Polacy bezradni przed IO. MKOl nie widzi potrzeby drastycznych działań, ale zmusza do tego sportowców

Intencje mogą być dobre. Ale zakład MKOl z losem o możliwość rozegrania Tokio 2020 wpędza sportowców w naprawdę diabelskie dylematy. Tu trzeba poważniejszego komunikatu niż ten ostatni: "spokojnie, mamy jeszcze czas".

Oto olimpijskie opowieści z jednego tylko polskiego miasta. Bardzo dobry skoczek o tyczce nie może trenować, bo nie ma zeskoku. Ośrodki z zeskokami zostały zamknięte. Nie tylko Centralne Ośrodki Sportu, ale też zwykłe hale. W jednej takiej zamkniętej hali został wprawdzie zeskok, po mityngu lekkoatletycznym, i jest na wyciągnięcie ręki. Ale nie można z niego korzystać w hali, bo hala – jak wyżej – jest zamknięta. Skoczek już w pewnym momencie wywalczył sobie nawet prawo do bycia jedyną osobą korzystającą z tej hali. Ale zaraz mu zgodę na to cofnięto, bo nikt nie chciał brać na siebie takiego ciężaru w czasach pandemii.

Zobacz wideo Jak koronawirus sparaliżował świat sportu:

Skok o tyczce z przeszkodami

Podobnie bezradny jest dobry pływak z tego samego miasta. Jemu zamknięto wszystkie baseny. Też próbował w ostatnich dniach wybłagać, żeby mu pozwolono być jedynym pływającym w jednym z basenów. Ale tak jak zgoda dla tyczkarza, tak i ta się nie utrzymała. I jak teraz pogodzić przygotowania z izolacją, gdy się uprawia sport wymagający specjalistycznego obiektu, albo sport ekstremalny, bo takim jest skok o tyczce (skoczkowie wzwyż są zresztą w dość podobnej sytuacji)?

Pływak, jak wielu innych w całej Europie, pewnie będzie się musiał poddać i na razie robić jakiś najprostszy trening zastępczy. Skoczek o tyczce jeszcze walczy. Chce przynajmniej zgody na pożyczenie tego zeskoku z hali. I może wywiezie go na działkę w rodzinne strony, żeby tam trenować w kwarantannie. Na szczęście pogoda sprzyja, nie pada i jest więcej niż 10 stopni, więc można podjąć próbę treningu na świeżym powietrzu. Oczywiście, że brzmi to wszystko niewiarygodnie, że to niedogodność, do tego ryzykowna. Ale jak powiedzieć tyczkarzowi: nie ryzykuj, odpuść, skoro MKOl właśnie uspokoił rodzinę olimpijską oficjalnym komunikatem, że zostały jeszcze cztery miesiące do igrzysk i „nie ma potrzeby podejmowania drastycznych działań” w sprawie Tokio?

Łatwo mówić komuś: sport to nie całe życie. A jeśli dla kogoś jednak jest całym życiem?

Komunikat o tym, że MKOl "nie ma potrzeby podejmowania drastycznych działań" to – niezależnie od intencji olimpijskich działaczy – impuls dla sportowców, żeby właśnie podejmować drastyczne działania. Szukać sposobu, luki, może zignorować ostrzeżenia epidemiologów, każdym sposobem obronić się przed wypadnięciem z rytmu, bo przecież igrzyska jednak mają się odbyć, a może ci sportowcy nie będą już mieli nigdy takiej drugiej szansy na olimpijski medal. A oni świetnie wiedzą, że gdzieś na świecie jest rywal, który jeszcze może normalnie trenować, któremu może nie zamknięto jeszcze hali, a może ma własny zeskok. I ten rywal w olimpijskiej walce dostanie fory tylko dlatego, że w jego kraju jeszcze jest mniej zakażonych niż gdzie indziej. Oczywiście, że gdy świat płonie, to wypadałoby machnąć ręką i nie podejmować żadnego ryzyka. Ale naprawdę, nie wszyscy sportowcy to piłkarze czy koszykarze, którym zamknięto całe ligi i wszyscy są w równej sytuacji. Olimpijczycy nie zarabiają sezon w sezon podobnie, poza elitą większość z nich żyje w cyklu czteroletnim, zawsze z nadzieją, że igrzyska odmienią ich los na długo. I łatwo mówić podczas pandemii: sport to nie całe życie. Ale co z tymi, dla których sport naprawdę jest niemal całym życiem?

