Marcin Kowalczyk, obrońca Ruchu Chorzów: W szatni proszę o tłumaczenie [WYWIAD]

- To miasto kontrastów. Pięknych zabytków, które podziwiałem, bogaczy i ludzi, którzy potrafią wyciągnąć broń w czasie sprzeczki w ulicznym korku - opowiada o Moskwie Marcin Kowalczyk, środkowy obrońca Ruchu Chorzów.

Marcin Kowalczyk szybko zapracował na miano fundamentu defensywy Ruchu Chorzów. Letni transfer tego piłkarza na Cichą był zaskoczeniem. Po okresie gry w rosyjskich klubach Wołdze Niżni Nowogród oraz FK Tosno zdecydował się na przeprowadzkę na Śląsk.

Wojciech Todur: - Z nogą już wszystko w porządku?

Marcin Kowalczyk: - Jestem dobrej myśli. Czuję się dużo lepiej. Wierzę, że zagram już w najbliższej kolejce z Piastem Gliwice. To dobra wiadomość, bo jednak wcześniej zakładano, że leczenie potrwa o tydzień dłużej.

Czy to skręcenie nogi to odnowienie starego urazu?

- Nic z tych rzeczy. Przypadek. Niefortunnie postawiona noga podczas pucharowego meczu z Lechem Poznań. Od kilku lat omijały mnie poważniejsze urazy, ale w końcu i mnie dopadło.

W złym momencie. Ze składu wypadli przecież również Michał Helik, Rafał Grodzicki i Michał Koj

- Rzeczywiście rzadko się zdarza, żeby do gry niezdolnych było jednocześnie aż czterech stoperów. Musieliśmy sobie z tym poradzić. Teraz do gry wraca Rafał Grodzicki. Sam też liczę na grę. Nic tylko zdobywać punkty.

Przed wami rywalizacja z Piastem. To niestety jedyne śląskie derby w tym sezonie Ekstraklasy

- Żałuję, że nie dojdzie do meczów z Górnikiem Zabrze. Obserwowałem tę rywalizację z boku i zawsze uważałem, że towarzyszą jej niecodzienne emocje. Z Piastem będzie podobnie, bo to przecież mecz o miano najlepszego zespołu na Górnym Śląsku. Interesuje nas tylko zwycięstwo.

Z czym kojarzył się Panu Ruch Chorzów zanim został Pan piłkarzem klubu z Cichej?

- Może zabrzmi to teraz tak jakbym chciał się podlizać, ale na Cichej nigdy nie grało się łatwych meczów. Fajna atmosfera, porywający doping kibiców.

W szatni czuć jeszcze, że to śląski zespół?

- Jeżeli pyta pan o gwarę, to wciąż zdarza mi się prosić o tłumaczenie. Gwara się pojawia. Na pewno jest kilku chłopaków, którzy wiedzą jak jej używać. Chociażby Martin Konczkowski. Łapię powoli śląskie słówka i doceniam to, że jestem częścią tej drużyny. Śląski charakter nie zginie.

To może wróćmy teraz do czasów, gdy debiutował Pan w lidze w barwach GKS-u Bełchatów. Po rozegraniu 42 meczów został Pan sprzedany do Dynama Moskwa za 850 tysięcy euro. Worek pieniędzy! Ciążył Panu na plecach?

- Nigdy nie zastanawiałem się nad swoją wartością. Pamiętam, że wtedy pojawiały się informacje, że był to najwyższy transfer z polskiej ligi w tamtym oknie transferowym.

Nie spodziewałem się, że ktoś wyłoży za mnie aż taką sumą. Tyle, że też zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. Koncentrowałem się raczej nad tym, żeby nie zawieść. Dobrze wykonać swoją pracę.

Jak Pan wspomina Rosję? Pobyt w Moskwie?

- Dobrze. Spędziłem tam sporo czasu i mam wielu przyjaciół. Mógłbym tam zamieszkać na stałe. Nawet zastanawiałem się nad tym, czy nie zdecydować się na taki ruch już po zakończeniu kariery. Moskwa na początku przytłacza. Daje poczucie zagubienia.

Trudno przemieszczać się po tym zatłoczonym mieście. Po podpisaniu kontraktu klub zapewnił mi opiekuna. To on mnie woził z domu na trening. Pomagał załatwiać prywatne sprawy. Z czasem, gdy poczułem się już pewniej, robiłem to sam. To miasto kontrastów. Pięknych zabytków, które podziwiałem, bogaczy i ludzi, którzy potrafią wyciągnąć broń w czasie sprzeczki w ulicznym korku. Sam nigdy tego nie doświadczyłem, ale widziałem gwałtowne wymiany zdań na ulicy.

