Chińska liga koszykówki uratuje piłkę nożną? Warto skopiować ten pomysł na dokończenie sezonu

Koronawirus opuszcza Chiny. W ciągu ostatniej doby zaraziło się tam nią tylko 13 osób. To statystyka dająca nadzieję na powrót do normalności w każdej dziedzinie życia. W sporcie także. Chińska liga koszykówki może być przykładem dla europejskich federacji, a jej pomysł na dokończenie sezonu może uratować rozgrywki nie tylko w Azji, ale na całym świecie.

„Tych meczów nie będzie”, „Myślenie życzeniowe”, „O czym my rozmawiamy” – to niektóre opinie, które we wtorek pojawiły się w mediach po ogłoszeniu decyzji dotyczącej organizacji najbliższych mistrzostw Europy w piłce nożnej. Euro zostało przeniesione na 2021 rok, co było w czasie szalejącej pandemii koronawirusa jedynym słusznym wyjściem. Mimo tego, sceptycznych czy wręcz histerycznych głosów wciąż nie brakuje.

Zobacz wideo Mistrzostwa Europy przełożone! Konsekwencje koronawirusa w sporcie

Chiny wzorem dla Europy

Na początek ustalmy fakty. Euro 2020 to już przeszłość, wykreślona pozycja z kalendarza. Mistrzostwa Europy w piłce nożnej się odbędą, ale dopiero za rok, w 2021. Przede wszystkim dlatego, że w Europie rozprzestrzenia się śmiertelnie groźny koronawirus. Z nim wiąże się drugi powód, dla którego ME przełożono – ligi krajowe. Turniej odłożono w czasie, by można było dokończyć klubowe rozgrywki – ligowe i pucharowe. Ich zawieszenie wiązałoby się bowiem z gigantycznymi stratami finansowymi.

O ile nie poznaliśmy jeszcze dokładnych terminarzy ligowych i pucharowych, o tyle już teraz wiemy, że plan UEFA zakłada m.in. rozegranie finału Ligi Europy 24 czerwca, a trzy dni później zorganizowania finału Ligi Mistrzów. Terminy nieprzypadkowe – przed nimi grę skończyć muszą ligi, po nich zakończy się cały sezon. Dlaczego akurat w tych dniach, a nie np. 5 i 10 lipca, skoro nie będzie Euro? Dlatego, że niemal wszystkie kończące się w tym roku umowy piłkarzy i trenerów obowiązują do końca czerwca. 1 lipca może się więc okazać, że niektóre kluby stracą połowę kadr czy sztabów szkoleniowych. A z taką sytuacją trzeba się liczyć na poważnie, nawet mimo wznowienia gry, bo świat sportu po pandemii będzie inny, bezlitosny dla biednych, których po prostu na utrzymanie pewnych aspektów codziennego funkcjonowania i opłacanie graczy nie będzie stać. Wracając jednak do wyznaczonych przez UEFA terminów i samego wznowienia gry. Po tym, jak we wtorek pojawiły się pierwsze oficjalne informacje, w mediach zapanował chaos przeplatany paniką, histerią i dramatycznymi przepowiedniami. Część dziennikarzy, żyjąca z podsycania i dramatyzowania, bardzo szybko zaczęła wieszczyć, że do żadnych meczów nie dojdzie, bo za kilka(naście) tygodni niektóre kraje będą walczyły z sytuacją podobną do tej, jaka ma miejsce we Włoszech (ponad 30 tysięcy zarażonych osób). Osoby lubujące się w sianiu histerii i dramatyzowaniu nie zdążyły się nawet przyjrzeć planom i popierającym je argumentom, a już te plany zgniotły, podeptały i wyrzuciły do kosza. Oczywiście, nie można z całą pewnością stwierdzić, że te osoby nie mają racji, a tekst który właśnie czytacie zostanie przez nie wyśmiany. Miejmy jednak nadzieję, że świat sportu niebawem odżyje. Ta nadzieja zresztą nie bierze się znikąd – daje ją kraj, gdzie wszystko się zaczęło. Chiny stają się wzorem nie tylko szybkiej i skutecznej walki z wirusem, ale także rozsądnego powrotu do życia.