Igrzyska ustępowały dotychczas tylko przed wojnami światowymi. Ale to były inne igrzyska niż te dzisiejsze

Często pada w ostatnich dniach określenie, że jesteśmy na wojnie. Dotychczas igrzyska ustępowały  tylko przed dwiema wojnami światowymi. Ale to były jeszcze inne igrzyska, stawką nie były jak dziś miliardy dolarów. Nawet nie miliony. A i to jest inna wojna, choć też ogólnoświatowa. Więc być może rzeczywiście warto się uprzeć i igrzyska rozegrać, godząc się nawet z tym, że faworyzowane będą kraje, które miały w tej wojnie więcej szczęścia. Jest natomiast jedna rzecz, której robić nie wolno: budować fałszywego wrażenia, że wszystko jest pod kontrolą.

Bo co dziś znaczy zdanie „nie ma potrzeby podejmowania drastycznych działań”? Czy to znaczy, że MKOl ma już pewność, że pandemia nie będzie problemem w dniu otwarcia igrzysk, 24 lipca? Czy może MKOl ma obietnicę Japonii, że do lipca ten kraj nie tylko wygra własną wojnę z wirusem, ale też nie będzie mieć najmniejszego problemu z wpuszczeniem do siebie sportowców z ponad 200 reprezentacji z całego świata, ich sztabów, ludzi mediów, kibiców?

Ci, którym zależy na igrzyskach, zrozumieją, że trzeba ustępstw. Ale ludzi nie wolno zwodzić

Czy też może jest inaczej i MKOl podjął już rozmowy o jakichś drastycznych środkach, które rozegranie igrzysk uprawdopodobnią? Czy był rozważany np. wariant, by w ogóle zrezygnować z systemu kwalifikacji i w drodze wyjątku zaproszenia na igrzyska 2020 wydać arbitralnie? Czy był rozważany wariant, by bilety na olimpijskie trybuny mogli kupować tylko mieszkańcy Japonii? Tam chętnych na wejściówki było od początku dużo więcej niż wejściówek, więc nie ma groźby pustych trybun, a o ile bezpieczniejszy to jest wariant jeśli chodzi o walkę z wirusem. Dalej:  czy był rozważany wariant, by obsługę medialną ograniczyć do stacji radiowych i telewizyjnych, które są posiadaczami praw do transmisji, oraz do wielkich agencji informacyjnych? Czy był rozważany pomysł, żeby wyselekcjonowane w ten sposób grono osób z zagranicy dopuszczonych do uczestnictwa w igrzyskach, oraz sportowców i ich sztaby, poddać pełnej przedolimpijskiej kwarantannie?

Bo jeśli te warianty nie były rozważane, to nie ma żadnego powodu, by wierzyć w uspokajające komunikaty. A jeśli warianty były rozważane, dlaczego tego nie ogłosić? Dziś igrzyska to nie tylko tysiące sportowców, dziesiątki tysięcy widzów na trybunach, ale też kolejne tysiące obsługujących olimpijską rywalizację, z biletami wykupionymi na konkretne daty, z konkretnymi, opłaconymi w części z góry, rezerwacjami miejsc w hotelach. Ci ludzie, w ogromnej części, kochają igrzyska i być może zrozumieją, że ceną za rozegranie Tokio 2020 jest m.in. to, żeby część akredytowanych, z wykupionymi już lotami i hotelami, tym razem wstępu na igrzyska nie miała. Ci ludzie, pozwolę sobie napisać w imieniu jednego, którego dobrze znam, mają tylko jedną prośbę: żeby ich nie zwodzić.