Pana ostatnim rosyjskim klubem było FK Tosno. To już zupełnie inna historia. Przy Moskwie to mała mieścina

- Rzeczywiście to małe miasteczko. Tyle, że tak naprawdę moje związki z tym miastem były raczej znikome. Tosno leży kilkadziesiąt kilometrów od Petersburga. To właśnie w tym mieście graliśmy, trenowaliśmy, tam znajdowała się siedziba klubu.

Grał Pan też na Ukrainie. Takie same realia jak w Rosji?

- Na pewno nie można wrzucić Ukraińców i Rosjan do jednego wora. Tyle, że grałem w Doniecku za krótko, żeby to jakoś dłużej uzasadniać.

Nie odczułem tam żadnych złych emocji związanych z faktem, że jestem Polakiem.

Czy dzień treningowy, struktura organizacyjna rosyjskich klubów różnią się bardzo od tego co ma Pan na co dzień w Chorzowie?

- Wszystko jest na zbliżonym poziomie. Wszyscy starają się podchodzić do swoich obowiązków bardzo profesjonalnie. Rosja to duże pieniądze, ale też zaniedbane stadiony. Teraz, wraz ze zbliżającymi się mistrzostwami świata, wiele zmieni się pod tym względem na lepsze. Skończy się czas stadionów z innej epoki.

Gdy pracę w Legii Warszawa rozpoczynał Stanisław Czerczesow to wiele osób zacierało dłonie, że piłkarze z Warszawy wreszcie dowiedzą się co to trudna praca. Rosjanie rzeczywiście mają taką ciężką, trenerską rękę?

- Nie ma co generalizować. To nie narodowość, a warsztat trenera decyduje o tym, jaki ma pomysł na trening i drużynę. Na kolanach nigdy do domu nie wracałem. Ciężko było tylko podczas pierwszego obozu. Dużo wtedy biegaliśmy, a w Polsce od takiego systemu pracy już się wtedy odchodziło. Później cykle treningowe były już bardziej przyjazne.

W Ruchu również często mówi się o tym, że trening jest tutaj specyficzny. W czym rzecz?

- Trudno powiedzieć, ale nie da się ukryć, że na Cichej pracuję nad partiami mięśni, które wcześniej zaniedbywałem. To na pewno odróżnia Ruch od innych klubów. Na początku jest to trudne, ale z czasem dostrzega się korzyści. Jesteśmy mocni fizycznie. Rzadziej dotykają nas kontuzje.

Ma Pan 31 lat. W Ruchu ma Pan być wzorem i podporą dla młodych graczy. Szybko minął Panu czas od utalentowanego młokosa do weterana?

- Bardzo szybko! Aż trudno uwierzyć, że lata lecą aż tak szybko. Wszyscy wiemy, że kariera nie trwa długo i warto ją wycisnąć do maksimum.

Gdy wchodzi się do dorosłej piłki, to już nie ma czasu na błędy, bo drugiej szansy można nie dostać.

A Pan popełnił jakieś błędy?

- Nie żałuję swoich decyzji. Wszystkie podejmowałem świadomie i na spokojnie. Był jeden moment, który mógł sprawić, że moje życie potoczyłoby się inaczej. Gdy kończył się mój pierwszy kontrakt z Dynamem Moskwa to otrzymałem propozycję z Niemiec.

Kusiło, ale Rosjanie bardzo chcieli, żebym przedłużył umowę. I ostatecznie zrobiłem to. Podpisałem 2,5 letni kontrakt, który jednak został rozwiązany już po połowie roku.

Czas więc zweryfikował moją decyzję. Ale czy to był błąd? Wtedy tak nie myślałem. Nie da się jednak ukryć, że perspektywa gry w Bundeslidzie brzmiała i wciąż brzmi kusząco.

Jak Pan traktuje Ruch? Klub na przeczekanie, a może przystanek na koniec kariery?

- Życie piłkarza jest przewrotne. Nie lubi planów i deklaracji. Kilka miesięcy temu myślałem, że będę kontynuował karierę w Rosji, a dziś jestem na Śląsku. Nie żałuję. W każdym wieku i w każdym klubie można się rozwijać. Cieszę się, że jestem w Chorzowie, otoczony profesjonalistami. Teraz musimy tylko zacząć częściej punktować, tak, żeby nikt nie żałował.

Na koniec zapytam, gdzie jest teraz Pana dom? Całe życie jest Pan przecież na walizkach

- To dobre pytanie... Gdy myślę dom, to moje myśli jednak uciekają do Warszawy, gdzie zakotwiczyłem przed laty. No, ale w Chorzowie też czuję się już jak w domu. Tyle, że trochę tak, jakbym mieszkał w pokoju gościnnym.