Przyleciał z USA, pracuje tu za wikt i opierunek. Nie zarabia

W Polsce nie zarobi nawet dolara. Ja'Vaughn Mitchell gra w bydgoskich Archersach, bo kocha futbol. I może za rok dostanie lepszy angaż w Europie - już z pensją za występy na boisku.

"Damn fast" (Cholernie szybki) - z takim napisem na czerwonej koszulce paraduje 25-letni Amerykanin z Baltimore. Na prawym bicepsie, spod T-shirtu wyłania się tatuaż z jajowatą piłką i mottem - "Hard work and dedication" (Ciężka praca i poświęcenie).

W Polsce Mitchell nie zarobi nawet dolara. Jego klub w Bydgoszczy - Archers - pokrywa koszty biletów lotniczych, mieszkania, karty miejskiej, jedzenia i siłowni. Ale pensji już nie płaci.

Warto było przyjechać, by występować w amatorskim klubie na trzecim poziomie polskich rozgrywek? - pytam.

- Pobyt w Polsce to błogosławieństwo. Podążam za marzeniami. Po prostu gram w futbol - mówi. - Trzecia liga? Chcę się rozwijać, iść wyżej. Za rok też chcę grać w Europie. Może wrócę do Bydgoszczy, bo wierzę, że w tym sezonie awansujemy - mówi Mitchell. Na razie Archers przegrali w lidze zaledwie jedno spotkanie. Ale by za rok zagrać w PLFA I, muszą być najlepsi w fazie play-off.

- Po college'u chciałem dalej grać. Bez znaczenia, czy to NFL, CFL albo za granicą. Mój kolega grał w Polsce i mówił, że Europa to może być coś dla mnie - opowiada. Stworzył swój profil na portalu europlayers.com i zasypał kluby z całego świata swoim CV. - Wysłałem je wszędzie, gdzie się dało. Miałem propozycję z Brazylii, ale była mniej konkretna niż z Bydgoszczy.

Do Polski przyjechał na początku lipca. Wyjedzie w październiku, bo wtedy kończy się sezon. - Ludzie mocno mi się przyglądają, pewnie ze względu na kolor skóry. Wiele osób nie mówi po angielsku. Niektórzy mówią słabo i musimy się mocno namęczyć, żeby się porozumieć. Ale miasto jest świetne, cieszę się, że tu jestem - mówi z uśmiechem.

Drugi z Amerykanów, który przyleciał, by wspomóc Archers, wrócił już za Atlantyk. Lenił się, nie chciał dzielić z zespołem swoim doświadczeniem. Kiedy wyszło na jaw, że za bardzo podrasował swój sportowy życiorys, musiał się pożegnać z Europą.

- Z kolei z Ja'Vaughna jesteśmy bardzo zadowoleni. Ma odpowiednie podejście - chce się uczyć i uczyć innych. Wkłada w to dużo serca - mówi wiceprezes Archers Izabella Kalinowska. W klubowej skrzynce cały czas lądują kolejne maile od zawodników i trenerów, którzy chcą być zawodnikiem Archers.

Mitchell: - Jestem urodzonym liderem, więc dla mnie nauka innych to żaden problem. Robię to, czego ode mnie oczekuje grupa. Cieszę się, że mogę się dzielić swoją wiedzą. Drużyna jest dobra, ale niektórych rzeczy, które znam od dziecka, oni dopiero się uczą

Amerykanin powtarza kolegom, że piłkę należy łapać w najwyższym punkcie. - Nie czekasz, aż spadnie, bo od razu ktoś cię skasuje. Uczę też, jak być cierpliwym na linii i której ręki używać, by zablokować rywala. Trzeba to robić tak, by nakierować atakującego na linię boczną. Ona jest najlepszym przyjacielem obrońcy - tłumaczy.

Mitchell jest w drużynie cornerbackiem. Jego zadaniem jest krycie receivera, czyli skrzydłowego, który biegnie z piłką w kierunku linii końcowej, by zdobyć przyłożenie. Cornerback ma zrobić wszystko, żeby go zatrzymać. - Musisz być silnym, sprawnym i mieć krótką pamięć. Czasem dostajesz po głowie, ale musisz się otrząsnąć być gotowym do następnej akcji - tłumaczy.

Ja'Vaughn Mitchell pochodzi z Baltimore, jednego z najbardziej niebezpiecznych miast w USA. - Choć zawsze trzymałem się z dala od kłopotów, znam trochę klimat hardcore'owych dzielnic. Tak jak w każdym wielkim mieście są narkotyki, broń, przemoc - mówi.

Z pierwszego college'u, na Brooklynie w Nowym Jorku, wyrzucili go za złe stopnie. Z drugiego, też w stanie Nowy Jork, przeszedł do Hartnell College w Kalifornii, na drugim wybrzeżu USA. - Szukałem szkoły, która mogła mnie przyjąć. Obejrzeli akcje z moich meczów i zostałem przyjęty - opowiada. Na kalifornijskich plażach raczej się nie wylegiwał. Wyjazd traktował jako służbowy. Miał na tyle dobry sezon, że Southwestern Oklahoma State University zaoferował mu stypendium. Po dwóch latach w Oklahomie otrzymał dyplom ukończenia studiów. Kierunek: parki i rekreacja. Mógłby zacząć pracę jak w urzędzie z serialu o tym samym tytule. - Słyszałem o nim, ale nie oglądałem. Telewizję włączam tylko na ESPN, żeby obejrzeć futbol.

Zanim Mitchell przyleciał do Polski, jego ojciec zadzwonił do Jeremeya Ruda, amerykańskiego trenera Archers. - Chciał wiedzieć, czy to nie jest żadna lipa i będę miał gdzie grać i trenować. To ojciec kupił mi buty i zaprowadził mnie na pierwszy w życiu trening. Jest ze mną od pierwszego dnia - opowiada.

Przed ojcem ukrywał pierwsze tatuaże. Nie da się nie zobaczyć tego na przedramionach. Duże litery układają się w napis "No pain, no glory". Bez bólu nie ma chwały.

- Przeszkody w życiu trzeba pokonywać. To tak jak Archers w tym roku. Nie zwracamy uwagi na warunki, czy rywali, tylko przemy do przodu.