Kierownik ochrony w Legii: Na stadionie będzie bezpiecznie

- Wrogie klubowi okrzyki wznosi kilka czy kilkanaście osób. Reszta to klakierzy. Wkrótce sobie z tym poradzimy - mówi Bogusław Błędowski, szef ochrony na stadionie Legii

Legia i jej właściciel, koncern ITI, po wydarzeniach w Wilnie półtora roku temu wydały walkę chuliganom. Od tego czasu powzięły wiele niepopularnych decyzji. Trwa stan zimnej wojny ze środowiskiem nieoficjalnie zarządzającym trybunami stadionu przy Łazienkowskiej (niedługo sytuacja będzie inna, bo w listopadzie ma rozpocząć się rozbudowa stadionu). Brak dopingu i skandowanie haseł obraźliwych dla właścicieli klubu to główna forma protestu. Część widowni z tym się nie zgadza. Sterujący protestem próbują zastraszać nieposłusznych. Czy sytuację jest w stanie opanować ochrona?

Rozmowa z Bogusławem Błędowskim

dyrektorem ds. bezpieczeństwa i administracji Legii

Maciej Weber: Czy jest pan kibicem Legii?

Bogusław Błędowski: Jestem.

A obecnych kibiców Legii pan lubi?

- Trudne pytanie, bo ci kibice są bardzo różni. Są tacy, którzy przychodzą zobaczyć mecz. I tacy, którzy przychodzą, żeby z kimś lub z czymś powalczyć i to ich napędza.

Stanowisko w Legii objął pan w czerwcu, stwierdzając, że sytuacja pomiędzy klubem a trybunami przypomina pat. Co zmieniło się od tamtej pory?

- Natężenie wulgarnych okrzyków pod adresem właściciela i zarządu spada. Na trybunach ujawnia się grupa kibiców, którym to nie odpowiada i dają temu wyraz. Moglibyśmy wspólnie podyskutować nad poprawą sytuacji, ale nikt z kibiców nigdy do mnie nie przyszedł. Przychodzili ci, którym zatrzymywaliśmy karty kibica. Ale woli do dialogu nie było.

Na forach internetowych pojawiają się skargi na rygory panujące na stadionie przy Łazienkowskiej. Na przykład sprawa kibica podobno brutalnie potraktowanego podczas meczu Młodej Ekstraklasy. Poczuł się pokrzywdzony i wzywał policję.

- Ten kibic miał na sobie koszulkę z napisem "Dżihad Legia". Potem ją schował, kiedy prosiliśmy, by oddał ją do depozytu, był wielce oburzony. Opowiadał, że posunęliśmy się do jakichś nieprzystojnych propozycji, a tymczasem sam mówił: "Co, mam jeszcze spodnie ściągnąć?". Tego rodzaju relacje niby pokrzywdzonych zawsze będą dążyły do tego, by pokazać, że to po ich stronie jest racja. Na każdym spotkaniu, przed każdym meczem mówię swoim pracownikom, że ma być pełna kultura wobec kibiców.

Czego na terenie Legii nie wolno kibicom? To prawda, że nie wolno wnosić nawet aparatów fotograficznych?

- Tylko profesjonalnych. Zaczęło się od osoby mającej swoją stronę internetową, oprócz zdjęć z meczów zamieszczającej reklamy. Czyli jest to strona komercyjna. Poza tym umieszcza tam zbliżenia pracowników ochrony, którzy spotykają się z negatywnymi zachowaniami wobec nich poza stadionem. W regulaminie zresztą zostało ujęte, że filmowanie czy fotografowanie wymaga zgody zarządu, bowiem to zarząd w imieniu klubu dysponuje tymi prawami. Dlatego prasa stara się o akredytacje. Jeżeli ktoś chce po prostu zrobić zdjęcie na trybunach, to nie ma problemu.

Skąd pan się wziął w Legii?

- Przez 19 lat pracowałem w policji. Potem przez blisko dwa lata w agencji ochrony. Byłem dyrektorem ds. bezpieczeństwa i kierowałem ludźmi przy zabezpieczaniu meczów Legii. A potem, gdy okazało się, że z klubu odchodzi kierownik do spraw bezpieczeństwa, stanąłem do konkursu i zostałem wybrany. Praca w tym klubie to dla mnie zaszczyt. Grałem tu jako trampkarz, teraz wróciłem w innej roli.

