Przy drinku Wisły nie odbudują. Stanisław Ziętek wspomina początki Cupiała w klubie

- Kiedyś powiedziałem Bogusławowi Cupiałowi: "Słuchaj, mistrzostwo Polski nam ucieka, bo wszyscy kupują mecze, a my nie. Może też w to pójdziemy?". Odpowiedział, że albo będziemy kupować mecze, albo piłkarzy. Wybraliśmy to drugie - mówi Stanisław Ziętek, były prezes i współwłaściciel Wisły Kraków.

Jarosław K. Kowal: Jak pan zareagował, kiedy się dowiedział, że Bogusław Cupiał w końcu sprzedał Wisłę?

Stanisław Ziętek: - Od kilku lat było wiadomo, że chce to zrobić, że przymierzał się. W końcu Wisła ostatnio kulała. Słyszałem, że różni kupcy się pojawiali, ale szukał najlepszego. Dlatego byłem przekonany, że Bogdan [tak współpracownicy nazywają Bogusława Cupiała - przyp. red.] sprawdził człowieka, któremu sprzedał klub... Kłopot w tym, że w prasie różne historie się potem pojawiały.

Na Jakubie Meresińskim, który był właścicielem przez miesiąc, ciążą poważne zarzuty.

- Przede wszystkim nie może być tak, że ktoś siada się przy kawie lub drinku z Markiem Citką [miał w Wiśle odpowiadać za sprawy sportowe - przyp. red.] i już mu się wydaje, że poradzi sobie z prowadzeniem klubu. Główną winę za taki stan rzeczy niestety ponosi Tele-Fonika, bo pozbyła się udziałów za bezcen i nie prześwietliła nowego właściciela. Może ludziom, którzy to próbowali przejąć, wydawało się, że zwolnią kilka osób, zatrudnią nowych, i będzie działało. Ale do prowadzenia klubu potrzebne są przede wszystkim duże pieniądze.

Towarzystwo Sportowe, które w tym tygodniu przejęło piłkarską spółkę, raczej też ich nie ma.

- Wyobrażam sobie to tak, że na razie TS musi doprowadzić do unormowania sytuacji. Musi sprawić, by np. przez najbliższe pół roku klub jakoś funkcjonował, by dostał licencję. A potem trzeba będzie skupić się na sprzedaniu Wisły komuś poważnemu. Komuś, kto sprawi, że lata świetności wrócą.

Więc powspominajmy. Kiedy 19 lat temu kupowaliście klub, Wisła też ledwo wiązała koniec z końcem...

- Tele-Fonika to była już wtedy dość prężnie działająca firma, ale jeszcze nieznana na rynku. Chcieliśmy ją wypromować m.in. przez Wisłę. Kolega [Zbigniew] Urban zajmował się produkcją, kolega Cupiał był od spraw finansowych, a ja poszedłem do klubu. Z Bogdanem mieliśmy tam przyjaciół - często się spotykaliśmy w Krakowie na kawie, czasami też w piłkę graliśmy.

Najmniej zainteresowany był Urban, ale przekonaliśmy go i wspólnie podjęliśmy decyzję, że wejdziemy w to. Później różnie się między nami układało, jak to w spółkach. Nieporozumienia też się zdarzały.

Gdybyście wtedy zainwestowali w Dalin Myślenice, zamiast w Wisłę (a był taki pomysł), to ta drużyna grałaby dziś w ekstraklasie?

- Pewnie byłaby to kwestia czasu. Ale na duże sukcesy Dalinu musielibyśmy czekać kilka lat, a Wisła już wtedy była w pierwszej lidze.

Był też pomysł zainwestowania w Cracovię...

- To prawda, były luźne rozmowy, ale przede wszystkim chcieliśmy mieć 100 procent udziałów, a Wisła była gotowa nam je sprzedać. No i bliżej było nam do drużyny z Reymonta.

Pamięta pan pierwsze mistrzostwo Polski?

- Pewnie, że pamiętam. Zawsze w nerwach przeżywałem każdy mecz, dużo wtedy paliłem. W pierwszym sezonie wicemistrzostwo nam uciekło, bo nas przekręcili we Wronkach, na Amice. Kiedy tam graliśmy, ich piłkarz musiał być na czterometrowym spalonym, by sędzia gwizdnął. Niestety, tak to wtedy funkcjonowało. Powiedziałem nawet Bogdanowi: "Słuchaj, mistrzostwo nam ucieka, bo wszyscy kupują mecze, a my nie. Może też w to pójdziemy?" Odpowiedział, że albo będziemy kupować mecze, albo zawodników. I zdecydowaliśmy się na to drugie.

Ale docierały do was propozycje handlowania meczami?

- Na początku tak. Później dali nam spokój, bo zobaczyli, że mamy za silną drużynę i nic nam nie zrobią. Po co mieliśmy cokolwiek kupować, skoro i tak wygrywaliśmy wszystko jak leci?

Nie mieliście obawy, że na propozycje z innych klubów skuszą się piłkarze?

- Baliśmy się tego, więc wprowadziliśmy wysokie premie za zwycięstwa. Nie pamiętam dokładnie, ile to było, ale chyba 150 tys. zł. Rywale nie uzbieraliby więcej, by zapłacić za kupienie meczu. Dlatego nie sądzę, by coś się wtedy działo nielegalnego. Wszystko odbywało się na czysto. I trzeba przyznać, że Wojtek Łazarek [ówczesny trener - przyp. red.] zrobił wówczas kawał dobrej roboty. Dostał ponad 30 piłkarzy i musiał to poukładać.

Piłkarzy w kadrze było chyba nawet ponad 40...

- Już nawet nie pamiętam, ale na pewno miał niezłą armię. I poradził sobie.

Kto podejmował decyzje w sprawie transferów?

- Byłem prezesem, więc dużo zależało ode mnie, ale nad większymi zakupami debatowaliśmy w trójkę, szczególnie Bogdan miał dużo do powiedzenia. Prawda jest taka, że dopiero wchodziliśmy w ten świat, nie znaliśmy się. Bardzo pomagał nam Zdzichu Kapka. M.in. dlatego z transferami jakoś sobie radziliśmy.

Dziś to nie do pomyślenia, ale wtedy z zadziwiającą łatwością sprowadzaliście kolejnych piłkarzy...

- To nie do końca prawda. Było bardzo dużo rozmów z zawodnikami, ale zdarzało się, że na Wisłę patrzyli z nieufnością. Trzeba było ich jakoś przekonać. Przecież przychodzili do klubu, który jeszcze niedawno był prawie na granicy upadłości. M.in. Kazimierz Węgrzyn grał w Austrii, a Grzegorz Kaliciak w Belgii. Tam zarabiali niezłe pieniądze i musieli nam zaufać, że zbudujemy silną drużynę.

W końcu mieliście bardzo mocny, finansowy argument.

- To prawda, ale to czasami nie wystarczało. Np. z Marcinem Mięcielem [były napastnik Legii - przyp. red.] rozmawiałem dwa, może trzy razy, ale nie potrafiłem go przekonać. Nie dało się. Ciekawa była za to historia Tomasza Frankowskiego.

Pojawił się na treningu w koszulce z nazwiskiem "Paluszek" na plecach.

- Pojawiła się wersja, że chcieliśmy go ukryć, ale to nieprawda. Byliśmy wtedy w Paryżu, a Frankowski grał we Francji. Siedzieliśmy w kawiarni, przyszedł Tadek Fogiel [menedżer piłkarski - przyp. red.] i pyta, czy jesteśmy zainteresowani napastnikiem? Odpowiedziałem, że mamy komplet i kolejny transfer nie wchodzi w rachubę. Ale nalegał. Na szczęście wcześniej dostałem od syna kartkę z nazwiskami piłkarzy, na których warto zwrócić uwagę i przypomniałem sobie, że na liście był Frankowski. W końcu od Tadka wziąłem do niego numer. Czasu było mało, bo drużyna lada dzień wyjeżdżała na zgrupowanie. Ale okazało się, że Frankowski był gotowy do wylotu od zaraz.

Trzeba było jeszcze tylko zadzwonić do Franka Smudy, ówczesnego trenera. A z nim też się ciężko rozmawia. Mówię mu więc: "Franek, mam napastnika". A on na to, że nie chce, że ma komplet. Ale przekonałem go. Powiedziałem: "Nic nie tracisz, z Cupiałem wszystko załatwimy, masz go wziąć". Tylko że stroje dla wszystkich były już gotowe, więc Frankowski musiał dostać koszulkę kogoś innego. Ale błysnął już w debiucie.

Inne historie? Bardzo blisko Wisły była też osoba, która niedawno miała zostać jej dyrektorem sportowym. Po internecie krążą nawet zdjęcia Marka Citki w koszulce Wisły.

- Wszystko było ustalone, już mieliśmy podpisywać kontrakt, ale grypa mnie dopadła. Przez tydzień leżałem w łóżku, a kiedy wyzdrowiałem, zadzwoniłem do Citki z pytaniem, kiedy załatwimy formalności? Okazało się, że zmienił zdanie.

Gdyby nie grypa...

- To grałby w Wiśle. Do dziś nie wiem, co się wtedy stało.

Tymczasem między wami, właścicielami, zaczęło zgrzytać, kiedy trzeba było zwolnić Smudę. To prawda?

- Ale to było tylko chwilowe nieporozumienie. Byłem za tym, by Franka zostawić, Bogdan - by wyrzucić. Przez trzy tygodnie się o to spieraliśmy, ale potem poszło w niepamięć.

Bogusławowi Cupiałowi często zarzucano, że brakowało mu cierpliwości, zbyt szybko zwalniał trenerów.

- To była największa bolączka tamtej Wisły. W sezonie poprzedzającym moje odejście mieliśmy chyba z siedmiu trenerów. Wicemistrzostwo zdobyliśmy chyba tylko dlatego, że byliśmy na audiencji u papieża, bo powinniśmy skończyć w połowie tabeli. Denerwowało mnie to.

W końcu musiał pan odejść z Wisły.

- Razem z kolegą Urbanem odeszliśmy z Tele-Foniki i złożyliśmy udziały za symboliczną złotówkę. Chciałem nawet zostać w Wiśle, ale Cupiał powiedział, że nie będzie inwestował, jeśli nie dostanie 100 procent.

Przez kolejne lata pan Cupiał robił wszystko, by spełnić marzenia o Lidze Mistrzów...

- Ciągle się o tym mówiło. Tyle że czasami, zamiast wzmacniać drużynę tuż przed eliminacjami, w Wiśle bywało na odwrót. Sprzedawano najlepszych piłkarzy.

Mówiąc krótko: brakło spójnej, długofalowej wizji.

- Nie chciałbym już do takich spraw wracać. Było, minęło.

Dziś w piłce pan już nie działa?

- Tylko kibicuję. Chodzę na Wisłę, bo syn ma skyboxa. Ale na Cracovii też się pojawiam, przyjaciele zapraszają. Czy to niepewny biznes? Po pierwsze trzeba mieć pieniądze. To najważniejsze, bo jaki ma sens utrzymywanie drużyny z 10. miejsca?

Wiedział pan, komu Bogusław Cupiał zamierza sprzedać klub?

- Nie. Wiem tylko, że wcześniej toczyły się negocjacje z innymi kupcami, także z zagranicy. Słyszałem m.in. o inwestorze z Ukrainy. Ale długi były zbyt duże, więc się nie zdecydował. To odstraszało też innych inwestorów. A co będzie teraz? Trzeba poczekać, ale... Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Do niedawna codziennie w gazetach pojawiały się niepokojące informacje. W końcu spółkę przejęło Towarzystwo Sportowe i mam nadzieję, że wszystko się unormuje, że nowi właściciele sobie poradzą. Tego im życzę. W końcu klub potrzebuje teraz spokoju.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.