Pierwsze rozgrywki w Chinach wracają do gry

Zaledwie 13 nowych przypadków zarażenia w ciągu ostatniej doby. Jedynie kilka poza największym ogniskiem. I to kilka u osób wracających do kraju. To nie statystyka Malty, Wysp Owczych czy Brunei (podobna liczba zakażonych w ostatnich 24 godzinach), a przypadek Chin, czyli państwa, gdzie narodził się koronawirus. Apogeum w Państwie Środka minęło. I nic nie wskazuje na to, że walka z wirusem ma tam rozgorzeć na nowo. Chińczycy z epidemią się uporali, a teraz ją dogaszają. Filmy z triumfalnie zdejmującymi maski chińskimi lekarzami biją rekordy popularności w internecie, a chiński rząd oferuje pomoc Europie. Poza Wuhan, gdzie ludzie wrócili już do pracy, w chińskich miastach otworzono restauracje, bary, czy nawet kluby nocne. Wszystko wraca do normalnego rytmu.

Wszystko łącznie ze sportem. Coś, co jeszcze kilka tygodni temu wydawało się nierealne, teraz staje się możliwe. W „ojczyźnie” śmiertelnego wirusa do życia wraca sport. Za kilkanaście dni w Chinach rozgrywki wznowić ma CBA, czyli chińska liga koszykówki, największa i najlepsza w Azji. Kluby już zorganizowały powroty zagranicznych koszykarzy do kraju, gdzie rozpoczynają pierwsze treningi i przygotowania do drugiej części rywalizacji. Dla nich koronawirus to już przeszłość, z którą udało się wygrać. Trzeba naturalnie pamiętać, że dyscyplina społeczna w Chinach znajduje się na innym poziomie niż w Europie. Tam dyrektywy państwa są rzeczą świętą, na Starym Kontynencie niekoniecznie. Dlatego na wznowienie rywalizacji sportowej trzeba patrzeć przez pryzmat tej dyscypliny. Nie oznacza to jednak, że z tego wznowienia i ogólnej sytuacji w kraju nie można czerpać nadziei, pomysłów i planów.

Pomysły, które wykorzysta Europa?

Jednym z takich pomysłów jest organizacja końcówek sezonów. Jeśli w Europie uda się wrócić do gry za 4-6 tygodni, rozgrywki ligowe i pucharowe trzeba będzie maksymalnie skondensować. Dodatkowo trzeba też będzie maksymalnie ograniczyć ryzyko.

W takiej sytuacji gra bez publiczności byłaby więc rzeczą oczywistą. Ale nawet mimo tego pozostałoby wiele problemów logistycznych. Jak w krótkim czasie przemieszczać drużyny po całym kraju / kontynencie? Jak zapewnić im czas na wypoczynek i regenerację? Jak zdążyć ze wszystkim do czerwca?

Z odpowiedzią także przychodzą Chińczycy. Wiadomo – jak wyżej – że u nich niebawem do gry wróci liga koszykówki. Do końca jednak nie wiadomo, jak ostatnie 16 kolejek zostanie przeprowadzonych. Władze chińskiej federacji koszykarskiej wpadły więc na pomysł zorganizowania miniturnieju w dwóch miastach: Dongguan i Qingdao – tam na przestrzeni kilkunastu dni zmierzyłyby się ze sobą wszystkie zespoły, zakwaterowane w pobliskich hotelach. To wyeliminowałoby problemy logistyczne, ograniczyłoby do maksimum podróże, a dodatkowo dało komfort i bezpieczeństwo pracy mediom i telewizjom pokazującym spotkania.

W rozgrywkach ligowych, jak Bundesliga, Premier League czy choćby Ekstraklasa taki pomysł to naturalnie rzecz abstrakcyjna. W kwestii Ligi Europy i Ligi Mistrzów jednak już nie. Gdyby rywalizację krajową udało się przeprowadzić dość sprawnie, mogłoby to dać czas na zorganizowanie dwóch turniejów, gdzie drużyny mogłyby grać nawet w systemie zakładającym brak spotkań rewanżowych. Mecz mogliby zorganizować już wyłonieni gospodarze finałów, którzy udostępniliby do gry dodatkowe stadiony. O takim rozwiązaniu mówił już zresztą Zbigniew Boniek.  - Jeden półfinał można zagrać na Legii, drugi na PGE Narodowym, a finaliści w Gdańsku. My jesteśmy na wszystko gotowi – przyznał prezes PZPN w rozmowie z portalem Interia.pl.

Ostateczne plany i rozwiązania poznamy prawdopodobnie dopiero za kilkanaście dni. W tym czasie warto jednak postawić na rozsądek i bezpieczeństwo, nie panikę i histerię. I patrzeć na miejsca, które dają nadzieję na powrót do normalności w każdej dziedzinie życia, łącznie ze sportem.