Czym praca w policji różni się od obecnej? Żałuje pan zmiany?

- Wyzwaniem jest, by zwłaszcza w obecnej sytuacji na stadionie było bezpiecznie. Podczas niedawnego meczu z Wisłą Kraków doszło do próby zastraszenia tych kibiców, którzy nie chcieli poddać się presji i chcieli dopingować drużynę. Dwóm zastraszającym anulowaliśmy karty kibica i nie mają wstępu na stadion.

Czy ci dwaj to jedyni przez was zatrzymani?

- Z tego powodu tak. W ogóle za mojej kadencji anulowano pięć kart kibica. Wcześniej 49.

Próby zastraszania powtarzają się od wielu miesięcy. Dlaczego wzięliście się za to dopiero teraz?

- Monitoring nie wychwytuje wszystkiego. Obraz z kamer nie jest przez cały czas skierowany w jedno miejsce. Obraz krąży. Drastyczne sytuacje uchwycić trudno, bo zaczepiani robią wszystko, by nie uczestniczyć w szarpaninie. Zanim kamera dotrze do określonego odcinka trybun, często robi się tam spokojnie, zaczepiani odchodzą w inne miejsce. Poszkodowani często nie chcą informować nas o takich zdarzeniach, a i nie ma co ukrywać czasem praca ochrony w tym zakresie także nie jest właściwa. Cały czas pracuję nad tym, by to poprawić.

Prezes Mariusz Walter w jednym z wywiadów oświadczył, że na trybunach zdarzają się różne rzeczy. Nawet handel narkotykami.

- Działania właściciela i służb porządkowych służą zapobieganiu takim zjawiskom jak handel narkotykami, alkoholem czy zastraszanie innych osób. Choć słyszałem o tym, to za mojej kadencji nikogo na tym nie przyłapaliśmy.

Jak to będzie na nowym stadionie?

- Na nowym, nowoczesnym stadionie na pewno będą większe możliwości zapewnienia wszystkim kibicom pełnego bezpieczeństwa i zapobiegania zjawiskom niepożądanym.

Czy tych, którzy skandują "ITI sp.." jest dużo czy stanowią mniejszość?

- Mechanizm jest taki, że kilka czy kilkanaście osób zaczyna intonować. Dołącza się grupa klakierów, którzy niezależnie, czy im to się podoba, czy nie, też zaczynają krzyczeć. Nie ma ich wcale dużo, ale są słyszalni.

Ma pan swoich "tajniaków" na widowni?

- Nie ma takiej potrzeby. Ale są inne sposoby. Na trybunę otwartą klub nie prowadził sprzedaży karnetów. Za to tych, którzy chcieli karnety, a znamy ich z różnych zachowań, umieściliśmy w wyznaczonym przez nas sektorze trybuny krytej. Stoi tam czterech, pięciu naszych ludzi, którzy mają poświęcić maksimum uwagi temu, by nikt nikogo nie zastraszał.

Okrzyki, szyderstwa to jeszcze się zdarza. Ale transparenty obrażające właścicieli? Tego już się nie spotyka.

- Określone instrukcje i wytyczne PZPN i Ekstraklasy nakładają na kluby obowiązek monitorowania treści transparentów wnoszonych na stadion. Każdy zanim zostanie wniesiony na stadion, musi zostać przeze mnie zaakceptowany. Lepiej załatwić to przy wejściu, niż martwić się, że delegat PZPN może przerwać mecz. Gdy jeszcze pracowałem w agencji ochrony, biegaliśmy z bramką, próbując zasłonić znak wywieszony przez kibiców Jagiellonii, a przez delegata PZPN uznany za rasistowski.

Czy ci, którzy intonują okrzyki i sterują protestem, mają w tym określony interes? Czy tylko nie zgadzają się z decyzjami władz klubu? Czy kibicowski sklepik, w którym od dawna sprzedaje się pamiątki oznaczone klubowym godłem, ma z tym coś wspólnego?

- ITI nabyło prawa do nazwy Legia i znaków. Wiąże się to z tym, że grupa czerpiąca zyski ze sprzedaży tych pamiątek straci prawo do używania klubowego logo. Nie wydaje mi się, żeby właściciel klubu pozwolił na utrzymywanie tego stanu rzeczy.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.