Wojciech Fibak przerażony sytuacją we Francji. "20 mln ludzi poszło na wybory. To nie do uwierzenia"

Wojciech Fibak przebywa we Francji i jest przerażony tamtejszą sytuacją. - W ostatnią niedzielę ponad 20 mln Francuzów poszło na wybory mimo pandemii. To nie do uwierzenia - mówi w rozmowie ze Sport.pl najlepszy polski tenisista w historii.

Dominik Senkowski: Przebywa pan we Francji. Jak wygląda tam z pana perspektywy walka z koronawirusem? 

Wojciech Fibak: Jestem w przestrzeni alpejskiej. Tu tak się nie odczuwa tego zagrożenia. W wioskach narciarskich jest nieco spokojniej, ale oczywiście śledzę wszystkie doniesienia. Różnica między Polską a Francją jeszcze kilka dni temu była gigantyczna. W zeszłą sobotę alpejskie kurorty były pełne narciarzy, bary wypełnione po brzegi klientami, pełno ludzi na ulicach. Nagle w niedzielę zamknięto wyciągi, sklepy, restauracje. Wszyscy byli w szoku.

Zobacz wideo Zobacz, jak koronawirus sparaliżował świat sportu:

Ale wybory samorządowe odbyły się w terminie. 

- Powinni je przesunąć. Z 47 mln ludzi upoważnionych do głosowania do urn poszła prawie połowa. Ponad 20 mln Francuzów zdecydowało się głosować. To nie do uwierzenia, że oni nie połączyli tego z pandemią. Podobno prezydent Emmanuel Macron chciał przełożyć wybory, ale ugiął się pod namową przewodniczących Senatu i Zgromadzenia Narodowego. To olbrzymi błąd Francuzów, który może sprawić, że za kilka dni zakażonych będzie dużo więcej. 20 mln głosujących w takich okolicznościach to po prostu szok.

Koronawirus sparaliżował świat sportu, w tym także tenis. 

- Jeszcze miesiąc temu w Monte Carlo, gdzie mieszkam, nikt nie przypuszczał, że turniej się nie odbędzie. Teraz już wiadomo, że część sezonu na kortach ziemnych została odwołana. Gdyby nawet ATP nie podjęło takiej decyzji, organizatorzy w Monte Carlo zamknęliby turniej, bo najwięcej kibiców przyjeżdża tam z Włoch, które są dziś w strasznej sytuacji.

Władze Roland Garros przeniosły turniej na jesień. Najbliższy Wielki Szlem odbędzie się w lipcu w Londynie?

- Tak, jak Francuzi mogą mieć problem za kilka dni ze wzrostem liczby zakażonych, tak za miesiąc podobnie może być w Wielkiej Brytanii. Nie ma tam takich ograniczeń, jak w innych krajach i sytuacja może się jeszcze pogorszyć.

WTA i ATP zawiesiły sezon do 7 czerwca. Punkty zostały zamrożone i nikt ich nie straci ani nie zyska do tego czasu. Dobra decyzja?

- To zawsze trudna decyzja, jak decydować o punktach i rankingu. Zamrożenie punktów to szczególnie dobra wiadomość dla Rogera Federera, który jest po zabiegu i miał wrócić dopiero na korty trawiaste. To też korzystne dla Huberta Hurkacza, który rok temu w Indian Wells był w ćwierćfinale.

40 lat temu byłem członkiem komitetu, który decydował o zasadach ustalania rankingu. Zastanawialiśmy się wtedy, co robić z punktami - dodawać je czy dzielić przez liczbę turniejów i wyciągać średnią. Głosowaliśmy za średnią, ja także. Przez wiele lat właśnie na tej zasadzie opierał się ranking ATP. Dla mnie to było fatalne, bo gdyby liczono tak jak dziś, byłbym wyżej w zestawieniu - trzeci, czwarty, piąty.

Jeśli pandemia osłabnie, wyobraża pan sobie rozgrywanie meczów bez kibiców?

- Rozegranie Wimbledonu czy innego turnieju wielkoszlemowego bez kibiców jest niemożliwe. To zaprzeczenie idei sportu. Sportowcy i widzowie są nierozłączni. Względy ekonomiczne też są ważne. Nikt nie zrezygnuje z wpływów z biletów. 

Jak ta przerwa z powodu koronawirusa wpłynie na tenis? Czy turnieje mogą zbankrutować?

- Turnieje raczej nie, bo zwykle są ubezpieczone i mają kapitał. Pytanie, co z formą tenisistów po takiej przerwie. Nie każdy jest jak Federer, który po powrocie potrafi odzyskać dawną formę. Sam trening nie wystarcza. Wielu tenisistów martwi się teraz nie o finansowe, a głównie o to, jak utrzymać formę podczas przymusowej przerwy w rozgrywkach. Obecna sytuacja to szok dla tej dyscypliny. Tenis przyzwyczaił się, że gra praktycznie cały rok.