Cracovia. Mateusz Cetnarski: Nie przypominam sobie meczu, w którym zagraliśmy bardzo słabo

Jeśli są tacy piłkarze, którzy mają coś za darmo, to im zazdroszczę. Nie mówię, że jestem w siódmym niebie, kiedy siadam na ławce.

Rozmowa z Mateuszem Cetnarskim, pomocnikiem Cracovii

Jarosław K. Kowal: Co się z wami dzieje?

Mateusz Cetnarski: Np. z ostatniego meczu [0:1 z Arką w Gdyni - przyp. red.] każdy zapamięta jedynie to, że przegraliśmy. A mieliśmy mnóstwo sytuacji, a naszym jedynym mankamentem była nieskuteczność. Gdybyśmy wykorzystali chociaż połowę okazji, wygralibyśmy. Bo nasza gra naprawdę wyglądała nieźle - byliśmy aktywni, przeważaliśmy, i wszystko wskazywało na to, że nie grozi nam nawet remis, a co dopiero porażka. Przyczepić można się za to do poprzednich meczów, w których sytuacji było jak na lekarstwo. Akurat w Gdyni rywale trzy razy wybijali piłkę niemal z linii bramkowej.

Nawet jeśli jest tak, jak pan mówi, to jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wcześniej wasza gra wyglądała gorzej...

- Trzeba pamiętać, że w naszym zespole były zmiany. To nie jest tak, że wszystkie tryby zaskoczą od razu, że nowi piłkarze będą strzelać od pierwszego meczu. Np. Krzysiek Piątek jest u nas w zasadzie od półtora meczu.

Mimo to początek był obiecujący. Wygraliśmy z Piastem Gliwice [5:1], było też zwycięstwo w derbach z Wisłą [2:1]. Potem dopadły nas kontuzje. Ostatnio urazu doznał Hubert Wołąkiewicz, a to już w sumie czwarty piłkarz z podstawowego składu z ubiegłego sezonu. Staram się wejść w skórę trenera i wiem, że nie jest łatwo to wszystko poukładać. W ubiegłym sezonie śmialiśmy się, że mamy żelazny skład. Bo po co coś zmieniać, skoro działa? Teraz jest inaczej, nowi potrzebują czasu. Dlatego zachowuję absolutny spokój. To w końcu musi zaskoczyć.

Może za szybko uwierzyliście, że jesteście drużyną z czołówki? Tymczasem w ekstraklasie co chwilę wszystko staje na głowie...

- To faktycznie trochę zastanawiające, że drużyny, które walczyły o europejskie puchary, mają teraz duże problemy. Innych nie będę oceniał, ale jeśli chodzi o nas... Moglibyśmy się przyczepić, gdyby nasza gra była fatalna, ale nie przypominam sobie meczu, w którym zagraliśmy bardzo słabo. Cóż, szczęście z ubiegłego sezonu trochę się od nas odwraca. Np. mecz z Pogonią był do wygrania. Dwa razy trafiliśmy w słupek, a nagle Dawid Kort wyrównał. Oglądałem to w domu. W przerwie byłem przekonany, że mogę ze spokojem wyłączyć telewizor, bo nic złego nam nie grozi.

Trzeba jednak zachować chłodną głowę, a następne kolejki przyniosą punkty. Nie zapomina się z dnia na dzień, jak się gra w piłkę. Skoro w ubiegłym sezonie byliśmy efektywni, to w tym wszystko w końcu wróci do normy. Mimo że było kilka zmian, że odeszło kilku zawodników. Bartosz Kapustka i Deniss Rakels to inni piłkarze niż Krzysiek Piątek i Mateusz Szczepaniak. To typowe dziewiątki. A nie trzeba być ekspertem, by wiedzieć, że napastnikowi łatwiej gra się w kombinacyjnym stylu, jaki prezentowaliśmy w ubiegłym sezonie.

Mam wrażenie, że niektórzy demonizują odejście Kapustki. To jednak nie był piłkarz, na którym opierała się gra Cracovii.

- Nie do końca się zgodzę. Było wielu zawodników, którzy ciągnęli wózek. Jeśli jeden zagrał trochę słabiej, to drugi np. strzelał bramkę, dawał ważną asystę. I jakoś to szło. Bartek w wielu spotkaniach brał ciężar na siebie, strzelał ważne bramki. Przepraszam, ale nie spotkałem 19-letniego piłkarza, który byłby tak systematyczny. Grał bardzo równo, a u tak młodych piłkarzy to się prawie nie zdarza.

Jest pan zaskoczony, że w Leicester jeszcze nawet nie zadebiutował?

- Jestem zdziwiony tym, że nie dostał szansy. Wydawało się, że zagra ostatnio z Chelsea w Pucharze Ligi [Leicester przegrało 2:4 - przyp. red.]. To tylko pokazuje, jak wymagająca jest liga angielska. U nas się wyróżniał, a tam odbija się jak od ściany.

Nie dziwił się pan, że wybrał Anglię?

- Nawet żartowałem z tego transferu. W szatni powtarzałem, że dla mnie wymarzoną ligą jest Primera Division, a Bartek mi do niej pasował. Mówiłem mu: "Idź do słonecznej Hiszpanii, bo do technicznego stylu jesteś stworzony".

Wróćmy do Cracovii. Może tej drużynie bardziej niż Kapustki brakuje Mateusza Cetnarskiego z poprzedniego sezonu?

- Grałem w pierwszych kolejkach i trudno powiedzieć, że było źle. W meczu z Bruk-Betem zostałem zmieniony w przerwie, potem jeszcze doznałem urazu i dziś trudno mi wrócić do gry. Wskoczyli inni i najwyraźniej wykorzystali szansę, a ja muszę odpokutować. To normalne. Też kiedyś skorzystałem z czyjegoś nieszczęścia.

Ale jak to możliwe, że najlepszy piłkarz z ubiegłego sezonu nagle przesiaduje na ławce?

- Tak po prostu jest. Wypadłem ze składu i muszę zrobić wszystko, by wrócić. Jeśli są tacy piłkarze, którzy mają coś za darmo, to im zazdroszczę. Nie mówię przecież, że jestem w siódmym niebie, kiedy wchodzę na boisko w 70. minucie. Trener jest bossem, on decyduje.

Rozmawiał pan z nim o swojej sytuacji?

- Codziennie rozmawiamy, poruszamy typowo piłkarskie tematy. Jesteśmy facetami, nikt na nikogo się nie obraża. Ale nie było deklaracji typu: "za tydzień na pewno będziesz grał". Trener nie musi tłumaczyć się ze swoich decyzji.

Więcej o: