekty w niewielkich grupach. Przecież to nie problem, żeby trenowali w dwójkę czy trójkę. Reprezentanci szykujący się do igrzysk muszą mieć faktyczną możliwość szykowania się do nich.

Słyszał Pan, że jeden z naszych tyczkarzy nie może szykować się do igrzysk, bo zamknięte są Centralne Ośrodki Sportu, więc musi trenować w swoim mieście, ale tam władze nie chcą go wpuścić do hali, a i z wypożyczeniem zeskoku i wstawieniem go u siebie na działce ten zawodnik ma problem?

- Przede wszystkim jeszcze jest za zimno, żeby skakać na zewnątrz. Tu musi wkroczyć Polski Komitet Olimpijski. Trzeba podjąć działania, żeby olimpijczycy mogli trenować. Nie tylko tyczkarze, choć oni mają najtrudniej. Anita Włodarczyk się skarży, że w domu młotem nie porzuca, ale ona jeszcze może sobie wyjść gdzieś w pole czy dostać się na całkowicie opuszczony stadion i rzucać. A tyczkarz czy skoczek wzwyż nic na własną rękę nie zrobią. PKOl powinien zaapelować o to, żeby sportowcy mogli chodzić do pracy. Przecież to jest ich praca, są zawodowcami. Powinni być do tej pracy dopuszczeni. Niech to będzie na specjalnych warunkach, ale niech będzie. Niech to dotyczy naszych najlepszych sportowców, tych, którzy mają jechać do Tokio. Mam poczucie, że igrzyska się odbędą i mam taką nadzieję. Organizatorzy mogliby wpuścić na obiekty tylko Japończyków, a kibiców ze świata nie przyjmować. Mogliby nawet zrobić igrzyska bez publiczności na trybunach. Trudno, wszyscy mielibyśmy przekaz telewizyjny. Zresztą, mamy jeszcze czas. W Azji sytuacja już się poprawia i powinno być coraz lepiej. Pamiętajmy, że przesunięcie igrzysk na później może być naprawdę nierealne. Z bardzo wielu przyczyn, w tym i z takiej, że wioska olimpijska jest już sprzedana, od jesieni mają w niej mieszkać ludzie, którym te mieszkania po prostu sprzedano. Wracając do kwestii bezpieczeństwa zdrowotnego, to przecież każdy kraj uczestniczący w igrzyskach można zobowiązać, żeby przed wypuszczeniem do Japonii przebadał wszystkich sportowców i innych swoich przedstawicieli będących w olimpijskiej ekipie. Niech będzie pewne, że wszyscy przyjechali do Tokio zdrowi i nikt nikogo nie zarazi. To jest bardzo prawdopodobny wariant. Dlatego trzeba trenować. Niech nasza pani minister sportu się odezwie, niech się upomni o prawa olimpijczyków do przygotowań. Na razie się, niestety, schowała, nic nie mówi. A wreszcie trzeba coś powiedzieć.

Mieszka Pan w Niemczech, więc proszę powiedzieć czy niemieccy olimpijczycy mają przygotowany jakiś tryb przygotowań?

- Nie mam informacji z pierwszej ręki, ale nie widzę w niemieckich mediach takich historii tutejszych sportowców, jakie polscy sportowcy opowiadają w polskich mediach. Oczywiście to nie znaczy, że ograniczeń nie ma, że Niemcy z koronawirusem nie walczą. Moja żona prowadzi klinikę rehabilitacyjną pod Hanowerem, ja jestem na emeryturze, ale u żony pracuję i widzimy, że sytuacja jest poważna. Klientów mamy o połowę mniej niż przed koronawirusem. Nasza ulubiona, grecka restauracja została zamknięta. Miasto jest puste. Urzędy są pozamykane, nawet urząd finansowy, a więc naprawdę nie ma lekko. Muszę powiedzieć, że nieprawdziwe są informacje, że Niemcy sobie żyją beztrosko. W sklepach w kolejce do kasy są duże odstępy między ludźmi, napięcie jest wyczuwalne. My w naszym ośrodku rehabilitacyjnym nosimy maseczki, wszyscy tu dbają o higienę, starają się ograniczać rozprzestrzenianie się wirusa. Polska się szczyci, że ma mało zachorowań, a ile robi testów?

W piątek ich liczba przekroczyła 13 tysięcy.

- No właśnie. O wielu chorych w Polsce po prostu nie wiadomo, że chorują.

Dużo przypadków zachorowań jest w Pana okolicy?

- W całym Niemczech jest ich dużo [już ponad 20 tysięcy, w tym 70 przypadków śmiertelnych], ale tu się robi ogromną liczbę testów. Jakiś czas temu widziałem wiadomość, że zrobiono ich już ponad 300 tysięcy. Tu każdy może sobie zrobić test. Są miejsca, które są przygotowane, można się do nich zgłaszać i sprawdzić czy jest się zarażonym. Niemcy są bogatym krajem i też sprawdza się to, że muszą mieć wszystko poukładane. Już mają przygotowaną konkretną pomoc dla przedsiębiorców, przeróżne dodatki dla pracowników. Mają gotowe plany, a ludzie wiedzą, jakie dokumenty mają złożyć, żeby dostać realne wsparcie. Ale skończmy sportem. Jeżeli prezydent Polski jeździ po kraju i spotyka się z ludźmi, to zawodnicy szykujący się do igrzysk też mogą pójść na stadion albo na halę i potrenować. Nie widzę problemu, żeby to dobrze rozwiązać.